<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"><channel><title>wodzowe wynurzenia</title><link>http://blog.wodzu.net/</link><description>Wpisy z dziennika internetowego Jogger, wspomaganego przez Jabbera</description><lastBuildDate>Sun, 05 Oct 2008 16:52:00 +0200</lastBuildDate><generator>JoggerPL</generator><item><title>Pamiętnik znaleziony w terminalu</title><link>http://blog.wodzu.net/2008/05/03/pamietnik-znaleziony-w-terminalu/</link><description>&lt;p&gt;Czas wracać. Targi w Hongkongu, sprężając się, udało się nam oblecieć w dwa dni, mieliśmy dwa na wycieczki po okolicy, ale o tym później, jeśli będzie kiedykolwiek czas – tym razem o samej podróży. Bagaże nadaliśmy na dworcu w Kowloonie (gość nawet okiem nie mrugnął na 15 kg przekroczonego limitu), podręczne zostawiliśmy w hotelu i wybraliśmy się na Lantau, na przejażdżkę kolejką linową do Buddy.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Po powrocie powłóczyliśmy się nieco po Kowloonie – chyba jakoś żal było to śmietnisko opuszczać. Wybraliśmy się na Night Market, trzeba by coś jeszcze tu zjeść, najlepiej w jakiejś knajpie na ulicy...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Kupiliśmy świeżą pieczoną wołowinę – facet ciachał ja na miejscu, ot tak, na ulicy. Nie dostaliśmy do niej żadnego narzędzia, więc jedliśmy ją palcami, stojąc na ulicy, obok płotka robót drogowych, między przepychającymi się ludźmi i samochodami, ociekający sos strząsając wprost do kratki kanalizacyjnej. No, taki folklor.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Kupiłem zegarek z Mao i krawat w chińskie baźgoły, siedliśmy przy stoliku, czas na ostatni posiłek pałeczkami. Przy stoliku obok – biali. Facet je widelcem, kobieta nic. Widać, że początkujący – on nie umie, ona się brzydzi w takich warunkach. Przeeeejdzie im...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ostatnie minuty na lotnisku. Trzeba się aklimatyzować – poszliśmy do pubu &lt;em&gt;Katie O'Connor&lt;/em&gt;, gdzie już piliśmy piwo po powrocie z Tajwanu. Ja wziąłem guinnesa z whisky, Beacie zachciało się wódki. Obsługiwał nas ten sam facet, co wtedy. No i to nas zwiodło... Nie doceniliśmy jego kreatywności i biegłości w chinglish.&lt;/p&gt;
&lt;ul class=&quot;dialog&quot;&gt;
&lt;li&gt;And vodka...&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Vodka?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Yes, vodka. Cold...&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Vodka and cola?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;NO! Just vodka! But cold...&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Ok...&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;Przyniósł wódkę. Zimną. Bo z lodem. I z colą...&lt;/p&gt;
&lt;ul class=&quot;dialog&quot;&gt;
&lt;li&gt;Noooo... No cola, no ice! Only vodka.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Oh! Just a second!&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;Przyniósł. Ciepłą wódkę w szklance do whisky. Łzy nam z oczu pociekły i walnęliśmy głowami w blat, nie mieliśmy sił tłumaczyć dalej... Jak się wyśmialiśmy, zabrałem tę szklankę i z postanowieniem wytłumaczenia mu i pokazania, czego chcemy, poszedłem do baru. Zobaczył mnie:&lt;/p&gt;
&lt;ul class=&quot;dialog&quot;&gt;
&lt;li&gt;Oh! It should be cold?&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;Wyrwał mi szklankę, nagarnął lodu, wlał w niego tę wódkę, wybełtał, wlał z powrotem do szklanki i cały szczęśliwy i dumny z siebie oddał. Gość przy barze zszedł ze śmiechu. Opadły mi ręce i zrezygnowany powlokłem się do stolika...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;
&lt;p&gt;Wsiedliśmy w samolot – szok! Katajskie linie, a się mieszczę! Nogi mi wchodzą pomiędzy fotele, mogę się oprzeć, wyprostować – aż mi dziwnie! Nóweczka, przed oczyma wyświetlacz wysokiej rozdzielczości, 50 filmów do wyboru, muzyka, kupa gier... No, niesamowite! A stewardessy, jak zwykle w tych liniach – młodziutkie, śliczne i uśmiechnięte. Spałem całą drogę.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Przesiadka we Frank-farcie. Piękny wschód słońca prosto w południe... Wzięliśmy karty pokładowe na lot do Warszawy, przejechaliśmy – czasu mnóstwo, to na kawę i piwo...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Helga z zollu przyssała się do papierosów z nołdjuty, które kupiłem za ostatnie śmiesznodolary, jakie mi się w kieszeni ostały. No, żeby ją szlag! Jakieś limity na osobę, o których po trzech tygodniach w Azji, gdzie nikt nikogo nie sprawdza, bo po co, żadne z nas nie pomyślało, a nikogo za nami, żeby twierdzić, że to jego, bo jest z nami i że ma się odwalić. Gówno dostaniesz, a nie tę paczkę, nie cwaniacz – zapłacimy ci za nie to twoje śmierdzące cło. Dolarami nie można, trzeba w ojro. No, to do kantoru. Kantor za rogiem. Z powrotem. Masz, wypchaj się, pijawo. Trudno, mama zapali najdroższe papierosy, jakie w życiu miała... Zabawne – nasycona zwycięstwem, do moich toreb już nie zajrzała. Mógłbym tam przenieść wszystko...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Odbiliśmy się od bramki. Zamknięte. Piętnaście minut do odlotu, a już nie wpuszczają, bo nie – za późno przyszliście. Helgaaaaa!!&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;No i się zaczęło... Babki z gejta sprawdzają, czy mogą nas przebukować. Sprawdzają, sprawdzają, sprawdzają... Sprawdzają... Nie mogą. Znaczy: nie, że nie ma na co, ale nie mogą... Musimy pójść do kasy. Poszliśmy. Nie, to musi być w kasie Lotu, bo to samolot Lotu. No, to szukamy. Znaleźliśmy. Dziwnie słyszeć polski od kogoś za kontuarem. Nie może nas przepisać, bo bilet jest Kataju. Jak Kataju, skoro na wasz rejs? No, Kataju i tyle – oni go wystawili, jest w ich systemie, ja nie mogę. Mamy pójść do ich kasy. Czyli znowu na terminal 2, gdzie wysiedliśmy... Pociągiem tuk-tuk, tuk-tuk, tuk-tuk... Kasy Kataju nie ma, gość od odpraw za nią służy. Przepisał. Teraz z powrotem do Lotu. Tuk-tuk, tuk-tuk, tuk-tuk... Ale to nie ja, teraz musicie przetransferować bagaż i pobrać kartę pokładową – to w Lufthansie. O, tu u tej pani naprzeciw. Pani naprzeciw mówi, że nie, że to nie u niej, że mamy pójść tam za róg i je pobrać... No, to idziemy... Kolejka. Kontuar. Pani patrzy w kartkę, jaką od Kataja dostaliśmy, patrzy, patrzy... Zawołała tę z sąsiedniego... Patrzą, gadają, patrzą, czytają... Gość z następnego stanowiska wyleciał:&lt;/p&gt;
&lt;ul class=&quot;dialog&quot;&gt;
&lt;li&gt;To pana bagaż!?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Nie, nie mój.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Pana?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Nie...&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;To czyj!?&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;Znalazł się jakiś facet przy sklepie po drugiej stronie hallu. Niemiec, turysta, wyluzowany szlajacz. A jeszcze z pół minuty i pewnie saperów by wezwali. Obesrani są po pachy ze strachu...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;
&lt;p&gt;W głowie się kołacze myśl: &lt;em&gt;Ni-gdy wię-cej Luft-han-zy! Przez Moskwę, Kijów, rowerem przez Mongolię – wszystko lepsze od tej niemieckiej solidności&lt;/em&gt;. A tak uważnie unikaliśmy ich samolotów – nie wystarczyło, trzeba jeszcze unikać tego lotniska. A polecieliśmy tędy, bo na Heathrow byłoby czekania o trzy godziny więcej. To ja już wolę to, że tam każą ściągać buty przy przechodzeniu przez bramki...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Udało się! Przepisała nas. Ale bilet taki ,,w miarę wolnych miejsc''. No i teraz siedzimy na gejcie i czekamy. Tym razem będziemy pierwsi z tych, co na sępa...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;em&gt;A teraz siedzę i myślę, jak ja sobie poradzę z jedzeniem tym dziwnym metalowym przedmiotem z ostrymi końcami...&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Sat, 03 May 2008 18:59:58 +0200</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2008/05/03/pamietnik-znaleziony-w-terminalu/</guid><category>Ogólne</category><category>Powrót do przeszłości</category><category>Warstwa ..., warstwa piasku</category><category>Wiatr we włosach</category></item><item><title>Tajwańskie blisko</title><link>http://blog.wodzu.net/2008/04/29/tajwanskie-blisko/</link><description>&lt;p&gt;Kolejne targi – w Tajwanie. Z hotelu, jak zawsze, pojechaliśmy autobusem do Kantonu, ale potem trzeba było się przedostać pod China Hotel, skąd odchodzą autokary do Hongkongu. Kupa waliz, ruch wściekły, więc nieporęcznie z nimi się pchać między samochody, a po kładce nad ulicą tym bardziej nie będziemy się przeprawiać, bo to jeszcze głupszy pomysł. Pojedziemy taksówką! Taryfiarz, któremu na migi wytłumaczyliśmy, dokąd ma jechać, chwilę patrzył na nas, nie bardzo chyba wiedząc, czy bardziej nie rozumie, czego chcemy, czy też tego, czy na pewno wiemy, co mu mówimy i czy aby nie można nas tam zawieźć robiąc kilka kółek wokół miasta. W końcu ruszył, objechał budynek targów i wysadził nas 500 metrów od miejsca, gdzie wsiedliśmy.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Razem z nami jechała dwójka Polaków. Facet był wyraźnie niewygadany. Chyba mu brakowało kogoś, do kogo może gębę po polsku otworzyć. Gadał. Jak tylko wsiedliśmy, jego towarzyszka zasnęła. Chwilę później zrozumiałem, że jej zazdroszczę. Tego, że śpi. Tego, że z nim spędziła więcej czasu – zdecydowanie nie! Gość ględził przez trzy i pół godziny, jakie jechaliśmy do Shenzen. Bez przerwy. Nie, no facet jest mądry i gadał ciekawie i z sensem, ale gadał – gadał, nie słuchał. Jak pieprzone radio, którego nie można wyłączyć. No – kołchoźnik cholerny! Jeden program i bez regulacji głośności. A ja poprzedniego dnia przelazłem całe góry przy Nanhai, przebiegłem się po schodach przy Buddzie parę razy i położyłem się spać nad ranem. Miałem ochotę go wyłączyć. Na szczęście za granicą rozdzielili nas inni pasażerowie i ostanie półtorej godziny przejechaliśmy, spokojnie drzemiąc w ciiiszy...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W samolocie starszy facet obok mnie przeglądał sobie jakąś gazetkę z kupą reklam na różowo, przydrzemałem, posiłek, z którego zjadłem makaron, a różowe robaki zostawiłem, lądowanie. Przedtem informacje: deszcz, chłodno, 23 stopnie. Tia, chłodno. Jasne. A na dworze... rzeczywiście chłodno!! Nie taki parnik, jak w Chinach, ale rzeczywiście – jak w Europie. Jak w Europie w sierpniu...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wsiedliśmy w taksówkę. Łeee, samochód cichy, czysty, komfortowy... Nikt na nas nie trąbi, kierowca też ani razu tego nie zrobił... Nieee, no gdzie my trafiliśmy! Przecież tak nie mooożna... W ogóle, ten kraj jakiś taki inny... ludzie o rysach bardziej znajomych – cywilizacja...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Co za idiota wymyślił, żeby łazienka była kilka centymetrów poniżej pokoju?! Ja rozumiem, że próg wysoki na 10 cm pozwala zrobić sobie z niej dużą wannę i pojeździć po kafelkach na brzuchu, ale tam akurat, to mógłbym pojechać najwyżej pół metra, a i to przy zgiętych nogach, więc każde wejście do tego przybytku wywoływało we mnie mnóstwo bardzo ciepłych myśli o jego projektancie. Dobrze, że się nie nawinął pod rękę...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Im bardziej cywilizowany kraj, tym gorzej z Internetem. W Chinach, w hotelu na prowincji – ethernet. W Hongkongu – wifi hotelowe, za które trzeba płacić, w Tajwanie – nic. Ale to nic, ktoś nie zabezpieczył swojego accesspointa, więc sobie od niego pożyczymy... Rwie się okropnie, stale się rozłącza, ale działa. Maile odebrać się udało, parę słów przez jabbera przeklepać – jest znośnie.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ponieważ mieliśmy dzień luzu w oczekiwaniu na rozpoczęcie targów, pojechaliśmy na wycieczkę. Na takiego gotowca z folderu. Bezpośrednio z hotelu zabrał nas busik. Mały skośny wsiadł za kierownicę i wypalił: &lt;em&gt;My name is Jackie Chan, call me Jackie&lt;/em&gt;... Udało mi się nie parsknąć śmiechem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wycieczka, jak wycieczka. Miasteczko górnicze, dom gejsz, kino, kilometrowa uliczka ze straganami, kamienie na wybrzeżu, wodospad, cmentarz. Całkiem fajnie – widoki piękne, tajwańskie cmentarze są dziwacznie malownicze dla oczu europejczyka, miasteczko ładne i coś w nim jest ujmującego, ale nie do końca zadowolony byłem, bo Jackie dawał mi po 10 minut na fotografowanie nad wodą i przy wodospadzie... Jak się, kurka, minutę lezie po kamurach, dwie ustawia aparat, to ile można fal złapać, jak tylko co któraś ma ładny rozbryzg? Nic.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Na koniec zawiózł nas do sklepu z herbatą. Najwyraźniej miał z nim układ, że podrzuca tam turystów, żeby ich naciągnąć na zakupy. Ale my zamierzaliśmy herbatę kupować w Chinach, więc szybko stamtąd umknęliśmy.&lt;/p&gt;
&lt;ul class=&quot;dialog&quot;&gt;
&lt;li&gt;Czy stąd jest daleko do naszego hotelu?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Nie, jesteśmy przy tej samej ulicy, on jest w sektorze 4., a tu jest 2.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Ok, to my pójdziemy pieszo, bo zajrzymy jeszcze tu, na drugą stronę, żeby obejrzeć pomnik Chiang Kei-Sheka.&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;
&lt;p&gt;Poszliśmy. Bardziej od tego betonowego kloca (łojezu, ale budowla!) interesowało mnie łapanie w szkiełko światła słońca na liściach i murkach, ale obejrzeliśmy, obeszliśmy – wracamy, zajdziemy jeszcze na wieżę &lt;em&gt;Taipei 101&lt;/em&gt;, skoro już jesteśmy w tym mieście...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Idziemy, idziemy, idziemy... Trzy razy zdążyliśmy zwątpić po drodze. Oczywiście ani wizytówki hotelu, ani planu miasta nie mamy, a adresu też nie pamiętamy. Ale to nic – idziemy. Jackie, żeby Cię szlag za to blisko! Półtorej godziny szybkiego marszu (no, 15 minut można odliczyć na pstrykanie lamp w bocznej uliczce) – jeeest! Dotarliśmy... To jeszcze tylko szybko zjemy i śmigamy na wieżę. Teraz już wszystko jest dla nas blisko...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zaszliśmy do maleńkiej tajskiej knajpki tuż za rogiem. Zamówiliśmy. Gdy pani przyniosła moją wieprzowinę, to zaniemówiliśmy. Jakaś taka... papa. Bura papka. Ale doniesiona chwilę później reszta żarcia wyglądała znajomo... Pałki w ruch i... jutro przyjdziemy tu znowu! Ale pycha!&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jackie powiedział, że wieża otwarta do 22 – no, to czas ruszać, zostało 45 minut. Doszliśmy po kwadransie po to, żeby dowiedzieć się, że zamknięte. Tak, wieża otwarta do 22, ale wpuszczają na górę do 21:30. A jest 21:35. Jackie!!! Dobre chociaż tyle, że po drodze okazało się, że targi są o jedną przecznicę od naszego hotelu, więc możemy wstać choćby na pięć minut przed ich otwarciem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Targi załatwiliśmy w 2 godziny. Najwyraźniej sąsiedztwo Hongkongu i Kantonu zeżarło imprezę tutaj – nie opłaca się nikomu tu wystawiać, nic ciekawego, a jak nawet, to wszyscy i tak pytali, czy jedziemy na któreś z tych kolejnych. W zasadzie niepotrzebny wyjazd. I nawet kawa, którą dostaliśmy za wypełnienie ankiety nas nie ucieszyła, bo była nic niewarta – popłuczyny.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wieczorem polazłem na wieżę sam. Z nastawieniem, że porobię sobie zdjęcia miasta z wysokości 450 metrów. Przyszedłem, dzień dobry, kupiłem bilet, idę, a strażnik:&lt;/p&gt;
&lt;ul class=&quot;dialog&quot;&gt;
&lt;li&gt;Przepraszam, ale nie może pan tego wnieść.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Dlaczego?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;No, proszę popatrzeć – &lt;em&gt;pokazał mi regulamin&lt;/em&gt;.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Hmm... No, trudno... A mogę to tu zostawić?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Tak, oczywiście.&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;No i musiałem zostawić statyw, bo nie wolno wnosić obiektów dłuższych, niż 42 centymetry. No, szlag by to! Najwyższa czułość, łeb i łokcie oparte, a i tak żeby nie było poruszone, musiałem ustawiać duży otwór. Źle! Na dodatek szyby brudne okropnie, bo Taje nie pomyślały, żeby wycieraczki na piętrze widokowym zaintalować, więc syf aż kapie. Na otwartym piętrze wiatr wyje jak potępieniec na płocie, który otacza taras i skutecznie utrudnia zrobienie zdjęcia, bo najnormalniej w świecie szarpie za ręce i kiwa...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;
&lt;p&gt;Tajwan piękny. Naprawdę urzekające widoki. Zatopione w soczystej zieleni góry wpadające prosto do morza. Ech, aż szkoda, że wtedy, kiedy mieliśmy wolne, pogoda była marna i nie było błękitnego nieba...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Tue, 29 Apr 2008 21:14:05 +0200</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2008/04/29/tajwanskie-blisko/</guid><category>Ogólne</category><category>Wiatr we włosach</category></item><item><title>Budda obschodzony</title><link>http://blog.wodzu.net/2008/04/20/budda-obschodzony/</link><description>&lt;p&gt;Tym razem krótko, bo trzeba spać się zbierać, a i nie ma za bardzo o czym... Po całotygodniowym niedosypianiu dziewiąta przyszła dziś zbyt wcześnie, żebym skłonny był poświęcić jej uwagę; wstałem skoro hejnał i poszedłem na zaplanowaną wycieczkę. Nie padało jednak, więc normalnie&amp;nbsp;– w kompletnym ubraniu. I to nie był chyba najlepszy pomysł. Wcześniej nie wychodziłem na dwór w ciągu dnia. Wszystkie hale targowe są klimatyzowane, więc panuje tam normalna temperatura, a rano i wieczorem da się tu przeżyć, byle się nie ruszać za bardzo...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Narzuciłem na ramię statyw, torbę z aparatem wpiąłem w pasek i poszedłem. Zabrałem sobie wcześniej z hotelu folderek z planem góry i ścieżek na niej, żeby nie błądzić po omacku i poszliśmy. Beata zaprowadziła mnie do wejścia do parku, a jak już szedłem w stronę bramy, to kupiła mi folder, żebym się z tym krzaczastym hotelowym nie męczył – Chińce w kasie na pytanie, czy mają mapę po angielsku, kiwnęły głowami, powiedziały swoje &lt;em&gt;ok&lt;/em&gt; i dały. Złapałem, wpakowałem w torbę i idę...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;To taki kompleks rezerwatowo-skansenowy. A w środku świątynia Buddy. Łażę sobie po początkowej części, zaglądam do obiektów, celuję aparatem – postanowiłem pójść dalej. Wyciągam folder, ten po angielsku, patrzę... patrzę... patrzę... Odwróciłem na drugą stronę, patrzę... patrzę... patrzę... jest! Jest po angielsku! Na ostatniej stronie pół strony reklamowej zajawki. Tia... Nawet mapa jest wyłącznie po chińsku opisana! Ale przyjrzałem się dokładniej i widzę, że każdy obiekt jest w osobnej szpalcie i ma tytuł w dwu językach. No, to sobie poradzimy – wiem, dokąd chcę dojść, a na mapie wystarczy znaleźć właściwe chabazie. Czasochłonne tylko to nieco, bo na tej mapie nie ma ścieżek i trzeba ich szukać na tej, którą sobie z hotelu wziąłem... Cóż, nikt nie powiedział, że życie jest proste...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Schody, schody, schody, las, las, las, schody, schody, schody...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Koszulka wylądowała na ramieniu, żeby pasek torby nie ocierał gołej skóry, spodniom nogawki podwinąłem do pół łydki – wilgotno, gorąco, jak cholera, pot leje się strumieniami, a oni tu cali poubierani...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Spotkałem tylko jednego białego, więc robiłem za lokalną atrakcję turystyczną. Wszyscy machali do mnie rękoma, witali się ze mną, jakimś czterem dziewuszkom porobiłem za misia z Zakopanego, ktoś do mnie zagadał, to odpowiedziałem, ale chyba miał nadzieję, że ja też umiem powiedzieć tyle, ile on, więc uciekł... Budda olbrzymi! Przetreptałem wszystkie schody, wróciłem do miasta...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zjedliśmy obiad, Beata chciała sobie kupić buty. Ponieważ w takich sklepach, to dla mnie niczego ciekawego nie ma, więc stałem w wejściu i chłodziłem się w wentylatorze, co budziło wesołość u przechodzących tubylców, którzy na wieczór zakładają długie rękawy. Oni tu naprawdę chyba uważają, że jest wiosna...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A teraz czas spać, jutro Tajwan...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Sun, 20 Apr 2008 20:48:16 +0200</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2008/04/20/budda-obschodzony/</guid><category>Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury!</category><category>Ogólne</category><category>Wiatr we włosach</category></item><item><title>Z pamiętnika katorżnika</title><link>http://blog.wodzu.net/2008/04/19/z-pamietnika-katorznika/</link><description>&lt;ul class=&quot;dialog&quot;&gt;
&lt;li&gt;Arek, Paweł sobie zerwał achillesa, Wojtas ma chory kręgosłup – nie mam z kim jechać na targi. Pojechałbyś?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Ale ja przecież nie mam zielonego pojęcia o tym, czym Firma handluje...&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Wiem, ale to nic, potrzebny jest ktoś, kto da radę cały dzień łazić, dźwigać katalogi, no i sama trochę boję się jechać...&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Aha, znaczy w roli,,tragarza-ochroniarza'', tak? No, to w takim razie czuję się wystarczająco kompetentny – w zasadzie, to czemu nie...&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;I tak dobrowolnie dałem zesłać się w głąb Azji...&lt;/p&gt;
&lt;h3&gt;Wylot&lt;/h3&gt;
&lt;p&gt;Na Heathrow wifispotów zatrzęsienie, ale wszystkie płatne. Pierwsza myśl, choć nawet nie sprawdziłem, ile to kosztuje: w torbie leży rezerwowa druga wifka na pcimci&amp;nbsp;– może by z kimś w spółę wejść? Ale nie było sensu kombinować, bo czekania tylko półtorej godziny.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Pół doby w samolocie na miejscu dla krasnoludków. Dało się&amp;nbsp;– przezornie zabrany z domu dmuchany kołnierz na szyję i można było spać. Tylko dlaczego rano było popołudnie? No i katar, jaki mi Młody przywlókł z przedszkola, bardzo był ucieszony z ciągłych zmian ciśnienia i usilnie próbował wepchać mi się w zatoki...&lt;/p&gt;
&lt;h3&gt;Hongkong&lt;/h3&gt;
&lt;p&gt;Na lotnisku wszystko sprawnie, idziemy do hotelu. Na dworze... Za życia trafiłem do piekła. Gorąco, parno i duszno. Tłum, syf i smród wyczuwalny mimo zatkanego nosa.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W metrze czuję się, jakbym pojechał jako opiekun z wycieczką z podstawówki. Trochę dziwnie tak stać w tłumie i widzieć przez cały pociąg od końca po koniec...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Pierwszego dnia wieczorem, po targach, w ramach odpoczynku dla zdeptanych stóp, polazłem robić zdjęcia. Takie tam&amp;nbsp;– pocztówki z wieżowcami, jakie wszędzie można znaleźć. Trzy godziny łaziłem po ulicach i jeszcze na dodatek wróciłem godzinę później, od samego siebie, bo mi się omskła łapa i w aparacie źle nastawiłem czas, a tylko tam go sprawdzałem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Drugiego dnia uradziliśmy, żeby zjeść coś innego, niż odgrzewańce ze sklepu. Przysiedliśmy w knajpce ze stolikami na ulicy. Stoliki ćwierć metra kwadratowego, zastawione miskami i talerzami tak, że miejsca brak, wokół tłum przechodniów się kłębi, syf straszny, naczynia i te, no, hm, sztućce – niedomyte. Ciekawie...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wódz, który dzięki przeszkoleniu przez Koniczynka i Machekku dumnie mógł przyjąć skośno brzmiące imię Jako-Tako Jada Pałka-Mi, wtrząchnął co było, nie roztrząchnął za wiele, zapił piwem i na koniec stwierdził, że niepotrzebnie czarnowidził, że zesklepowe chrząstki z dżemem będą jego jedynym pożywieniem. Kaczka była wyś-mie-ni-ta! Ośmiornica gumiata i w smaku żadna, półmetrowe dętki z kurczaka groźne dla życia, a makaron, jak makaron. Ryba też.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Opanowałem podstawowe zasady higieny: żeby się nie rozchorować, trzeba mieć sprzymierzeńców. Najlepiej kilka milionów własnych bakterii, chroniących przed obcymi. Znaczy: ręce myjemy po jedzeniu. Przed nie ma sensu, bo stół i tak się lepi.&lt;/p&gt;
&lt;blockquote&gt;
&lt;p&gt;Pradawni, którzy wiedzą wszystko o wszystkich wszechświatach i którzy wąchali zapachy Kalkuty, Xrc i słynnego Marsportu, zgadzają się, że nawet te wspaniałe przykłady nosowej poezji są zaledwie limerykami wobec glorii zapachu Ankh-Morpork.&lt;/p&gt;
&lt;/blockquote&gt;
&lt;p&gt;Zaczynam odróżniać ładne Chinki od brzydkich. Ciekawe, czy moja klasyfikacja pokrywa się choć częściowo z gustem miejscowych...&lt;/p&gt;
&lt;h3&gt;Kanton&lt;/h3&gt;
&lt;p&gt;Zaraz za granicą przesiedliśmy się do autobusu. Dziwne uczucie. Jakby przeszłość wróciła. Obrazki z dzieciństwa. Beton, pustka i syf... Najbardziej uderza ta pustka. Na ulicach miasta nie ma. Po prostu nie ma. Nie ma niczego. Nie ma ludzi, choć są. Nie ma reklam, choć też niby są... Szaro i obco. Martwo, mimo ludzi wokół...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Do hotelu pojechaliśmy taksówką. Jak tylko udało się znaleźć kogoś, kto adres przetłumaczył na krzaczasty, bo w mainlandzie obce języki są w wielkiej niełasce. Taksówkarz z niewiadomych przyczyn uważał, że jazda 100 km na godzinę z otwartymi oknami, to wspaniały pomysł i dopiero po długim czasie dał się przekonać, że mamy inne zdanie... Oni wszyscy sądzą, że przyjechaliśmy z bieguna i nastawiają klimatyzację, nawiewy i co tylko znajdą tak, żeby szron na nas osiadał. Murowany sposób na katar, bo na zewnątrz wściekle wilgotne +25.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rano szybka bułka z jogurtem i w autobus. Cudaczność zestawień smaków mnie już nie dziwi. Słodka bułka z grzybami i papryką jest ok, słodka bułka z mięsem na wierzchu – nie. Może dlatego, że ta posypka mięsem nazywana była, nim została zużyta na buty dla jakiegoś starego, chorego na grzybicę stóp Chińczyka, a po jego śmierci zmielona i starta na pył? Nie wiem, wiem, że smakuje ohydnie.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Targi, jak targi. Patrzeć na te klamoty już nie mogę, choć motyw z oświetleniami był zabawny. Mieliśmy dla znajomego nazbierać katalogów firm dostarczających lampy. Więc poszliśmy w rozsypkę i w szybkim tempie kosiliśmy wizytówki i oferty. I jakoś tak w połowie hali dopiero zdałem sobie sprawę, że chyba ni cholery nie wiem, jak jest żyrandol po angielsku... Ale różnicy to nie robiło, bo odniosłem wrażenie, że połowa wystawców również nie. Pewnie w chinglish, którym się z nami porozumiewają, takiego słowa nie ma...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Powrót taksówką z nierozumiejącym słowa po angielsku (samo &lt;em&gt;ok&lt;/em&gt; nie wystarcza) kierowcą nieznającym drogi dostarcza wielu niezapomnianych przeżyć. On coś po swojemu dziamgoli, my mu &lt;em&gt;spadaj, dostałeś wizytówkę – radź sobie, dorosły jesteś&lt;/em&gt;, on zestresowany, nam po całym dniu łażenia wszystko jedno.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wyskoczyliśmy na obiad do miasta. Do restauracji o radosnej nazwie &lt;em&gt;Cofee shop&lt;/em&gt;. Ha! Teraz, po zjedzeniu pałkami między innymi chińskiej wersji spaghetti, nic mi już niestraszne! Po walce z półmetrowymi kluskami już wszystko się da nimi złapać. No i fakt, że przysporzyłem wiele radości kolesiowi przy stoliku obok, też ma jakieś znaczenie, prawda?&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Gdy wracaliśmy z miasta skrzyżowaniem starej rozklekotanej nyski z dziecięcym wózkiem, zrozumiałem wreszcie, jak się tu jeździ! Otóż zasady są proste. No, przede wszystkim milicjanci (ale to tylko w mieście) – ci zawsze mają rację. Bo mają gwizdki. Dlatego gwiżdżą. Bo kto gwiżdże, jest ważny. Potem światła. Są. Zielone – jedź, pomarańczowe – e tam, czerwone – zwolnij trochę, bo tamci też chcieliby przejechać. No, w mieście mięczaki się zatrzymują przed czerwonym. Linie są po to, żeby odróżnić, gdzie droga ma wzdłuż, a gdzie wszerz. Niemniej jednak to tylko sugestia, wolno jeździć skosem, z kreskami między kołami, przeciwnym pasem, wyprzedzać od prawej, skręcać w lewo na nakazie jazdy w prawo, włączać na stałe długie, albo wściekle nimi migać i wszystko inne, co tylko przyjdzie do głowy. Na przykład jechać przez pół kilometra z włączonym lewym migaczem, a potem skręcić w prawo. Gdy zaś gdzieś wystąpi jakaś chwilowa przeszkoda (bo na przykład ktoś zaparkował w poprzek, albo wyjeżdża z podporządkowanej), droga ulega cudownemu zwężeniu z przemieszczeniem. Pasy nie są malowane gumą, więc się wtedy nie przemieszczają, ale nikomu nie sprawia najmniejszej trudności wyobrażenie sobie tego. Za to najważniejszy jest klakson! To proste, jak gra w berka – obtrąbiony liczy do dziesięciu. Przez ten czas wolno z nim zrobić wszystko, a jemu nic. Przede wszystkim należy wtedy go koniecznie wyprzedzić od lewej, jeżeli ma włączony lewy kierunkowskaz – było się spieszyć z tym skręcaniem, teraz czekaj! Dlatego wszyscy trąbią stale i na wszystkich. Kto pierwszy, ten lepszy. Samochód może nie mieć amortyzatorów, drzwi i przedniej szyby, ale klakson musi działać! Minirockersi na swoich pierdzikach też brzęczą nieustannie...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Przechodzenie przez jezdnię też jest proste. Robi się to w dowolnym miejscu – przejścia dla pieszych są po to, żeby były. Na całym świecie są, nie możemy być gorsi! Należy iść, jak przez stado bydła – nie włazimy pod koła, nie przebiegamy, nie zachowujemy się gwałtownie, nie panikujemy. Powoli, spokojnie, pas po pasie przechodzimy. Kierowcy widzą i trąbiąc korygują swoją trajektorię tak, żeby uniknąć potrącenia.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Z ciekawostek językowych: bankomat, to &lt;em&gt;cash recycling system&lt;/em&gt;, który, gdy przedrzemy się przez opcje (pierwsze menu, żeby podnieść na duchu, jest wyłącznie krzakami pisane), &lt;em&gt;presents cash, please wait&lt;/em&gt;. To jakby ktoś szukał. Mnie z miejsca przypomniało się &lt;em&gt;born into the steamrollers&lt;/em&gt;...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A dziś obiad z Japończykiem w sifudzie. Ja, który nie ruszam praktycznie niczego, co mniejsze od królika, albo śmierdzi rybami... Ale co tam! Piwo z sake pozwolą przełknąć wszystko. Nawet małże i patrzące w oczy chipsy z glistowatych białych ryb...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Czwarta się zbliża – na dziś koniec. Jutro, ponieważ dzień luzu, żeby stopy nie odwykły, wycieczka w góry, w odwiedziny do Buddy. Zdaje się, że boso i w samych spodniach, bo jak będzie lało tak, jak dziś, to szkoda butów. I tak przemokną po 10 minutach, a w tym cieple potrzebne nie są...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Sat, 19 Apr 2008 22:04:41 +0200</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2008/04/19/z-pamietnika-katorznika/</guid><category>Mężczyźni są z mięsa, a kobiety z wełny</category><category>Nie lubię komputerów</category><category>Ogólne</category><category>Wiatr we włosach</category></item><item><title>Anioł zniszczenia</title><link>http://blog.wodzu.net/2007/06/11/aniol-zniszczenia/</link><description>&lt;p&gt;Dobry dzień dziś mam. Najpierw zachciało mi się podnieść rolety. Sam nie wiem, po co, bo za godzinę i tak słońce mi stamtąd wylezie i będzie próbowało wypalić monitor. Kwiatków udało mi się nie przystrzyc (liście wspaniale wkręcają się między bambusy przy zwijaniu), ale jeden zakołysał się, ruszył firanką, ta zgarnęła lampkę i... bęc. Klosz się nie potłukł, ale ułamało się lutowane mocowanie. Transformatorówką będę sobie pewnie mógł tylko to pomacać...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Runda druga. Otworzyłem sobie okno. No, bo świeże powietrze i takie tam pierdoły... Ktoś na dole otworzył drzwi. Przeciąg zgarnął oknem kwiatka, ten wpadł w drukarkę, zostawiając tam połowę ziemi i wylądował między płytami na podłodze. Szlag by go...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Boję się pójść do ubikacji...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;EDIT:&lt;/strong&gt;Zapomniałem! Zaczęło się od tego, że umyłem szklankę. Dokumentnie. Skręciłem ją w łapach i już więcej myta nie będzie...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Mon, 11 Jun 2007 12:44:44 +0200</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2007/06/11/aniol-zniszczenia/</guid><category>Ogólne</category></item><item><title>Before you see the light you must die</title><link>http://blog.wodzu.net/2007/06/07/before-you-see-the-light-you-must-die/</link><description>&lt;p&gt;Wybraliśmy się na &lt;em&gt;Mystic Festival&lt;/em&gt; do Katowic. W zasadzie, to zainteresowani byliśmy wyłącznie Slayerem, bo to ich obecność nas skusiła do wyjazdu, ale skoro impreza na cały dzień, to grzech nie pojechać. Ostatnio na ich koncercie byłem ze dwa eony temu, ubiegłoroczną ich bytność w &lt;em&gt;Stodole&lt;/em&gt; przegapiłem, więc wiele się nie zastanawiałem. Szybko skompletował się nas cały pluton&amp;nbsp;– zapowiadało się nieźle...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Choroby i obowiązki przetrzebiły nas nieco, geografią zostaliśmy rozdzieleni&amp;nbsp;– ostatecznie do pociągu, w samo południe, wsiedliśmy we trzech. Biegiem. Z pełną siatą piwa, oczywiście. A pociąg, bydlę niewdzięczne, i tak wyruszył z piętnastominutowym opóźnieniem. W przedziale siedział jakiś koleś, który jechał do Katowic opieprzyć podwykonawcę za spóźnienie. Trochę się krygował, ale na dwa piwa namówić się dał.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jeszcze szybki obiad w Warsie, a po drodze Mroku znalazł kumpla ze studiów, więc ekipa się rozrosła...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Sosnowiec... Zaraz! Ale nie, Darek wczoraj miał w opisie coś o Warszawie, więc pewnie i tak go nie ma...&lt;/p&gt;
&lt;ul class=&quot;dialog&quot;&gt;
&lt;li&gt;....&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Jest koncert w Spodku, jedziesz? Biletów mamy jak głupi gwoździ.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Na co?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Na Slayera.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Kiedy?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Zaraz.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Eee... Teraz nie mogę, ale dojadę.&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;Proste.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Dojechaliśmy. Runar z Młodym znaleźli się szybko, wleźliśmy do Spodka. Olane przez nas Pandemonium już skończyło, grał Rootwater. Ciekawie grają, choć niezbyt porywająco. Chcieliśmy sobie zatankować piwa, ale – kuriozum – sprzedawali je na zewnątrz, na górnym tarasie. I wpuszczali ograniczoną liczbę osób. Pewnie, żeby się gierkowska budowla nie zawaliła. Co za idiota wymyślił, żeby piwo sprzedawać tak daleko, tego ani ochroniarze, ani dwaj znudzeni gliniarze, którzy też nie mieli pojęcia, po co tam zostali przysłani, nie wiedzieli. A spragniony ambrozji tłum miał zabawę w przepychanie się z ochroną na schodach, która rozpaczliwie próbowała utrzymać się na pozycjach.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Virgin Snatch wysłuchaliśmy z trybun – Mroku wdarł się po piwo, ale musiał je tam u góry wypić, a ja kupiłem pepsi i ice tea, które z Julem smętnie sączyliśmy. Kolejna zagadka: laska sprzedająca napoje uparła się, żeby zabrać mi nakrętki. Nie mogłem jej wytłumaczyć, że jak będę chciał komuś zrobić krzywdę, to zdecydowanie łatwiej będzie mi pięściami, niż taką żółtą nakrętką, a jak będę niósł trzy butelki i trzy kubki z pepsi, to mi się to cholerstwo porozlewa, gdy mnie ktoś potrąci. Uparta była i podała mi odkręcone. Nadal nie wiem, jak zrobić komuś krzywdę nakrętką, uważam, że tylko bym się przy tym zmęczył, ale może tamtejsze lokalne style walki wykorzystują broń tego rodzaju i organizatorzy dobrze wiedzą, co robią, zakazując ich. W końcu nunczaku też kiedyś było zwykłym cepem...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Behemotha i Celtic Frost spędziliśmy na górze. Jak już się wdarliśmy, jak już Mroku metodą na sępa (najpierw stał przy kasie i opieprzał wpychających się, żeby nie robili bydła i stali grzecznie w kolejce, a potem, gdy już wkradł się w łaski pani sprzedającej, sam kupił bez kolejki) zdobył dla nas cysternę piwa, to nie chcieliśmy tracić zdobytych pozycji.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Z opróżnionych plastików budowaliśmy wieżę do nieba, ale nim sięgnęła choćby dachu, podszedł do nas jakiś koleś i wskazując na jej podstawę zapytał: &lt;em&gt;Pijecie z tego?&lt;/em&gt; Zdziwieni spojrzeliśmy – użyliśmy jako fundamentów trzech plastików pozostawionych przez kogoś na stole i w najniższym były jeszcze resztki – jakieś 3&amp;nbsp;cm piwa. A koleś: &lt;em&gt;Nie? To ja wypiję.&lt;/em&gt; I przelał sobie. Szczęki zbieraliśmy przez kolejnych kilka minut... Jakaś laska rzygająca do plastikowego pokala (przesadziła widać, biedactwo)... Jakiś koleś odlewający się na ścianę, bo kible były na dole... Pełen luz i atmosfera ogólnego szczęścia i beztroski...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A potem: Disciple, War Ensemble, Jihad, Die By The Sword, Show No Mercy, Captor Of Sin, Cult, Bloodline, Mandatory Suicide, Seasons In The Abyss, Supremist, Eyes Of The Insane, Postmortem, Silent Scream, Dead Skin Mask, Raining Blood, South Of Heaven, Angel Of Death... Tłum próbujący przeciąć Cię wpół o barierkę... Telefon w kieszeni zamókł... I nawet skórzany pasek przepocony na wylot...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jul uparł się, wbrew logice i tradycji, które nakazywałyby spędzić cztery godziny oczekiwania w którymś z ogródków piwnych, żeby jechać wcześniejszym pociągiem, więc postaliśmy na peronie, dzikim fuksem znaleźliśmy wolny przedział w sypialnym i w całkiem cywilizowanych warunkach, z zaledwie godzinnym opóźnieniem dotarliśmy do Warszawy. A sen umilało nam stado metalowych świerszczy, które zalęgły się gdzieś w ścianach i, żeby je szlag, całą drogę świergoliły...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A włosy rozczeszę, jak dobrze pójdzie, w przyszłym tygodniu...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Thu, 07 Jun 2007 10:51:36 +0200</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2007/06/07/before-you-see-the-light-you-must-die/</guid><category>Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury!</category><category>Wiatr we włosach</category></item><item><title>Pół godziny od świata</title><link>http://blog.wodzu.net/2007/04/12/pol-godziny-od-swiata/</link><description>&lt;p&gt;Odstawiłem Młodego do przedszkola. A gdy wracałem, jezioro zawołało mnie do siebie. Wjechałem w las, zatrzymałem się...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zapach... Zapach wody... Zapach lasu... Rozgrzanej porannym słońcem wilgotnej ziemi... Cisza... Cisza wypełniona śpiewem ptaków. Skowronek... Słowik... Obok wróble, jak zwykle, o coś się kłócą... Wysoko nad głową dzięcioł niepewnie przymierza się do rozbicia spokoju stukotem... W wodzie błękit nieba, na lądzie brąz butwiejących liści gdzieniegdzie poprzecinany świeżą zielenią młodej trawy, po pniach, trzcinach i gałęziach fale pełgają światełkami... A w kotlinie, nad lasem, gdzie słońce ciepłem dotrzeć nie zdążyło, mgły wciąż jeszcze się kłębią... Delikatny, choć nadal jak zimowy, lodowaty wiatr chłodzi skórę grzaną nieśmiałymi promieniami, a światło z jeziora wbija się nożami w oczy przez przymknięte powieki...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;To takie chwile, kiedy wiecznie czujne dzikie zwierzę staje, rozgląda się, przez chwilę jeszcze uważnie nasłuchuje, by wreszcie położyć się przy brzegu i zamknąć oczy...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A teraz siedzę, idiota, przy klawiaturze i wypisuję tu bzdury, zamiast tych kilka minut potrwać tam dłużej...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Thu, 12 Apr 2007 09:41:43 +0200</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2007/04/12/pol-godziny-od-swiata/</guid><category>Wiatr we włosach</category></item><item><title>Kozioł po ciemku</title><link>http://blog.wodzu.net/2007/04/10/koziol-po-ciemku/</link><description>&lt;div class=&quot;datefrompast&quot;&gt;19-21 stycznia 2007&lt;/div&gt;
&lt;p&gt;Wyjazd firmowy. Latem, w trakcie powrotu z &lt;em&gt;kajaków&lt;/em&gt; (może kiedyś je dokończę i opublikuję, nim mi się szkic całkiem rozmaże i powyciera) wypatrzyli pensjonat na Mazurach... No więc wyrok zapadł: kolejna impreza odbędzie się tam. Ładne miejsce, nad Pisą – całkiem sympatycznie.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Miałem przyjechać w piątek do firmy – handlowcom mieliśmy aktualizować soft na lapkach – ale ponieważ wyszło tak, że w poniedziałek rano musiałem znaleźć się z powrotem w Gdańsku, żeby stamtąd pojechać do Warszawy i jeszcze tego samego dnia wrócić, a na wczesny niedzielny powrót autokarem raczej nie było co liczyć, to ustaliliśmy, że Abram zrobi wszystko sam, a ja będę przy Sieci i pod telefonem, a dojadę bezpośrednio na miejsce sam...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wyruszyłem po piętnastej. Najszybsza trasa pod Łomżę, to do Gdańska, siódemką w okolice Olsztynka, a potem w lewo, na Szczytno. Ale nie w piątek o piętnastej – półtorej godziny zajęłaby jazda przez centrum. No, to na skróty – Tczew, Malbork, w Miłomłynie na siódemkę. Wesoły autobus wyruszył pół godziny później – w końcu mieli blisko dwa razy bliżej. Ale Wojtas już tydzień wcześniej mówił, że pierwszy przystanek jest po trzech kilometrach, bo kogoś trzeba zabrać po drodze...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W Malborku objazdy. Remonty, barierki, wykopy... Standardowo: jak nie jesteś miejscowy, to radź sobie sam. Zwłaszcza po ciemku. Trafiłem dopiero, gdy przestałem przejmować się zakazami ruchu i pojechałem na azymut. Ok, 20 minut kluczenia. Ale nic strasznego – SMS od Wojtasa, że już przejechali 30 kilometrów. W półtorej godziny. Tankują na stacji. Bynajmniej nie bak autokaru...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Dzierzgoń, Zalewo... Gdzie to w ogóle jest? Ale sobie drogę wybrałem! Kręta, a szeroka taka, że co chwilę się zastanawiam, czy aby lusterek nie złożyć... Do kompletu deszcz. Taki, że jedyne, co widać, to mieszające wodę na szybie wycieraczki...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jakoś udało się dotrzeć do Miłomłyna. Niezupełnie tam, gdzie chciałem, ale wyjechałem na siódemkę – liczy się osiągnięty cel, nie drobna niezgodność ze scenariuszem. Tu ciekawiej – śnieżyca. Ale taka żadna, bo nawierzchnia ciepła, więc jedzie się, jak w deszczu, a tylko przed oczyma ,,podróż w przestrzeni kosmicznej''...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Skręt do Olsztynka, śmigam na Szczytno. Pustki na drodze, gdzieniegdzie odrobinę przyprószone śniegiem, ale bez wpływu na warunki drogowe. Telefon. Numer Wojtasa, głos Beaty, słowa niezrozumiałe – słychać jedynie chóralne śpiewy, wrzaski i burczenie autobusu... Zdaje się, że znowu jadą...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W ostatniej chwili zorientowałem się, że gość z naprzeciwka najwyraźniej albo mnie nie widzi, albo boi się pobocza (gdzie leży pół milimetra świeżego śniegu), albo uznał, że zabawnie będzie wieczór zakończyć czołówką. Jak inaczej wytłumaczyć to, że zajmował dobrych 70 cm mojego pasa? Szarpnąłem kierownicą, chwytając prawie prawymi kołami rynsztok na poboczu, udało się uniknąć zderzenia, ale lusterka się pocałowały. Nie pierwszy raz i z pewnością nie ostatni. Wyhamowałem, postałem chwilę czekając, czy tamten zawróci. Lusterko obmacałem – szkło, oczywiście, w pył, ale korpus tylko się obrócił i nawet rysy nie ma. Porządna konstrukcja – zważywszy zwłaszcza, że uderzenie było przy łącznej prędkości dobrych 250 km/h...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nie zawrócił. Kij mu w oko, nie będę przez głupią szybkę za 50 zł ganiał za idiotą po mieście, dzwoniąc po policjantach. Jadę...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Dalsza droga bez przygód. Pomijając jeden radosny przejazd kolejowy. W ciemnościach przezabawne, ale najwyżej dla widzów – jadę sobie spokojnie, prosta droga, daleko przede mną dwie czerwone kropki w ciągle tej samej odległości, oznaczony przejazd, pierwszy pasiak, drugi pasiak, trzeci pasiak... KURRRRR!! Ostry skręt w lewo, tory, ostry skręt w prawo, ostry skręt w lewo. No, żeby ich... W dzień może to i widać, ale po ciemku człowiek jedzie ,,na światełka'' tego, co przed nim. A że ten daleko, to nie zwraca się uwagi, że się nieco kiwnął w pewnym momencie. Droga prosta. Z zygzakiem w środku. Kto nie zauważy, to w trawę i zapraszamy na podkłady. Przejazd kolejowy sponsorował pewnie lokalny zakład blacharski...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Znalazłem miejscowość. Egipskie ciemności, bo pogoda prąd zabrała. Zasięg ledwie mierzalny, ale dodzwoniłem się. Już są! Od kilkunastu minut! No, to przycięli na ostatniej prostej! Widocznie tym razem upilnowali, żeby Wojtas nie siadł za kierownicę. Właściciel mnie popilotował, dojechałem. Nim zdążyłem wysłać meldunek SMS-em, że dojechałem i żyję jeszcze, ale to moje ostatnie chwile, samochód otoczyła mi gromada zombie. Najwyraźniej z zamiarem poczynienia w mym mózgu szkód, jakich sami doznali. Ich puste spojrzenia i pełne naczynia świadczyły wymownie intencjach, jakie nimi powodowały...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Dostałem pokój. Rzuciłem torbę, gitarę z powrotem na plecy i idziemy szukać ludzi. Jacyś przecież jeszcze muszą być...&lt;/p&gt;
&lt;ul class=&quot;dialog&quot;&gt;
&lt;li&gt;Wodzu! Jest impreza!&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Gdzie?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;W 105!&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Ok...&lt;/li&gt;
&lt;li style=&quot;list-style: none&quot;&gt;
&lt;p&gt;Gdziekolwiek to jest... Znalazłem. Włażę, razem z tłumkiem napotkanych po drodze. W środku Ania i Rafał. Pytające spojrzenia...&lt;/p&gt;
&lt;ul class=&quot;dialog&quot;&gt;
&lt;li&gt;Nie wiecie? Jest impreza.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Gdzie?&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Tu.&lt;/li&gt;
&lt;li&gt;Aha...&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
&lt;p&gt;Muzyka, trawa, wódka, zabawa... Skończył się prąd w generatorze...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rafał, dzielny człowiek i dobry kolega, dbał, bym mimo stale zajętych rąk nie wysechł z tęsknoty i oliwił mnie skutecznie. Gdy wszyscy popadali, a struny instrumentu stwierdziły, że są już zmęczone i zaczęły wysmykiwać mi się spod palców, czas było wrócić. Jakoś, po długich peregrynacjach dotarłem na to swoje pierwsze piętro, klnąc po drodze w żywy kamień tego, który na noc zmienia zwykłą klatkę schodową na schody kręcone (a rano już z powrotem były zwykłe!) i to bez uprzedzenia! A w bezksiężycową noc bez prądu ciemno było tam jak u Murzyna w okrężnicy. Nie wiem po co przełaziłem przez barierkę (jest na wysokości jakichś trzech metrów i niezupełnie po drodze), ale widać było to wtedy niezbędne. Zległem w pościeli. Rano wpada Paweł (że też, cholera, drzwi za sobą nie zamknąłem). Jego szczęście, że spałem zwrócony twarzą do wejścia i że alkoholowo rozleniwiony byłem. W każdym razie zdążyłem go rozpoznać, nim doleciał do mnie. Otworzył moją torbę, wywalił wszystko na podłogę, zapytał ,,gdzie oni to schowali'', zignorował moje ,,co?'', część rzeczy wsadził z powrotem i pognał. Z lekka osłupiały mruknąłem tylko ,,hm'' i postanowiłem jeszcze trochę dodrzemać...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Polazłem do gitary, żeby wyciągnąć z pokrowca &lt;em&gt;żołądkową&lt;/em&gt; na dobry początek dnia, wypiliśmy z Rafałem rozgrzewkowo i jakoś dzień się zaczął... Swoją drogą, to architekta projektującego ten budynek należałoby ukrzyżować. Co za głupi pomysł, żeby korytarz generował ciągłe uczucie deja vu! Idziesz prosto, skręcasz i... jesteś w tym samym miejscu. Nic! Idziesz twardo dalej, skręcasz za róg i... znowu w tym samym miejscu. No, kurde, Matrix się zapętlił! Całe szczęście, numery na drzwiach są różne...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Po śniadaniu zebranie. Bo to w końcu wyjazd służbowy, jak by nie patrzeć. Na krzesłach Matki Boleściwe i Jezusy Ukrzyżowane twardo próbują utrzymać pozycję siedzącą. Godzina pokuty minęła, czas na zapowiedziane atrakcje – obiecany &lt;em&gt;małpi gaj&lt;/em&gt;.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Doszliśmy na miejsce. Wszyscy jakoś mało palą się do włażenia, ale mnie dwa razy namawiać nie trzeba. Zwłaszcza po alkoholu. Jeszcze tylko podpisać cyrograf, że jak spadnę, to obiecuję się zabić dokumentnie i nie procesować się z organizatorem, uprząż asekuracyjna (jak koniecznie chcesz, to mogę to założyć, co mi tam), beret z daszkiem na głowę i do góry...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wcześniej rzuciłem okiem. Pięć odcinków, każdy po 10-15 metrów... 2-3 minuty i jestem z powrotem na dole. Cały czas w ruchu, więc nie zmarznę. Zrzuciłem kurtę pod drzewo i w koszulce polazłem do góry... Przesiedziałem w niej 40 minut na platformie czekając, aż dojdzie do mnie reszta i gość przylezie mnie asekurować przy zjeździe... Na szczęście styczeń mieliśmy wyjątkowo ciepły. Gdyby był mróz, to bym po prostu sobie zjechał po tej linie nie zważając na jego wrzaski...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Po drodze jedna belka uznała za stosowne odwiązać się i uciec mi spod nóg. Na szczęście każda małpa już w dzieciństwie uczy się, że gdy jedna kończyna sięga, by się czegoś schwycić, pozostałe trzy zawsze muszą się czegoś trzymać, najlepiej każda czego innego. A już zwłaszcza należy unikać trzymania się tej samej gałęzi, na której się stoi. Bo to bardzo niewygodna i stosunkowo mało stabilna pozycja... Zahuśtałem się na rękach, chwyciłem stopą drugą belkę, złapałem tamtą wredną, organizatorowi rzuciłem znaczące spojrzenie i pytanie, czy to też leżało w zakresie atrakcji, przywiązałem i pokicałem dalej... Za mną, pod Krzyśkiem rozwiązała się lina, po której szedł. Ufał tylko nogom, więc gdyby nie uprząż, to klapnąłby z dziesięciu metrów na ziemię... Powisiał sobie jak pająk, kręcąc się na sznurku...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W drugim rzucie również Ania i Agatka postanowiły rzucić wyzwanie śmierci i dzielnie pokonały całą trasę. I na tym się skończyło. Długo strasznie to wszystko trwało – nie najlepiej zorganizowane. Powinna być tam druga osoba do asekuracji zjeżdżających, wtedy jedno przejście trwałoby rzeczywiście kilka minut i wszystko szłoby sprawniej...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wieczór mi się dłużył... W niedzielę w południe siadałem za kierownicę, więc musiałem wytrzeźwieć. Kilka tylko piw wśród dobrze bawiącej się gromady sprawia, że człowiek czuje się jak obcy... Schowałem się w norze, znajdując zrozumienie u Morfeusza i Nocy...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rano długo szukałem gitary. Że też jej nie zabrałem ze sobą do pokoju... Ale nie chciałem tak po prostu wyjść, bo jeszcze ktoś spragniony darcia ryja postanowiłby mnie ściągnąć z powrotem. Na szczęście znalazła się za telewizorem, nie w kominku...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Przyjechał autokar, zatem i ja zatrzasnąłem za sobą piękne chwile, beztroskę i żal, że tracę możliwość jazdy wesołym autobusem i pomknąłem na północ – tym razem znaną już mi drogą. Po to, by następnego ranka robić za kierowcę karetki. Ale o tym już w następnym odcinku wieści z przeszłości...&lt;/p&gt;
&lt;/li&gt;
&lt;/ul&gt;
</description><pubDate>Tue, 10 Apr 2007 15:28:14 +0200</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2007/04/10/koziol-po-ciemku/</guid><category>Powrót do przeszłości</category><category>Wiatr we włosach</category></item><item><title>Dwa nawiasy</title><link>http://blog.wodzu.net/2007/04/03/dwa-nawiasy/</link><description>&lt;p&gt;Jak to zwykle bywa, trzeba było zrobić drobne usprawnienie. No, nic prostszego... Akurat! Trzeba najpierw zmienić, żeby bebechy umiały kojarzyć po więcej, niż jednym polu. Z wielkim obrzydzeniem się do tego zabrałem, bo to hektary kodu dawno przeznaczonego do wyrżnięcia w pień...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zamiast dotychczasowego &lt;em&gt;char*&lt;/em&gt; zrobiłem szybciutko stl-owe &lt;em&gt;vector&amp;lt;string&amp;gt;&lt;/em&gt; i pięknie. Tysiąc funkcji i półtora makr do łatwej poprawki i już po dwóch godzinach znowu kod się kompiluje. Sukces! Ale mierny. Wywala się...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wywala się kretyńsko. Segfaultem w destruktorze, który niczego istotnego nie robi. Znaczy, że pewnie gdzieś coś wali rykoszetami po okolicy... Tylko gdzie? To złożona struktura, dynamiczna, debuggować się tego nie chce, bo mózg się przy analizie lasuje... No, to wkompilowujemy system obronny. Ale moduł skanerów i tarcz przeciwko wojnom rdzeniowym żadnych dywersji ani sabotaży nie wykrył... No, niby dobrze i tego należało się spodziewać, bo kod przestrzelany w boju jest, ale co jest, do cholery? Gdzieś przy tych hurtowych poprawkach coś zepsułem?&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Trzeciego dnia znalazłem. Nie, żebym tyle nad tym siedział. Nie, w tym czasie zdążyłem pół kraju przejechać i jeszcze całe stado słoni opić. Tyle czasu jakoś tak po prostu minęło... Jak to zwykle, najskuteczniejsze okazało się podejście &lt;em&gt;dummy-coder&lt;/em&gt;, czyli binarne wykomentowywanie kodu, który nie działa. Konsekwentnie wywala się zawsze w jednym &lt;em&gt;delete&lt;/em&gt;. Bydlę. Tyle lat działało grzecznie, a teraz tak mi robi? Czego chcesz, gadzie?&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Dobrze ukryte w makrze &lt;em&gt;delete&lt;/em&gt; nie rzucało się w oczy. Usuwany obiekt był tablicą. Tworzony przez &lt;em&gt;new typ[ileśtam]&lt;/em&gt;... Któreśtam &lt;em&gt;gcc&lt;/em&gt; (bodajże 2.95 – ono miało masę fajnych ficzerów) umiało samo rozpoznać, jak należy usuwać przydzieloną pamięć i nie wymagało specyfikowania operatora tablicowego. 3.x już nie... Pamięć pewnie się nie zwalniała cała, ale to miało żadne znaczenie, bo procesy i tak pojawiają się tam na chwilę i znikają, więc wycieki były nierejestrowalne. Dopiero użycie złożonych obiektów zamiast dotychczasowych zwykłych &lt;em&gt;char*&lt;/em&gt; spowodowało problemy przy wywołaniach destruktorów. Szlag by to. Dwa nawiasy. Dwa nawiasy... &lt;em&gt;delete [] obiekt&lt;/em&gt; i działa. Dwa głupie nawiasy. Jak ja nie cierpię komputerów...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Tue, 03 Apr 2007 09:46:12 +0200</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2007/04/03/dwa-nawiasy/</guid><category>Nie lubię komputerów</category><category>Ogólne</category><category>Powrót do przeszłości</category><category>Techblog</category></item><item><title>SORBS-y, maile, DSL-e, TTL-e</title><link>http://blog.wodzu.net/2007/03/22/sorbs-y-maile-dsl-e-ttl-e/</link><description>&lt;p&gt;W poniedziałek Runar marudzi, że mu odbiło maila. Patrzę, co mi przysłał - postfix jęczy, że ten z drugiej strony uznał go za dialupa. No, to maila do Jacka: wyrejestruj się, bo gamonie wpisali Ci hurtem 83.16.* do dynamicznych. Jacek klnie, na czym świat stoi, bo formularz pytania zadaje takie, że tylko poszukać czegoś ciężkiego, żeby walnąć... Na przykład o ASN ISP... Ja po cichu się śmieję, bo jakiś czas temu swoją maszynę też wyrejestrowywałem, ale wtedy wystarczyło wpisać IP, a potem potwierdzić maila...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wtorek. Julek pisze, że mu z banku odbiło maila. Patrzę: to samo. Co jest, do cholery? Sprawdzam ich IP - no, jest. Mój? Też! Oż, w mordę! No, to wyrejestrowujemy...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wyrejestrować można automatycznie. Wpisuje się domenę, on sobie sprawdza i... mówi, że nie. MX ma się rozwiązywać na IP, dla którego rev-dns ma dawać tę samą nazwę, jaka była na początku. No, to nie ze mną takie numery, Brunner. Wpisałem w domenę to paskudne azz246.chabazie.tpnet.pl (tak, azz - mieszkam w samym narożniku Cube'a) jako MX-a. Teraz żryj, paskudo! Zeżarło. I wypluło, że nie, bo TTL dla &lt;em&gt;IN PTR&lt;/em&gt; za krótki...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Druga runda. Jest formularz do zgłaszania. Wpisałem. Odpisało po chwili. Że nie. I żeby nie dyskutować, bo to automat i mało rozmowny jest w ogóle...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Runda trzecia. Zmieniamy sobie rev-dns. Tepsa daje taką możliwość, trzeba tylko wysłać im wpisy do strefy i podmienią. No, to przygotowałem - wersję z CNAME, żeby sobie móc samodzielnie decydować, jak to ma się ostatecznie nazywać Wysłałem. Julka danych nie miałem, bo się już wieczór zrobił i nie było nikogo w firmie. Przy okazji napomknąłem, że mogliby jako ISP skontaktować się z SORBS i powiedzieć im, że ten DSL jest jak najbardziej statyczny...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rano mail, żeby przysłać dane umowy. Ja w lekkim szoku, że tak szybko ktoś na to zareagował. No, to łap! za telefon i męczymy. Ela szuka... Znalazła numer aneksu. Wysłałem. Godzinę później odpowiedź, że wpisy umieścili. Mój szok się pogłębia... Na szczęście formularz SORBS-ów jest niezawodny - na drzewo, przez CNAME nie widzi, chce najwyraźniej mieć IN PTR i koniec. No, to ślemy jeszcze raz maila do Tepsy. Z poprawką dla MX-ów - te rekordy mają nie CNAME, tylko IN PTR. Trudno. Ale z dopisanym 1D, żeby dla nich TTL był na sztywno...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Dziś rano odpowiedź. Wpisane. Ja z szoku już ledwie stoję - dobrze, że siedziałem. Wstawili moje IN PTR-y. Ale bez TTL-a, więc formularz delistera cieszy się bardzo, że jest fajnie, ale mówi, że i tak mnie nie lubi, bo 6 godzin znajomości, to za mało dla niego. Ech, żyzń... Ale tknęło mnie. Każę mu w bazie sprawdzić jeszcze raz IP. Nie ma. Drugie... Też nie ma! Czyżby chłopaki z Tepsy zainterweniowali? Szok osiąga poziom krytyczny...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Sprawdzam, czy bank teraz przyjmie już pocztę... &lt;em&gt;Telnet ip smtp&lt;/em&gt;... &lt;em&gt;EHLO&lt;/em&gt;... &lt;em&gt;mail from:&lt;/em&gt;... &lt;em&gt;rcpt to&lt;/em&gt;... Łyknie! No, to fajnie. Dla formalności piszę jeszcze maila do Tepsy, że mimo, że jest nie do końca tak, jak chciałem, to jednak cel osiągnięty, więc dalej im głowy nie zawracam tym nieszczęsnym TTL-em.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Pół godziny temu mail. Że zmienili TTL na 86400. Sprawdzam dla IP mojego MX-a... rzeczywiście. Julka? Też. Test: mój modem... też. Hehe... Jakiś losowy inny... też. Jakiś losowy z kompletnie innego podwórka? Też 86400... Globalnie zmienili. Też dobrze. Jakby komuś przeszkadzało, że w rev-dns dla Tepsianego DSL-a TTL teraz wynosi dobę, to już wie, kogo bić. Ale niech nie liczy, że się przejmę, bo jestem w takim szoku, że nic mnie nie ruszy...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Tymczasem sprawdziłem, gdzie to ja się wtedy wyrejestrowywałem. Ze Spamhausa, nie z SORBS. To nic, przynajmniej Jacek nauczył się numerów ASN Tepsy i wielu innych ciekawych rzeczy...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;EDIT:&lt;/strong&gt; Spojrzałem w kalendarz. Ktoś mi dwa dni podrzucił. Czwartek, to dopiero dziś. Poprawiłem.&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Thu, 22 Mar 2007 15:01:18 +0100</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2007/03/22/sorbs-y-maile-dsl-e-ttl-e/</guid><category>Nie lubię komputerów</category><category>Techblog</category></item><item><title>Tuning biedronki</title><link>http://blog.wodzu.net/2007/02/14/tuning-biedronki/</link><description>&lt;p&gt;Młody poszedł jakiś czas temu z ciocią do sklepu i naciągnął ją na grę. Pokarało mnie. Grumpa. Takie Diablo dla dzieci. Wspaniale rozwijające, w sam raz dla dzieci: zaczyna się od tego, że zabijają ci ojca, potem ty masz wymordować całą okolicę. Dla mnie bomba. Młodemu też się podobał. Na początku musiałem ja w to grać, bo on sobie nie radził. Siedział obok i patrzył.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Grafika całkiem ładna. Ale moją ulubioną grą jest Nethack (w trybie znakowym, oczywiście) i Civilization II, więc mogę nie być właściwą osobą do wygłaszania takiej oceny... Sterowanie grą proste. I wcale nie trzeba klikać na wyścigi, jak to w którejś recenzji w Internecie wyczytałem. Po prostu, gdy postać walczy, to nie machnie drugi raz, nim nie skończy poprzedniego machnięcia. Klikanie w trakcie uderzenia nie daje nic. Trzeba wskazać, kliknąć, odczekać i dopiero kolejny raz...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jesteś biedronką. Na wioskę najechali piraci. Po ojcu został ci złamany miecz i drewniana tarcza. Ale nie jest tak źle! Twój dziadek był superwojownikiem i miał cztery świetne gadżety. Tarczę Obrony, Pas Siły, Rękawice Mocy i Miecz Potęgi. Albo może trochę inaczej, ale jakoś tak - z pamięci piszę. Trzeba tylko zabawki znaleźć i będzie łatwiej.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Co robi gracz, który zaczyna taką grę? No, walczy i próbuje wykonywać kolejne questy. Ponieważ rodzicowi z reguły zależy, żeby to młody grał, to postać trzeba szybko doprowadzić do stanu, w którym ten sobie już sam poradzi. Teraz mogę już w tej grze robić za eksperta, więc dam kilka spoilerów, jak szybko uwolnić się od tego przekleństwa. Zatem:&lt;/p&gt;
&lt;h4&gt;Grumpa: pacifist conduct&lt;/h4&gt;
&lt;p&gt;No, pacyfizm, to w najwyższej postaci, do której ja jestem zdolny. Znaczy: nie dostaniesz wpie*ol, o ile nie podskoczysz. Nie da się tam nie zabijać, bo niektóre mendy stoją na drodze i nie chcą sobie pójść, albo trzeba im z flaków wypruć jakąś zabawkę.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zasada pierwsza: shift blokujemy zapałką. Znaczy: stale biegamy. Krócej trwa i piraci za nami nie będą nadążać. Zasada druga: nie walczymy. Na początku Grumpa jest słaby i obrywa, więc trzeba sobie z dystrybutora kupować &lt;em&gt;witaminy zdrowia&lt;/em&gt;, żeby się podleczyć. A kupuje się je za moniaki zbierane z zabitych piratów. Błędne koło się zamyka.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Świat, to trzy wyspy. Nie będę szczegółowo opisywał mapy, bo wcale nie jest taka skomplikowana. Tylko pod wodą jest jakoś odwrotnie, ale to się da przeżyć. Na lądzie są drogowskazy z bohomazami - da się je zinterpretować. Zaczynamy we wiosce. Zabieramy z chaty miecz i tarczę ojca oraz proszek latania. Użyjemy go potem na ważce, żeby sobie na niej pofruwać - w ten sposób wygodnie przelatuje się nad wodą, w której grozi nam utonięcie. A! Jedna uwaga. Towarzystwem się nie przejmujemy. Są niewiele warci. Przy studni zabieramy butelkę - będzie potrzebna (ona, albo słoik lub garnek, które też się po świecie walają), żeby potem napoić kulawą papugę. We wiosce jest pirat. Kradniemy mu klucz i biegniemy w prawo do bramy, żeby ją otworzyć i wyjść z wioski. Nie wychodzimy po drabince przy użyciu proszku latania! Jest tylko jeden - do ważki się lepiej przydaje.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zbiegamy na dół. Tam jest trzech piratów - trzeba uważać. Przelatuje meteor i robi drzazgę. Zabieramy ją - zrobimy z niej potem pochodnię. Lecimy w lewo, aż dotrzemy do wodospadu. A! Wcześniej skręcamy w kierunku niedźwiedzia - spadną tam kamienie i odłupie się kawałek w kształcie dziurki od klucza. Będzie potrzebny. Pod wodospadem skaczemy po kamieniach - na końcu, w jaskini są rękawice. Wracamy w prawo, skręcamy do króla małp, żeby podpalić drzazgę. Wracamy, idziemy dalej w prawo, aż dojdziemy do świątyni. Planszę wcześniej przypalamy krzaczory na drodze w górę i otwieramy drzwi na parterze świątyni - dziabnie nas wąż, ale tylko raz. Jak tego nie zrobimy, to potem dziabnie więcej razy. Zatem: lecimy do piramidy, wbiegamy na piętro, przeskakujemy na słup z mieczem, miecz wyciągamy. Leży tam kamur, którym można ubić węża, ale trudno trafić, więc szkoda zachodu. Bez &lt;em&gt;rękawic mocy&lt;/em&gt; nie wyciągniemy miecza!&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Mając miecz możemy wybrać się na drugą wyspę. Od piramidy na południe, przebiegamy pod wodą (jak mamy butelkę, to słoika śpiącemu piratowi możemy nie zabierać) - to najprostsze przejście pod wodą, bo tylko jedna plansza. Wszystkie inne miejsca są bardziej skomplikowane.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Na wyspie bagiennej biegniemy w lewo, potem w dół i skręcamy w prawo. Koło drzew skręcamy w górę. Jest tam w jaskini pająk na pajęczynie. Włazimy na pajęczynę, jak do nas podejdzie, to uciekamy, obiegamy naokoło i kradniemy ze środka pajęczyny &lt;em&gt;Tarczę Obrony&lt;/em&gt;. Uciekamy na zewnątrz. Z tym zestawem zabawek w zasadzie już można młodego zostawić. Tarcza powoduje, że zwykli piraci krzywdy mu już nie zrobią.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wracamy do góry, lecimy dalej w lewo i w górę. Przy krokodylach skręcamy w lewo - na wyspę pustynną. Skakanie po kamurach z krokodylami odradzam. Łatwo wpaść do wody, a ciężko z niej znaleźć wyjście. Jakoś nie skumałem do końca topologii podwodnego świata. Można tam niby nałapać powietrza w miejscach, gdzie lecą bąbelki, ale i tak trzeba biegać...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Na wyspie pustynnej załatwiamy pyskatego (jest takich trzech, po jednym na każdej z wysp). Z pozostałymi trzeba walczyć, tego można przydusić kamieniem. Podchodzimy, jak się zacznie wymądrzać, to obiegamy kolumny. Gdy podejdzie, potrząsamy kolumną. Zabieramy ze skrzyni nasiono.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Lecimy dalej w lewo. Zamknięty w szkielecie jakiegoś mamuta siedzi ptak. Otwieramy kłódkę kamieniem w kształcie dziurki, ptakowi dajemy wody. Słonia olać. Chyba, że przytaszczyliśmy również słoik z wodą. Za słonia dostaniemy od krabów &lt;em&gt;zwój przywołania&lt;/em&gt;, którym możemy sobie przywołać średnio przydatnego golema. Idziemy z ptakiem w górę, do piramidy. Ptak powie &lt;em&gt;sezamie, otwórz się&lt;/em&gt;. W środku jest skorpion. Albo biegamy, albo pocieramy kamykiem o ścianę. Nie pamiętam, czy ten kamyk tu też działa - jest jeszcze jeden taki kamień, czerwony, na wysepce na morzu, ale chyba da się bez niego obejść. Wtedy pokopie go prąd i mamy skorupiaka z głowy. Na ołtarzu leży &lt;em&gt;Pas Mocy&lt;/em&gt;, za ołtarzem jest skarbiec, skąd można wziąć diament.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Teraz można wrócić na poprzednie wyspy - od piramidy w prawo (przez wodę proponuję na ważce), sprać pozostałych dwóch pyskatych i wziąć z ich kufrów nasiona. Uwaga na dół przy piracie na pierwszej wyspie! Nasiona sadzi się w drzewach (tych koło pająka od tarczy). Owoce zanosimy do czarownicy, która uwarzy nam z nich &lt;em&gt;eliksir reinkarnacji&lt;/em&gt;. Idziemy w dół, w prawo do grobowca dziadka, nalewamy, pociągamy za wajchę i dziadek w nas wstępuje. Od tej pory można przestać się przejmować jakimikolwiek przeciwnikami. Umrzeć można jedynie od mrówek, gryzących ryb przy wodospadzie lub od utonięcia.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Grę kończy się na statku piratów. Trzeba zejść na dół (uwaga na zapadające się gretingi), ubijając dwóch oficerów trzymających klucze, wyciągnąć korek (cudny pomysł) i wrócić na górę, żeby załatwić kapitana. Po drodze jest ptaszysko, ale niewarte uwagi.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Od momentu, gdy w Grumpę wstąpi dziadek, można spokojnie młodego zostawić. Nikt mu krzywdy nie zrobi. God Mode Active. O ile się nie utopi, to mamy to z głowy. Niech sobie łazi i wykonuje questy. Trzeba tylko uważać - ekrany ładowania gry i zapisywania są identyczne i ja któregoś dnia zastałem wszystkie sloty zapisane świeżo rozpoczętą grą...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Pozdrawiam wszystkich, których również pokarało tą grą...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Wed, 14 Feb 2007 12:41:00 +0100</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2007/02/14/tuning-biedronki/</guid><category>Nie lubię komputerów</category><category>Uroki ojcostwa</category></item><item><title>Zachciało mi się szyfrowania</title><link>http://blog.wodzu.net/2007/02/13/zachcialo-mi-sie-szyfrowania/</link><description>&lt;p&gt;Znalazłem sobie problem. Zachciało mi się zrobić stronę, którą możnaby bezpiecznie przeczytać nawet w kafejce... No, to sprawa prosta: https, żeby się nie odłożyło gdzieś po drodze w jakimś proxy, do tego zawartość kodowana i dekodowana javascriptem przy użyciu hasła podanego przez użytkownika. Jest szansa, że przeglądarka zapisze w swoim cache wersję sprzed dekodowania, a nie tę po... No, to ciach: serwer generuje długaśnego stringa, którego na onLoad dekodujemy i wynik wrzucamy w jakiś obiekt. Na alerta tekst jest za długi...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;No, pewnie tak. Tylko niebałdzo. Oczywiście nie ma najmniejszego problemu z utworzeniem stringa, zaheksowaniem go, żeby nie wyłaziły w nim jakieś apostrofy, czy końce linii i odkręceniem tej operacji po drugiej stronie. Nie ma też żadnego kłopotu z umieszczeniem tego w obiekcie docelowym. Nie ma też problemów z dostępnością gotowych bibliotek kodujących. Wylosowałem sobie blowfisha. Tyle tylko, że... Tu pojawiają się schody. Serwer, to cgi w TCL-u. Dlaczego? BO TAK! Pominę to, że w PLD jest tcllib 1.6.1, w którym blowfisha jeszcze nie ma - poprawiłem sobie speca i zbudowałem na 1.9. Zdaje się nawet, że po aktualizacji nic nie wybuchło i wszystko nadal chodzi. To drobiazg, chwilę zajęło. Kłopot w czym innym. Blowfish w TCL-u generuje inne wyniki, niż ten w javascripcie. I mogę sobie zakodować, mogę odkodować, tylko nic z tego, co się wyświetli, nie rozumiem...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Oczywiście, co biblioteka, to inne wyniki kodowania. Tym samym hasłem. Jak komuś pacnę...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Tue, 13 Feb 2007 10:20:49 +0100</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2007/02/13/zachcialo-mi-sie-szyfrowania/</guid><category>Nie lubię komputerów</category></item><item><title>Za co kochamy drogowców?</title><link>http://blog.wodzu.net/2007/01/29/za-co-kochamy-drogowcow/</link><description>&lt;p&gt;No, jak to za co! Za to, że zima, choćby przyszła w marcu, to i tak ich zaskoczy...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wczoraj wieczorem przyszło mi jechać do Warszawy siódemką. Stwierdziłem, że lepiej pojechać w niedzielę wieczorem - na spokojnie, po treningu - niż rano w poniedziałek i się spieszyć. Zwłaszcza, że z domu, to jadę trasą wybitnie krajoznawczą i bardzo możliwe, że w którymś malowniczym miejscu miałbym rzadką okazję poczekać na najbliższą odwilż. Z Gdańska nie ma co wydziwiać - jedzie się siódemką i tyle. Objazd w Nowym Dworze się skończył, to da się normalnie przejechać&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W Gdańsku odwilż - aż do Ostródy deszcz. Temu mistrzowi, który się najwyraźniej z radia nasłuchał o trudnych warunkach i zmusił półkilometrowy sznur samochodów do jazdy 40 km/h, to radziłbym, żeby się następnym razem wybrał raczej pociągiem, bo na drodze, to ktoś mu kiedyś podbiegnie i natłucze, jak będzie tak mknął. A wyprzedzić ni cholery, bo z obu stron ponastawiane przez roboty drogowe płotki...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Dalej na południe zmiana klimatu - aż do Glinojecka śnieg. Podróż wśród wirujących gwiazd, na lodowisku. Jeden tir w rowie, zablokowany przez policję pas, ktoś się podobno wysypał do rowu i spalił... Zima.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Spotkałem jeden pług (z naprzeciwka) - niepotrzebny, bo śniegu za mało - i dogoniłem jedną piaskarkę. Bynajmniej nie sypała piaskiem. Pewnie w ramach oszczędności.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Najzabawniejsze, że mimo pędzenia z oszałamiającą prędkością 70-90 km/h (przy 100 zaczynała się walka o przeżycie i nie było mowy o bezpiecznym wyhamowaniu przed czymkolwiek) dojechałem w takim samym czasie, jak zawsze, bo na całej trasie spotkałem raptem kilkanaście tirów i ze cztery, czy pięć osobówek (i dobrze, bo było ślisko i niebezpiecznie). Ale co więcej, wygląda na to, że rzeczywiście da się spalać mało paliwa - w instrukcji napisali, że górale mawiali, iż da się podobno zejść do 5,6 l/100km. Cóż, mnie się zawsze ledwie udawało schodzić poniżej 9, a tym razem na całej trasie nie spaliłem nawet 30 litrów. Ale nie sądzę, żeby mi to zostało...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Mon, 29 Jan 2007 18:17:36 +0100</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2007/01/29/za-co-kochamy-drogowcow/</guid><category>Ogólne</category></item><item><title>Szlifowanie Sieci, cd.</title><link>http://blog.wodzu.net/2006/12/29/szlifowanie-sieci-cd/</link><description>&lt;p&gt;Po ucywilizowaniu wyglądu &lt;a href=&quot;http://koniczynek.jogger.pl&quot;&gt;jogga Koniczynka&lt;/a&gt;, postanowiłem w końcu przestać używać głównie Ctrl-+ w przeglądarce i wymusić takie rozmiary czcionek na wszelkiego rodzaju internetowych gazetach, z których korzystam, na niewymagające posiadania przy sobie lupy, gdy się siedzi przy ekranie pracującym z większą, niż 320x200 rozdzielczością. Niby klapnięcie dwa razy Ctrl-+, to żaden problem, ale wtedy zwiększa się wszystko i treść główna często robi się za wąska albo wręcz ucieka na dół i trzeba jej szukać. Wiem, maruda jestem, ale nie mogę zrozumieć, dlaczego normą (normą w sensie popularności w rozkładzie prawdopodobieństwa, nie w sensie oceny sensowności) jest stosowanie czcionki 10 lub 12px. Jak jeszcze do kompletu wrzucone jest to w box o rozmiarze kilkuset znaków, to przecież czytać się tego nie da! Szyja boli od kręcenia głową, a po każdej linijce trzeba szukać początku kolejnej... Czy szanowne portale i inne takie nie mogłyby zatrudnić sobie jednego typografa, żeby się wypowiedział i doradził? Toć reguły dotyczące składu tekstu zostały już dość sensownie wypracowane od czasu, gdy imć Gutenberg swego wynalazku pierwszy raz użył. Tu naprawdę niewiele się zmieniło, gdy pojawił się komputer...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Tak więc &lt;a href=&quot;http://userstyles.org/style/show/1549&quot;&gt;swoje ulubione poprawki pozapisywałem&lt;/a&gt; w stylu do &lt;a href=&quot;https://addons.mozilla.org/firefox/2108/&quot;&gt;Stylisha&lt;/a&gt;. Powoli dopisuję tam regułki od kolejnych sajtów, na które zdarza mi się zaglądać i czyta mi się je coraz przyjemniej.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Z innej beczki. Wcześniej robiłem to Gryźmańką, ale Stylish w większości przypadków bardziej do tego bardziej pasuje. Ukrywanie forum pod artykułami na &lt;em&gt;onetach&lt;/em&gt; i innych takich &lt;em&gt;wp&lt;/em&gt;. Nigdy nie ma tam niczego mądrego, można najwyżej kilka szarych komórek stracić od czytania tych głupot, a niepotrzebnie miejsce zajmują. &lt;a href=&quot;http://userstyles.org/style/show/1558&quot;&gt;&quot;Display: none;&quot;&lt;/a&gt; i po sprawie. Choć portale utrudniają, jak potrafią. Wszystko w tabelkach, brak klas i id... Ma ktoś pomysł, jaki selektor dobrze zadziała dla artykułów na &lt;a href=&quot;http://trojmiasto.pl&quot;&gt;trojmiasto.pl&lt;/a&gt;? Ten z &lt;em&gt;wp&lt;/em&gt; jest okrutny, wiem. Tu wyjdzie jeszcze gorszy...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jak się nie da, to trzeba będzie Gryźmańką prześledzić treść i na jej podstawie znaleźć obiekty. Ale to jakieś takie niesportowe by było...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;EDIT:&amp;nbsp;&lt;/strong&gt;W ramach unikania pracy znalazłem rozwiązanie dla &lt;em&gt;trojmiasta&lt;/em&gt;. Jak tylko &lt;em&gt;userstyles.org&lt;/em&gt; ruszy, to zaktualizuję. Selektor jest stosunkowo prosty:&lt;/p&gt;
&lt;pre&gt;
@-moz-document domain(&quot;trojmiasto.pl&quot;) {
   /* festiwal okrutnych selektorów trwa */
   table table[align=center][border=&quot;0&quot;][width=&quot;98%&quot;]{
       display: none;
   }
}
&lt;/pre&gt;
&lt;p&gt;</description><pubDate>Fri, 29 Dec 2006 16:08:39 +0100</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2006/12/29/szlifowanie-sieci-cd/</guid><category>Nie lubię komputerów</category></item><item><title>Uginanie czasoprzestrzeni</title><link>http://blog.wodzu.net/2006/12/28/uginanie-czasoprzestrzeni/</link><description>&lt;p&gt;Zamówiliśmy kalendarz. Ot, taki z własnymi zdjęciami - na prezent urodzinowy. W pewnej firmie na drugim końcu kraju. Zarzekali się, że 5 dni roboczych im wystarcza. Gdy minęło ich 7 i nadszedł czwartek, czyli ostatni dzień, kiedy wysyłka miałaby sens, a status zlecenia nadal nie uległ zmianie, zaczęliśmy nękanie telefonicznie. Automatyczne ponawianie połączenia, to bardzo wygodna funkcja telefonu, gdy dzwoni się na różnego rodzaju infolinie, czy do innych konsultantów. Tylko czemu ta cholera po każdym niepowodzeniu przełącza się z trybu głośno mówiącego na zwykły, to nie wiem. Musiałem półtorej godziny w słuchawkach siedzieć, żeby słyszeć, czy wybiera...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Miła pani, zmęczonym głosem (takim w stylu: od rana na mnie wszyscy krzyczą, a co ja tu mogę zrobić, że nas zawalili zleceniami i taki mamy zapieprz, że nie mamy czasu taczek załadować), poinformowała mnie, że wie niewiele więcej, niż ja, ale się tym zajmą i poinformują. Mailem. Podałem jej swój adres, ale nie wiem, czy udało jej się go zapisać. Powiedziałem, że jeżeli zlecenie zostało wykonane, to żeby zmienili transport na kuriera, bo poczta nie zdąży tego dostarczyć. I ponieważ zasadniczo poczułem się wysłany na drzewo, obiecałem, że po południu będę nękał dalej...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Po południu dodzwoniłem się (tylko 40 minut czekania) i znów nie dowiedziałem się niczego.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;O 19 z minutami przyszedł mail, że kalendarz jest wydrukowany, ale wysyłka kurierem niczego już nie zmieni, bo i tak nie dotrze na czas. Przepraszają i w ogóle. Mała załamana, bo tak się starała. Ja nad tymi zdjęciami dwa dni przesiedziałem, żeby jakoś wyglądały. Wkurzyć się można...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;No, to czas na plany awaryjne... InterCity jutro jak jeżdżą? Ok, o 10 wyjeżdża jeden... Rzut oka w roster... Hm... komu by tu głowę pozawracać? Koniczynka cuś nie ma... Chwilę poczekamy. Jak się do wieczora nie pojawi, to zajrzymy na Jobble i ponękamy jakieś przypadkowe ofiary, które mają pecha mieszkać w pobliżu...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p class=&quot;comment&quot;&gt;Kiedyś robiliśmy imprezę. Za czasów szkoły średniej jeszcze. Trzeba było powiadomić o niej Gatsbiego, a wiedzieliśmy, że nie ma telefonu. No, to w życiu trzeba sobie radzić, jak powiedział baca wiążąc buta dżdżownicą. Wzięliśmy książkę telefoniczną Gdyni i zaczęliśmy czytać... Znaleźliśmy przypadkowego nieszczęśnika mieszkającego trzy bloki dalej. Dzwonimy... Odebrał. Nakręciliśmy go tak, że pognał i sprowadził Gatsbiego. Udało się. A Gatsbie jeszcze go tak obdziękował, że gość był z siebie taki dumny, jakby na spółkę z Brucem Willisem cały wieżowiec uratował.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Koniczynek się znalazł. Nawet się nie opierał. Dostał wszelkie namiary na zlecenie, żeby nie dali rady go zbyć, Ola wysłała mailem prośbę, żeby nie nadawali tej przesyłki, bo zostanie odebrana osobiście. Sytuacja pod kontrolą. Byle tylko rano zdążył, nim się za to zabiorą i jednak wyślą pocztą...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Udało się. Odebrane, nadane, przyjechało. Nie ma rzeczy niemożliwych, da się odległość skrócić, gdy to potrzebne... W Internecie status zlecenia &quot;odbiór osobisty&quot;, wszystko w porządku. Do czasu. Wieczorem &quot;odbiór osobisty&quot; zmienił się na &quot;wysłane&quot; i pojawił się numer listu przewozowego. WTF? Koniczynek dostał co innego? Było zapakowane, więc nie bardzo miał jak sprawdzić, ale zarzekali się, że to właściwa paczka... Zajrzałem do środka. To to...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W pierwszy dzień świąt Ola wróciła do domu i w skrzynce zastała awizo. Nie spodziewała się żadnej przesyłki pocztowej, poza jedną... Tą, którą odwołaliśmy...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wczoraj kurier przywiózł kalendarz. Nie żadał zapłaty. Taki sam kalendarz...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ciekawe, co czeka na poczcie...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;No cóż, nikt nigdy nie twierdził, że eksperymenty z czasoprzestrzenią są bezpieczne...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Thu, 28 Dec 2006 11:34:49 +0100</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2006/12/28/uginanie-czasoprzestrzeni/</guid><category>Ogólne</category></item><item><title>Szlifowanie sieci</title><link>http://blog.wodzu.net/2006/12/20/szlifowanie-sieci/</link><description>&lt;p&gt;W ramach odprężenia po liczeniu podatków, postanowiłem w końcu spionizować układ &lt;a href=&quot;http://koniczynek.jogger.pl&quot; alt=&quot;Jogger Koniczynka&quot;&gt;joggera Koniczynka&lt;/a&gt;. Czytam Web spacją i ciężkiej cholery dostaję, jak coś mi wystaje za margines. Walnąłem dwa razy młotkiem i już daje się czytać. Poprawki zapisałem jako styl dla &lt;a href=&quot;https://addons.mozilla.org/firefox/2108/&quot; alt=&quot;Rozszerzenie Stylish&quot;&gt;Stylisha&lt;/a&gt;. Wystarczy zainstalować go i kazać mu wyszukać arkusze dla tej domeny - umieściłem go w jego repozytorium.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jakby ktoś mnie mógł oświecić, dlaczego niektóre poprawki działają opornie, to byłbym wdzięczny. Jakby były jakieś inne, które je przykrywają. Róźnicę widać, gdy po załadowaniu strony, wyłączy się Stylishowi tę poprawkę i włączy ponownie.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;EDIT:&amp;nbsp;&lt;/strong&gt;Dobra, już wiem. DOM Inspector mi wyjaśnił. Style Stylisha są wpychane gdzieś ,,w środek'', a nie dodawane na końcu, więc czasem bywa, że są przykrywane innymi regułkami. Dopisałem w istotnych miejscach &lt;em&gt;!important&lt;/em&gt; i już działa porządnie.&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Wed, 20 Dec 2006 14:16:52 +0100</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2006/12/20/szlifowanie-sieci/</guid><category>Nie lubię komputerów</category></item><item><title>Łowcy.B</title><link>http://blog.wodzu.net/2006/12/06/lowcy-b/</link><description>&lt;p&gt;Wybraliśmy się wczoraj wieczorem na &lt;em&gt;&lt;a href=&quot;http://www.lowcyb.pl&quot; alt=&quot;Strona Łowców&quot;&gt;Łowców&lt;/a&gt;&lt;/em&gt;. Nie, tego się nie da opowiedzieć. A nawet, jakby się dało, to nie warto - słowa tego dobrze nie oddadzą. Sześciu pensjonariuszy ochronki dla niedorozwiniętych ubranych w odrzuty z darów dla powodzian... No, to trzeba, po prostu, zobaczyć. Skecze niby znane, ale cieszy zero sztampy, rutyny, sztywnego odgrywania scenariusza - nadal wszystko na żywioł. Jeszcze mi się gęba śmieje...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Wed, 06 Dec 2006 10:22:13 +0100</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2006/12/06/lowcy-b/</guid><category>Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury!</category><category>Ogólne</category></item><item><title>Tepsa szmepsa, wirusy świrusy...</title><link>http://blog.wodzu.net/2006/11/29/tepsa-szmepsa-wirusy-swirusy/</link><description>&lt;p&gt;Dostałem z tepsy list. Taki na papierze. Napisali, że z powodu wirusów na świecie, to mi fajerłolują z zewnątrz dostęp do windzianych portów, żeby mnie chronić. No bomba! Tylko że ja nie chcę. Nie chcę, żeby mi robili dobrze, bo mi się włos głowie jeży, jak oni w ogóle cokolwiek robią. Wystarczy mi, że peer mojego modemu regularnie zwisa - pomaga tylko restart modemu. Oczywiście, hasła do niego nie dali, żebym sobie mógł to programowo robić, bo pewnie nie mogliby kasować za definiowanie NAT-a i firewalla na nim. Ale to nic - podłączyłem sterowany z LPT przedłużacz i tyle. Nie ma Sieci? No, to heblem modem i już jest...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W liście napisali, że mogę sobie wyłączyć. No, pewnie mogę. Tyle, że nie da się do panelu konfiguracyjnego dostać. Pół roku wisi, że prawie się timeoutuje, a potem pojawia się strona, że mam kliknąć w link, żeby przejść do panelu. I link z kolejnym adresem IP. Tam to samo. Round-robina se zrobili, żeby ich pokręciło. Znowu trzeba będzie do nich dzwonić...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Dobre tyle, że przy okazji przypadkiem zauważyłem, że zwiększyli ilość wolnej przestrzeni, działa PHP (a nie działało - w dokumentacji nadal jest, że nie ma) i można bazę sobie u nich utworzyć. Na razie tylko MySQL-a, ale Postgres też chyba jest w ofercie, bo w menu jest. To cache do obrazków sobie u nich zrobię w końcu...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Wed, 29 Nov 2006 14:14:28 +0100</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2006/11/29/tepsa-szmepsa-wirusy-swirusy/</guid><category>Nie lubię komputerów</category></item><item><title>Zaczęło się. Gramy...</title><link>http://blog.wodzu.net/2006/11/03/zaczelo-sie.-gramy/</link><description>&lt;p&gt;Nadszedł czas. Młody zaczął grać na komputerze. Zaczęło się od demówki z &lt;em&gt;Piotrusiem Panem&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;Toy Story 2&lt;/em&gt;. Tłukł w to namiętnie, nie radząc sobie absolutnie. Ale to go wcale nie zniechęcało. Tyle, że był strasznie upierdliwy, bo żądał, żeby mu w &lt;em&gt;Piotrusiu&lt;/em&gt; wybierać konkretne poziomy. A w tym demie one się losowały. I na dodatek, po 20 sekundach nieaktywności, włączał się tryb demonstracyjny. I znowu losowanie...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Drugiego dnia zajeżdżania &lt;em&gt;PP&lt;/em&gt; już umiał latać, machać sztylecikiem i nim rzucać. Więc kupiliśmy mu pełną wersję. I tragedia! Nie da się rzucać! Żeby to robić, trzeba wpierw przejść kilka etapów...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Piotruś już od trzech tygodni umie rzucać. Jest ok. Młody tępi piratów, ginie regularnie, bo absolutnie nie stresuje się, gdy obrywa. Czasem tylko mendzi, żeby mu przejść któryś trudniejszy poziom. Zwłaszcza o ten z &lt;em&gt;Turkiem&lt;/em&gt; - stoi tam na gałęzi pirat, którego nie można uderzyć, trzeba go załatwić wysadzając przelatującą beczkę. Tak, żeby wybuch go sięgnął. Młody nie radzi sobie za dobrze z trafianiem w ruchome cele (trudne to naprawdę), więc stosuje tam metodę &lt;em&gt;na kamikaze&lt;/em&gt;: staje pod piratem i beczka wybucha na nim. Piotruś ma 8 HP, Turk tylko 3. Niestety, nie ucieka przed rzuconym nożem, więc mimo takiej strategii i tak obrywa...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Przyszła pora na inne gry. Łazi &lt;em&gt;Moim bratem niedźwiedziem&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;Król Lew&lt;/em&gt; okazał się za trudny (myszka!), wczoraj przyszły &lt;em&gt;Autka&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;Epoka lodowcowa 2&lt;/em&gt;. Były w &lt;em&gt;5+&lt;/em&gt; - niczego ciekawego tam nie ma, to zamówiliśmy. I tragedia - zima idzie, śnieg spadł, sztormy po Bałtyku szaleją, od rana prądu nie było.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Za to, jak się steruje postacią w &lt;em&gt;TS&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;EL2&lt;/em&gt;, to bym ukrzyżował. Co za idiota wymyślił, żeby klawisze zmieniały działanie w zależności od pozycji kamery względem postaci? Na dodatek kamery, która usiłuje stale ustawić się za plecami! Naciskasz klawisz, puszczasz, naciskasz i... on robi już co innego! I postać się kręci, jak g* w przeręblu... W &lt;em&gt;EL2&lt;/em&gt; jeszcze można kamerą pojeździć naokoło przy użyciu myszki. Doprawdy, wspaniały pomysł! Pochodnię w okrężnicę. I młotkiem pneumatycznym dopchać.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Teraz na tapecie są &lt;em&gt;Autka&lt;/em&gt;. Wyścig. No, powiedzmy, że wyścig... Co jakiś czas pojawia się zielony napis &lt;em&gt;bezpieczny kierowca&lt;/em&gt;. No, trudno uznać za niebezpiecznego kogoś, kto pędzi 8-10 Mph. W każdym razie dla siebie za bardzo niebezpieczny, to nie jest. A dla innych? No, trochę, ale biorąc pod uwagę to, że dużą część czasu spędza poza nawierzchnią, to chyba też nie za bardzo. A zderzenia mu wielkiej krzywdy nie robią, bo jeździ głównie bigfootem...&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Tego country już chyba mam dość...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Fri, 03 Nov 2006 08:59:34 +0100</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2006/11/03/zaczelo-sie.-gramy/</guid><category>Uroki ojcostwa</category></item><item><title>Error 999</title><link>http://blog.wodzu.net/2006/10/20/error-999/</link><description>&lt;p&gt;Ponieważ chyba jednak nigdy nie zrobię sobie nic na styl &lt;em&gt;roaming profile&lt;/em&gt;, a przynajmniej od 10 lat tego nie zrobiłem, to w końcu postanowiłem zacząć używać &lt;a href=&quot;http://del.icio.us&quot;&gt;delicji&lt;/a&gt;. Konto sobie tam dawno temu założyłem - nawet hasła do niego nie znam. Pewnie w jakimś pojaranym przypływie security wymyśliłem coś dziwnego, bo nijak nie mogę go sobie przypomnieć. Wysyłka hasła mailem nic nie da, bo wszystkie takie konta zakładam z portalowych kont jednorazowego użytku (spam@mailinator.com rzadko się nadaje, bo większość takich sajtów śle html-e i z takiej aktywacji nici). Musiałem nowe założyć.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;No i trzeci tydzień wprowadzam wieloletnie pokłady bookmarków. A ten mi co jakiś czas, że mu wyglądam na zepsuty browser i że dziś już ze mną gadał nie będzie. Nic to, przynajmniej wiem, kiedy sobie przerwę zrobić...&lt;/p&gt;
</description><pubDate>Fri, 20 Oct 2006 21:10:01 +0200</pubDate><guid>http://blog.wodzu.net/2006/10/20/error-999/</guid><category>Nie lubię komputerów</category><category>Ogólne</category></item></channel></rss>