wodzu@wodzu.net


Pamiętnik znaleziony w terminalu

Wpis na 1. poziomie, wysłany 03 maja 2008 o 18:59:58

Czas wracać. Targi w Hongkongu, sprężając się, udało się nam oblecieć w dwa dni, mieliśmy dwa na wycieczki po okolicy, ale o tym później, jeśli będzie kiedykolwiek czas – tym razem o samej podróży. Bagaże nadaliśmy na dworcu w Kowloonie (gość nawet okiem nie mrugnął na 15 kg przekroczonego limitu), podręczne zostawiliśmy w hotelu i wybraliśmy się na Lantau, na przejażdżkę kolejką linową do Buddy.

Po powrocie powłóczyliśmy się nieco po Kowloonie – chyba jakoś żal było to śmietnisko opuszczać. Wybraliśmy się na Night Market, trzeba by coś jeszcze tu zjeść, najlepiej w jakiejś knajpie na ulicy...

Kupiliśmy świeżą pieczoną wołowinę – facet ciachał ja na miejscu, ot tak, na ulicy. Nie dostaliśmy do niej żadnego narzędzia, więc jedliśmy ją palcami, stojąc na ulicy, obok płotka robót drogowych, między przepychającymi się ludźmi i samochodami, ociekający sos strząsając wprost do kratki kanalizacyjnej. No, taki folklor.

Kupiłem zegarek z Mao i krawat w chińskie baźgoły, siedliśmy przy stoliku, czas na ostatni posiłek pałeczkami. Przy stoliku obok – biali. Facet je widelcem, kobieta nic. Widać, że początkujący – on nie umie, ona się brzydzi w takich warunkach. Przeeeejdzie im...

Czytaj dalej...

Dodaj komentarz | Ogólne Powrót do przeszłości Warstwa ..., warstwa piasku Wiatr we włosach |

Tajwańskie blisko

Wpis na 1. poziomie, wysłany 29 kwietnia 2008 o 21:14:05

Kolejne targi – w Tajwanie. Z hotelu, jak zawsze, pojechaliśmy autobusem do Kantonu, ale potem trzeba było się przedostać pod China Hotel, skąd odchodzą autokary do Hongkongu. Kupa waliz, ruch wściekły, więc nieporęcznie z nimi się pchać między samochody, a po kładce nad ulicą tym bardziej nie będziemy się przeprawiać, bo to jeszcze głupszy pomysł. Pojedziemy taksówką! Taryfiarz, któremu na migi wytłumaczyliśmy, dokąd ma jechać, chwilę patrzył na nas, nie bardzo chyba wiedząc, czy bardziej nie rozumie, czego chcemy, czy też tego, czy na pewno wiemy, co mu mówimy i czy aby nie można nas tam zawieźć robiąc kilka kółek wokół miasta. W końcu ruszył, objechał budynek targów i wysadził nas 500 metrów od miejsca, gdzie wsiedliśmy.

Razem z nami jechała dwójka Polaków. Facet był wyraźnie niewygadany. Chyba mu brakowało kogoś, do kogo może gębę po polsku otworzyć. Gadał. Jak tylko wsiedliśmy, jego towarzyszka zasnęła. Chwilę później zrozumiałem, że jej zazdroszczę. Tego, że śpi. Tego, że z nim spędziła więcej czasu – zdecydowanie nie! Gość ględził przez trzy i pół godziny, jakie jechaliśmy do Shenzen. Bez przerwy. Nie, no facet jest mądry i gadał ciekawie i z sensem, ale gadał – gadał, nie słuchał. Jak pieprzone radio, którego nie można wyłączyć. No – kołchoźnik cholerny! Jeden program i bez regulacji głośności. A ja poprzedniego dnia przelazłem całe góry przy Nanhai, przebiegłem się po schodach przy Buddzie parę razy i położyłem się spać nad ranem. Miałem ochotę go wyłączyć. Na szczęście za granicą rozdzielili nas inni pasażerowie i ostanie półtorej godziny przejechaliśmy, spokojnie drzemiąc w ciiiszy...

W samolocie starszy facet obok mnie przeglądał sobie jakąś gazetkę z kupą reklam na różowo, przydrzemałem, posiłek, z którego zjadłem makaron, a różowe robaki zostawiłem, lądowanie. Przedtem informacje: deszcz, chłodno, 23 stopnie. Tia, chłodno. Jasne. A na dworze... rzeczywiście chłodno!! Nie taki parnik, jak w Chinach, ale rzeczywiście – jak w Europie. Jak w Europie w sierpniu...

Wsiedliśmy w taksówkę. Łeee, samochód cichy, czysty, komfortowy... Nikt na nas nie trąbi, kierowca też ani razu tego nie zrobił... Nieee, no gdzie my trafiliśmy! Przecież tak nie mooożna... W ogóle, ten kraj jakiś taki inny... ludzie o rysach bardziej znajomych – cywilizacja...

Co za idiota wymyślił, żeby łazienka była kilka centymetrów poniżej pokoju?! Ja rozumiem, że próg wysoki na 10 cm pozwala zrobić sobie z niej dużą wannę i pojeździć po kafelkach na brzuchu, ale tam akurat, to mógłbym pojechać najwyżej pół metra, a i to przy zgiętych nogach, więc każde wejście do tego przybytku wywoływało we mnie mnóstwo bardzo ciepłych myśli o jego projektancie. Dobrze, że się nie nawinął pod rękę...

Im bardziej cywilizowany kraj, tym gorzej z Internetem. W Chinach, w hotelu na prowincji – ethernet. W Hongkongu – wifi hotelowe, za które trzeba płacić, w Tajwanie – nic. Ale to nic, ktoś nie zabezpieczył swojego accesspointa, więc sobie od niego pożyczymy... Rwie się okropnie, stale się rozłącza, ale działa. Maile odebrać się udało, parę słów przez jabbera przeklepać – jest znośnie.

Ponieważ mieliśmy dzień luzu w oczekiwaniu na rozpoczęcie targów, pojechaliśmy na wycieczkę. Na takiego gotowca z folderu. Bezpośrednio z hotelu zabrał nas busik. Mały skośny wsiadł za kierownicę i wypalił: My name is Jackie Chan, call me Jackie... Udało mi się nie parsknąć śmiechem.

Wycieczka, jak wycieczka. Miasteczko górnicze, dom gejsz, kino, kilometrowa uliczka ze straganami, kamienie na wybrzeżu, wodospad, cmentarz. Całkiem fajnie – widoki piękne, tajwańskie cmentarze są dziwacznie malownicze dla oczu europejczyka, miasteczko ładne i coś w nim jest ujmującego, ale nie do końca zadowolony byłem, bo Jackie dawał mi po 10 minut na fotografowanie nad wodą i przy wodospadzie... Jak się, kurka, minutę lezie po kamurach, dwie ustawia aparat, to ile można fal złapać, jak tylko co któraś ma ładny rozbryzg? Nic.

Na koniec zawiózł nas do sklepu z herbatą. Najwyraźniej miał z nim układ, że podrzuca tam turystów, żeby ich naciągnąć na zakupy. Ale my zamierzaliśmy herbatę kupować w Chinach, więc szybko stamtąd umknęliśmy.

  • Czy stąd jest daleko do naszego hotelu?
  • Nie, jesteśmy przy tej samej ulicy, on jest w sektorze 4., a tu jest 2.
  • Ok, to my pójdziemy pieszo, bo zajrzymy jeszcze tu, na drugą stronę, żeby obejrzeć pomnik Chiang Kei-Sheka.

Poszliśmy. Bardziej od tego betonowego kloca (łojezu, ale budowla!) interesowało mnie łapanie w szkiełko światła słońca na liściach i murkach, ale obejrzeliśmy, obeszliśmy – wracamy, zajdziemy jeszcze na wieżę Taipei 101, skoro już jesteśmy w tym mieście...

Idziemy, idziemy, idziemy... Trzy razy zdążyliśmy zwątpić po drodze. Oczywiście ani wizytówki hotelu, ani planu miasta nie mamy, a adresu też nie pamiętamy. Ale to nic – idziemy. Jackie, żeby Cię szlag za to blisko! Półtorej godziny szybkiego marszu (no, 15 minut można odliczyć na pstrykanie lamp w bocznej uliczce) – jeeest! Dotarliśmy... To jeszcze tylko szybko zjemy i śmigamy na wieżę. Teraz już wszystko jest dla nas blisko...

Zaszliśmy do maleńkiej tajskiej knajpki tuż za rogiem. Zamówiliśmy. Gdy pani przyniosła moją wieprzowinę, to zaniemówiliśmy. Jakaś taka... papa. Bura papka. Ale doniesiona chwilę później reszta żarcia wyglądała znajomo... Pałki w ruch i... jutro przyjdziemy tu znowu! Ale pycha!

Jackie powiedział, że wieża otwarta do 22 – no, to czas ruszać, zostało 45 minut. Doszliśmy po kwadransie po to, żeby dowiedzieć się, że zamknięte. Tak, wieża otwarta do 22, ale wpuszczają na górę do 21:30. A jest 21:35. Jackie!!! Dobre chociaż tyle, że po drodze okazało się, że targi są o jedną przecznicę od naszego hotelu, więc możemy wstać choćby na pięć minut przed ich otwarciem.

Targi załatwiliśmy w 2 godziny. Najwyraźniej sąsiedztwo Hongkongu i Kantonu zeżarło imprezę tutaj – nie opłaca się nikomu tu wystawiać, nic ciekawego, a jak nawet, to wszyscy i tak pytali, czy jedziemy na któreś z tych kolejnych. W zasadzie niepotrzebny wyjazd. I nawet kawa, którą dostaliśmy za wypełnienie ankiety nas nie ucieszyła, bo była nic niewarta – popłuczyny.

Wieczorem polazłem na wieżę sam. Z nastawieniem, że porobię sobie zdjęcia miasta z wysokości 450 metrów. Przyszedłem, dzień dobry, kupiłem bilet, idę, a strażnik:

  • Przepraszam, ale nie może pan tego wnieść.
  • Dlaczego?
  • No, proszę popatrzeć – pokazał mi regulamin.
  • Hmm... No, trudno... A mogę to tu zostawić?
  • Tak, oczywiście.
No i musiałem zostawić statyw, bo nie wolno wnosić obiektów dłuższych, niż 42 centymetry. No, szlag by to! Najwyższa czułość, łeb i łokcie oparte, a i tak żeby nie było poruszone, musiałem ustawiać duży otwór. Źle! Na dodatek szyby brudne okropnie, bo Taje nie pomyślały, żeby wycieraczki na piętrze widokowym zaintalować, więc syf aż kapie. Na otwartym piętrze wiatr wyje jak potępieniec na płocie, który otacza taras i skutecznie utrudnia zrobienie zdjęcia, bo najnormalniej w świecie szarpie za ręce i kiwa...

Tajwan piękny. Naprawdę urzekające widoki. Zatopione w soczystej zieleni góry wpadające prosto do morza. Ech, aż szkoda, że wtedy, kiedy mieliśmy wolne, pogoda była marna i nie było błękitnego nieba...

Dodaj komentarz | Ogólne Wiatr we włosach |

Budda obschodzony

Wpis na 1. poziomie, wysłany 20 kwietnia 2008 o 20:48:16

Tym razem krótko, bo trzeba spać się zbierać, a i nie ma za bardzo o czym... Po całotygodniowym niedosypianiu dziewiąta przyszła dziś zbyt wcześnie, żebym skłonny był poświęcić jej uwagę; wstałem skoro hejnał i poszedłem na zaplanowaną wycieczkę. Nie padało jednak, więc normalnie – w kompletnym ubraniu. I to nie był chyba najlepszy pomysł. Wcześniej nie wychodziłem na dwór w ciągu dnia. Wszystkie hale targowe są klimatyzowane, więc panuje tam normalna temperatura, a rano i wieczorem da się tu przeżyć, byle się nie ruszać za bardzo...

Narzuciłem na ramię statyw, torbę z aparatem wpiąłem w pasek i poszedłem. Zabrałem sobie wcześniej z hotelu folderek z planem góry i ścieżek na niej, żeby nie błądzić po omacku i poszliśmy. Beata zaprowadziła mnie do wejścia do parku, a jak już szedłem w stronę bramy, to kupiła mi folder, żebym się z tym krzaczastym hotelowym nie męczył – Chińce w kasie na pytanie, czy mają mapę po angielsku, kiwnęły głowami, powiedziały swoje ok i dały. Złapałem, wpakowałem w torbę i idę...

To taki kompleks rezerwatowo-skansenowy. A w środku świątynia Buddy. Łażę sobie po początkowej części, zaglądam do obiektów, celuję aparatem – postanowiłem pójść dalej. Wyciągam folder, ten po angielsku, patrzę... patrzę... patrzę... Odwróciłem na drugą stronę, patrzę... patrzę... patrzę... jest! Jest po angielsku! Na ostatniej stronie pół strony reklamowej zajawki. Tia... Nawet mapa jest wyłącznie po chińsku opisana! Ale przyjrzałem się dokładniej i widzę, że każdy obiekt jest w osobnej szpalcie i ma tytuł w dwu językach. No, to sobie poradzimy – wiem, dokąd chcę dojść, a na mapie wystarczy znaleźć właściwe chabazie. Czasochłonne tylko to nieco, bo na tej mapie nie ma ścieżek i trzeba ich szukać na tej, którą sobie z hotelu wziąłem... Cóż, nikt nie powiedział, że życie jest proste...

Schody, schody, schody, las, las, las, schody, schody, schody...

Koszulka wylądowała na ramieniu, żeby pasek torby nie ocierał gołej skóry, spodniom nogawki podwinąłem do pół łydki – wilgotno, gorąco, jak cholera, pot leje się strumieniami, a oni tu cali poubierani...

Spotkałem tylko jednego białego, więc robiłem za lokalną atrakcję turystyczną. Wszyscy machali do mnie rękoma, witali się ze mną, jakimś czterem dziewuszkom porobiłem za misia z Zakopanego, ktoś do mnie zagadał, to odpowiedziałem, ale chyba miał nadzieję, że ja też umiem powiedzieć tyle, ile on, więc uciekł... Budda olbrzymi! Przetreptałem wszystkie schody, wróciłem do miasta...

Zjedliśmy obiad, Beata chciała sobie kupić buty. Ponieważ w takich sklepach, to dla mnie niczego ciekawego nie ma, więc stałem w wejściu i chłodziłem się w wentylatorze, co budziło wesołość u przechodzących tubylców, którzy na wieczór zakładają długie rękawy. Oni tu naprawdę chyba uważają, że jest wiosna...

A teraz czas spać, jutro Tajwan...

1 komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Ogólne Wiatr we włosach |

Z pamiętnika katorżnika

Wpis na 1. poziomie, wysłany 19 kwietnia 2008 o 22:04:41

  • Arek, Paweł sobie zerwał achillesa, Wojtas ma chory kręgosłup – nie mam z kim jechać na targi. Pojechałbyś?
  • Ale ja przecież nie mam zielonego pojęcia o tym, czym Firma handluje...
  • Wiem, ale to nic, potrzebny jest ktoś, kto da radę cały dzień łazić, dźwigać katalogi, no i sama trochę boję się jechać...
  • Aha, znaczy w roli,,tragarza-ochroniarza'', tak? No, to w takim razie czuję się wystarczająco kompetentny – w zasadzie, to czemu nie...

I tak dobrowolnie dałem zesłać się w głąb Azji...

Wylot

Na Heathrow wifispotów zatrzęsienie, ale wszystkie płatne. Pierwsza myśl, choć nawet nie sprawdziłem, ile to kosztuje: w torbie leży rezerwowa druga wifka na pcimci – może by z kimś w spółę wejść? Ale nie było sensu kombinować, bo czekania tylko półtorej godziny.

Pół doby w samolocie na miejscu dla krasnoludków. Dało się – przezornie zabrany z domu dmuchany kołnierz na szyję i można było spać. Tylko dlaczego rano było popołudnie? No i katar, jaki mi Młody przywlókł z przedszkola, bardzo był ucieszony z ciągłych zmian ciśnienia i usilnie próbował wepchać mi się w zatoki...

Hongkong

Na lotnisku wszystko sprawnie, idziemy do hotelu. Na dworze... Za życia trafiłem do piekła. Gorąco, parno i duszno. Tłum, syf i smród wyczuwalny mimo zatkanego nosa.

W metrze czuję się, jakbym pojechał jako opiekun z wycieczką z podstawówki. Trochę dziwnie tak stać w tłumie i widzieć przez cały pociąg od końca po koniec...

Pierwszego dnia wieczorem, po targach, w ramach odpoczynku dla zdeptanych stóp, polazłem robić zdjęcia. Takie tam – pocztówki z wieżowcami, jakie wszędzie można znaleźć. Trzy godziny łaziłem po ulicach i jeszcze na dodatek wróciłem godzinę później, od samego siebie, bo mi się omskła łapa i w aparacie źle nastawiłem czas, a tylko tam go sprawdzałem.

Drugiego dnia uradziliśmy, żeby zjeść coś innego, niż odgrzewańce ze sklepu. Przysiedliśmy w knajpce ze stolikami na ulicy. Stoliki ćwierć metra kwadratowego, zastawione miskami i talerzami tak, że miejsca brak, wokół tłum przechodniów się kłębi, syf straszny, naczynia i te, no, hm, sztućce – niedomyte. Ciekawie...

Wódz, który dzięki przeszkoleniu przez Koniczynka i Machekku dumnie mógł przyjąć skośno brzmiące imię Jako-Tako Jada Pałka-Mi, wtrząchnął co było, nie roztrząchnął za wiele, zapił piwem i na koniec stwierdził, że niepotrzebnie czarnowidził, że zesklepowe chrząstki z dżemem będą jego jedynym pożywieniem. Kaczka była wyś-mie-ni-ta! Ośmiornica gumiata i w smaku żadna, półmetrowe dętki z kurczaka groźne dla życia, a makaron, jak makaron. Ryba też.

Opanowałem podstawowe zasady higieny: żeby się nie rozchorować, trzeba mieć sprzymierzeńców. Najlepiej kilka milionów własnych bakterii, chroniących przed obcymi. Znaczy: ręce myjemy po jedzeniu. Przed nie ma sensu, bo stół i tak się lepi.

Pradawni, którzy wiedzą wszystko o wszystkich wszechświatach i którzy wąchali zapachy Kalkuty, Xrc i słynnego Marsportu, zgadzają się, że nawet te wspaniałe przykłady nosowej poezji są zaledwie limerykami wobec glorii zapachu Ankh-Morpork.

Zaczynam odróżniać ładne Chinki od brzydkich. Ciekawe, czy moja klasyfikacja pokrywa się choć częściowo z gustem miejscowych...

Kanton

Zaraz za granicą przesiedliśmy się do autobusu. Dziwne uczucie. Jakby przeszłość wróciła. Obrazki z dzieciństwa. Beton, pustka i syf... Najbardziej uderza ta pustka. Na ulicach miasta nie ma. Po prostu nie ma. Nie ma niczego. Nie ma ludzi, choć są. Nie ma reklam, choć też niby są... Szaro i obco. Martwo, mimo ludzi wokół...

Do hotelu pojechaliśmy taksówką. Jak tylko udało się znaleźć kogoś, kto adres przetłumaczył na krzaczasty, bo w mainlandzie obce języki są w wielkiej niełasce. Taksówkarz z niewiadomych przyczyn uważał, że jazda 100 km na godzinę z otwartymi oknami, to wspaniały pomysł i dopiero po długim czasie dał się przekonać, że mamy inne zdanie... Oni wszyscy sądzą, że przyjechaliśmy z bieguna i nastawiają klimatyzację, nawiewy i co tylko znajdą tak, żeby szron na nas osiadał. Murowany sposób na katar, bo na zewnątrz wściekle wilgotne +25.

Rano szybka bułka z jogurtem i w autobus. Cudaczność zestawień smaków mnie już nie dziwi. Słodka bułka z grzybami i papryką jest ok, słodka bułka z mięsem na wierzchu – nie. Może dlatego, że ta posypka mięsem nazywana była, nim została zużyta na buty dla jakiegoś starego, chorego na grzybicę stóp Chińczyka, a po jego śmierci zmielona i starta na pył? Nie wiem, wiem, że smakuje ohydnie.

Targi, jak targi. Patrzeć na te klamoty już nie mogę, choć motyw z oświetleniami był zabawny. Mieliśmy dla znajomego nazbierać katalogów firm dostarczających lampy. Więc poszliśmy w rozsypkę i w szybkim tempie kosiliśmy wizytówki i oferty. I jakoś tak w połowie hali dopiero zdałem sobie sprawę, że chyba ni cholery nie wiem, jak jest żyrandol po angielsku... Ale różnicy to nie robiło, bo odniosłem wrażenie, że połowa wystawców również nie. Pewnie w chinglish, którym się z nami porozumiewają, takiego słowa nie ma...

Powrót taksówką z nierozumiejącym słowa po angielsku (samo ok nie wystarcza) kierowcą nieznającym drogi dostarcza wielu niezapomnianych przeżyć. On coś po swojemu dziamgoli, my mu spadaj, dostałeś wizytówkę – radź sobie, dorosły jesteś, on zestresowany, nam po całym dniu łażenia wszystko jedno.

Wyskoczyliśmy na obiad do miasta. Do restauracji o radosnej nazwie Cofee shop. Ha! Teraz, po zjedzeniu pałkami między innymi chińskiej wersji spaghetti, nic mi już niestraszne! Po walce z półmetrowymi kluskami już wszystko się da nimi złapać. No i fakt, że przysporzyłem wiele radości kolesiowi przy stoliku obok, też ma jakieś znaczenie, prawda?

Gdy wracaliśmy z miasta skrzyżowaniem starej rozklekotanej nyski z dziecięcym wózkiem, zrozumiałem wreszcie, jak się tu jeździ! Otóż zasady są proste. No, przede wszystkim milicjanci (ale to tylko w mieście) – ci zawsze mają rację. Bo mają gwizdki. Dlatego gwiżdżą. Bo kto gwiżdże, jest ważny. Potem światła. Są. Zielone – jedź, pomarańczowe – e tam, czerwone – zwolnij trochę, bo tamci też chcieliby przejechać. No, w mieście mięczaki się zatrzymują przed czerwonym. Linie są po to, żeby odróżnić, gdzie droga ma wzdłuż, a gdzie wszerz. Niemniej jednak to tylko sugestia, wolno jeździć skosem, z kreskami między kołami, przeciwnym pasem, wyprzedzać od prawej, skręcać w lewo na nakazie jazdy w prawo, włączać na stałe długie, albo wściekle nimi migać i wszystko inne, co tylko przyjdzie do głowy. Na przykład jechać przez pół kilometra z włączonym lewym migaczem, a potem skręcić w prawo. Gdy zaś gdzieś wystąpi jakaś chwilowa przeszkoda (bo na przykład ktoś zaparkował w poprzek, albo wyjeżdża z podporządkowanej), droga ulega cudownemu zwężeniu z przemieszczeniem. Pasy nie są malowane gumą, więc się wtedy nie przemieszczają, ale nikomu nie sprawia najmniejszej trudności wyobrażenie sobie tego. Za to najważniejszy jest klakson! To proste, jak gra w berka – obtrąbiony liczy do dziesięciu. Przez ten czas wolno z nim zrobić wszystko, a jemu nic. Przede wszystkim należy wtedy go koniecznie wyprzedzić od lewej, jeżeli ma włączony lewy kierunkowskaz – było się spieszyć z tym skręcaniem, teraz czekaj! Dlatego wszyscy trąbią stale i na wszystkich. Kto pierwszy, ten lepszy. Samochód może nie mieć amortyzatorów, drzwi i przedniej szyby, ale klakson musi działać! Minirockersi na swoich pierdzikach też brzęczą nieustannie...

Przechodzenie przez jezdnię też jest proste. Robi się to w dowolnym miejscu – przejścia dla pieszych są po to, żeby były. Na całym świecie są, nie możemy być gorsi! Należy iść, jak przez stado bydła – nie włazimy pod koła, nie przebiegamy, nie zachowujemy się gwałtownie, nie panikujemy. Powoli, spokojnie, pas po pasie przechodzimy. Kierowcy widzą i trąbiąc korygują swoją trajektorię tak, żeby uniknąć potrącenia.

Z ciekawostek językowych: bankomat, to cash recycling system, który, gdy przedrzemy się przez opcje (pierwsze menu, żeby podnieść na duchu, jest wyłącznie krzakami pisane), presents cash, please wait. To jakby ktoś szukał. Mnie z miejsca przypomniało się born into the steamrollers...

A dziś obiad z Japończykiem w sifudzie. Ja, który nie ruszam praktycznie niczego, co mniejsze od królika, albo śmierdzi rybami... Ale co tam! Piwo z sake pozwolą przełknąć wszystko. Nawet małże i patrzące w oczy chipsy z glistowatych białych ryb...

Czwarta się zbliża – na dziś koniec. Jutro, ponieważ dzień luzu, żeby stopy nie odwykły, wycieczka w góry, w odwiedziny do Buddy. Zdaje się, że boso i w samych spodniach, bo jak będzie lało tak, jak dziś, to szkoda butów. I tak przemokną po 10 minutach, a w tym cieple potrzebne nie są...

7 komentarzy | Mężczyźni są z mięsa, a kobiety z wełny Nie lubię komputerów Ogólne Wiatr we włosach |

Before you see the light you must die

Wpis na 1. poziomie, wysłany 07 czerwca 2007 o 10:51:36

Wybraliśmy się na Mystic Festival do Katowic. W zasadzie, to zainteresowani byliśmy wyłącznie Slayerem, bo to ich obecność nas skusiła do wyjazdu, ale skoro impreza na cały dzień, to grzech nie pojechać. Ostatnio na ich koncercie byłem ze dwa eony temu, ubiegłoroczną ich bytność w Stodole przegapiłem, więc wiele się nie zastanawiałem. Szybko skompletował się nas cały pluton – zapowiadało się nieźle...

Czytaj dalej...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Wiatr we włosach |

Pół godziny od świata

Wpis na 1. poziomie, wysłany 12 kwietnia 2007 o 09:41:43

Odstawiłem Młodego do przedszkola. A gdy wracałem, jezioro zawołało mnie do siebie. Wjechałem w las, zatrzymałem się...

Zapach... Zapach wody... Zapach lasu... Rozgrzanej porannym słońcem wilgotnej ziemi... Cisza... Cisza wypełniona śpiewem ptaków. Skowronek... Słowik... Obok wróble, jak zwykle, o coś się kłócą... Wysoko nad głową dzięcioł niepewnie przymierza się do rozbicia spokoju stukotem... W wodzie błękit nieba, na lądzie brąz butwiejących liści gdzieniegdzie poprzecinany świeżą zielenią młodej trawy, po pniach, trzcinach i gałęziach fale pełgają światełkami... A w kotlinie, nad lasem, gdzie słońce ciepłem dotrzeć nie zdążyło, mgły wciąż jeszcze się kłębią... Delikatny, choć nadal jak zimowy, lodowaty wiatr chłodzi skórę grzaną nieśmiałymi promieniami, a światło z jeziora wbija się nożami w oczy przez przymknięte powieki...

To takie chwile, kiedy wiecznie czujne dzikie zwierzę staje, rozgląda się, przez chwilę jeszcze uważnie nasłuchuje, by wreszcie położyć się przy brzegu i zamknąć oczy...

A teraz siedzę, idiota, przy klawiaturze i wypisuję tu bzdury, zamiast tych kilka minut potrwać tam dłużej...

9 komentarzy | Wiatr we włosach |

Kozioł po ciemku

Wpis na 1. poziomie, wysłany 10 kwietnia 2007 o 15:28:14

19-21 stycznia 2007

Wyjazd firmowy. Latem, w trakcie powrotu z kajaków (może kiedyś je dokończę i opublikuję, nim mi się szkic całkiem rozmaże i powyciera) wypatrzyli pensjonat na Mazurach... No więc wyrok zapadł: kolejna impreza odbędzie się tam. Ładne miejsce, nad Pisą – całkiem sympatycznie.

Miałem przyjechać w piątek do firmy – handlowcom mieliśmy aktualizować soft na lapkach – ale ponieważ wyszło tak, że w poniedziałek rano musiałem znaleźć się z powrotem w Gdańsku, żeby stamtąd pojechać do Warszawy i jeszcze tego samego dnia wrócić, a na wczesny niedzielny powrót autokarem raczej nie było co liczyć, to ustaliliśmy, że Abram zrobi wszystko sam, a ja będę przy Sieci i pod telefonem, a dojadę bezpośrednio na miejsce sam...

Wyruszyłem po piętnastej. Najszybsza trasa pod Łomżę, to do Gdańska, siódemką w okolice Olsztynka, a potem w lewo, na Szczytno. Ale nie w piątek o piętnastej – półtorej godziny zajęłaby jazda przez centrum. No, to na skróty – Tczew, Malbork, w Miłomłynie na siódemkę. Wesoły autobus wyruszył pół godziny później – w końcu mieli blisko dwa razy bliżej. Ale Wojtas już tydzień wcześniej mówił, że pierwszy przystanek jest po trzech kilometrach, bo kogoś trzeba zabrać po drodze...

W Malborku objazdy. Remonty, barierki, wykopy... Standardowo: jak nie jesteś miejscowy, to radź sobie sam. Zwłaszcza po ciemku. Trafiłem dopiero, gdy przestałem przejmować się zakazami ruchu i pojechałem na azymut. Ok, 20 minut kluczenia. Ale nic strasznego – SMS od Wojtasa, że już przejechali 30 kilometrów. W półtorej godziny. Tankują na stacji. Bynajmniej nie bak autokaru...

Dzierzgoń, Zalewo... Gdzie to w ogóle jest? Ale sobie drogę wybrałem! Kręta, a szeroka taka, że co chwilę się zastanawiam, czy aby lusterek nie złożyć... Do kompletu deszcz. Taki, że jedyne, co widać, to mieszające wodę na szybie wycieraczki...

Jakoś udało się dotrzeć do Miłomłyna. Niezupełnie tam, gdzie chciałem, ale wyjechałem na siódemkę – liczy się osiągnięty cel, nie drobna niezgodność ze scenariuszem. Tu ciekawiej – śnieżyca. Ale taka żadna, bo nawierzchnia ciepła, więc jedzie się, jak w deszczu, a tylko przed oczyma ,,podróż w przestrzeni kosmicznej''...

Skręt do Olsztynka, śmigam na Szczytno. Pustki na drodze, gdzieniegdzie odrobinę przyprószone śniegiem, ale bez wpływu na warunki drogowe. Telefon. Numer Wojtasa, głos Beaty, słowa niezrozumiałe – słychać jedynie chóralne śpiewy, wrzaski i burczenie autobusu... Zdaje się, że znowu jadą...

W ostatniej chwili zorientowałem się, że gość z naprzeciwka najwyraźniej albo mnie nie widzi, albo boi się pobocza (gdzie leży pół milimetra świeżego śniegu), albo uznał, że zabawnie będzie wieczór zakończyć czołówką. Jak inaczej wytłumaczyć to, że zajmował dobrych 70 cm mojego pasa? Szarpnąłem kierownicą, chwytając prawie prawymi kołami rynsztok na poboczu, udało się uniknąć zderzenia, ale lusterka się pocałowały. Nie pierwszy raz i z pewnością nie ostatni. Wyhamowałem, postałem chwilę czekając, czy tamten zawróci. Lusterko obmacałem – szkło, oczywiście, w pył, ale korpus tylko się obrócił i nawet rysy nie ma. Porządna konstrukcja – zważywszy zwłaszcza, że uderzenie było przy łącznej prędkości dobrych 250 km/h...

Nie zawrócił. Kij mu w oko, nie będę przez głupią szybkę za 50 zł ganiał za idiotą po mieście, dzwoniąc po policjantach. Jadę...

Dalsza droga bez przygód. Pomijając jeden radosny przejazd kolejowy. W ciemnościach przezabawne, ale najwyżej dla widzów – jadę sobie spokojnie, prosta droga, daleko przede mną dwie czerwone kropki w ciągle tej samej odległości, oznaczony przejazd, pierwszy pasiak, drugi pasiak, trzeci pasiak... KURRRRR!! Ostry skręt w lewo, tory, ostry skręt w prawo, ostry skręt w lewo. No, żeby ich... W dzień może to i widać, ale po ciemku człowiek jedzie ,,na światełka'' tego, co przed nim. A że ten daleko, to nie zwraca się uwagi, że się nieco kiwnął w pewnym momencie. Droga prosta. Z zygzakiem w środku. Kto nie zauważy, to w trawę i zapraszamy na podkłady. Przejazd kolejowy sponsorował pewnie lokalny zakład blacharski...

Znalazłem miejscowość. Egipskie ciemności, bo pogoda prąd zabrała. Zasięg ledwie mierzalny, ale dodzwoniłem się. Już są! Od kilkunastu minut! No, to przycięli na ostatniej prostej! Widocznie tym razem upilnowali, żeby Wojtas nie siadł za kierownicę. Właściciel mnie popilotował, dojechałem. Nim zdążyłem wysłać meldunek SMS-em, że dojechałem i żyję jeszcze, ale to moje ostatnie chwile, samochód otoczyła mi gromada zombie. Najwyraźniej z zamiarem poczynienia w mym mózgu szkód, jakich sami doznali. Ich puste spojrzenia i pełne naczynia świadczyły wymownie intencjach, jakie nimi powodowały...

Dostałem pokój. Rzuciłem torbę, gitarę z powrotem na plecy i idziemy szukać ludzi. Jacyś przecież jeszcze muszą być...

  • Wodzu! Jest impreza!
  • Gdzie?
  • W 105!
  • Ok...
  • Gdziekolwiek to jest... Znalazłem. Włażę, razem z tłumkiem napotkanych po drodze. W środku Ania i Rafał. Pytające spojrzenia...

    • Nie wiecie? Jest impreza.
    • Gdzie?
    • Tu.
    • Aha...

    Muzyka, trawa, wódka, zabawa... Skończył się prąd w generatorze...

    Rafał, dzielny człowiek i dobry kolega, dbał, bym mimo stale zajętych rąk nie wysechł z tęsknoty i oliwił mnie skutecznie. Gdy wszyscy popadali, a struny instrumentu stwierdziły, że są już zmęczone i zaczęły wysmykiwać mi się spod palców, czas było wrócić. Jakoś, po długich peregrynacjach dotarłem na to swoje pierwsze piętro, klnąc po drodze w żywy kamień tego, który na noc zmienia zwykłą klatkę schodową na schody kręcone (a rano już z powrotem były zwykłe!) i to bez uprzedzenia! A w bezksiężycową noc bez prądu ciemno było tam jak u Murzyna w okrężnicy. Nie wiem po co przełaziłem przez barierkę (jest na wysokości jakichś trzech metrów i niezupełnie po drodze), ale widać było to wtedy niezbędne. Zległem w pościeli. Rano wpada Paweł (że też, cholera, drzwi za sobą nie zamknąłem). Jego szczęście, że spałem zwrócony twarzą do wejścia i że alkoholowo rozleniwiony byłem. W każdym razie zdążyłem go rozpoznać, nim doleciał do mnie. Otworzył moją torbę, wywalił wszystko na podłogę, zapytał ,,gdzie oni to schowali'', zignorował moje ,,co?'', część rzeczy wsadził z powrotem i pognał. Z lekka osłupiały mruknąłem tylko ,,hm'' i postanowiłem jeszcze trochę dodrzemać...

    Polazłem do gitary, żeby wyciągnąć z pokrowca żołądkową na dobry początek dnia, wypiliśmy z Rafałem rozgrzewkowo i jakoś dzień się zaczął... Swoją drogą, to architekta projektującego ten budynek należałoby ukrzyżować. Co za głupi pomysł, żeby korytarz generował ciągłe uczucie deja vu! Idziesz prosto, skręcasz i... jesteś w tym samym miejscu. Nic! Idziesz twardo dalej, skręcasz za róg i... znowu w tym samym miejscu. No, kurde, Matrix się zapętlił! Całe szczęście, numery na drzwiach są różne...

    Po śniadaniu zebranie. Bo to w końcu wyjazd służbowy, jak by nie patrzeć. Na krzesłach Matki Boleściwe i Jezusy Ukrzyżowane twardo próbują utrzymać pozycję siedzącą. Godzina pokuty minęła, czas na zapowiedziane atrakcje – obiecany małpi gaj.

    Doszliśmy na miejsce. Wszyscy jakoś mało palą się do włażenia, ale mnie dwa razy namawiać nie trzeba. Zwłaszcza po alkoholu. Jeszcze tylko podpisać cyrograf, że jak spadnę, to obiecuję się zabić dokumentnie i nie procesować się z organizatorem, uprząż asekuracyjna (jak koniecznie chcesz, to mogę to założyć, co mi tam), beret z daszkiem na głowę i do góry...

    Wcześniej rzuciłem okiem. Pięć odcinków, każdy po 10-15 metrów... 2-3 minuty i jestem z powrotem na dole. Cały czas w ruchu, więc nie zmarznę. Zrzuciłem kurtę pod drzewo i w koszulce polazłem do góry... Przesiedziałem w niej 40 minut na platformie czekając, aż dojdzie do mnie reszta i gość przylezie mnie asekurować przy zjeździe... Na szczęście styczeń mieliśmy wyjątkowo ciepły. Gdyby był mróz, to bym po prostu sobie zjechał po tej linie nie zważając na jego wrzaski...

    Po drodze jedna belka uznała za stosowne odwiązać się i uciec mi spod nóg. Na szczęście każda małpa już w dzieciństwie uczy się, że gdy jedna kończyna sięga, by się czegoś schwycić, pozostałe trzy zawsze muszą się czegoś trzymać, najlepiej każda czego innego. A już zwłaszcza należy unikać trzymania się tej samej gałęzi, na której się stoi. Bo to bardzo niewygodna i stosunkowo mało stabilna pozycja... Zahuśtałem się na rękach, chwyciłem stopą drugą belkę, złapałem tamtą wredną, organizatorowi rzuciłem znaczące spojrzenie i pytanie, czy to też leżało w zakresie atrakcji, przywiązałem i pokicałem dalej... Za mną, pod Krzyśkiem rozwiązała się lina, po której szedł. Ufał tylko nogom, więc gdyby nie uprząż, to klapnąłby z dziesięciu metrów na ziemię... Powisiał sobie jak pająk, kręcąc się na sznurku...

    W drugim rzucie również Ania i Agatka postanowiły rzucić wyzwanie śmierci i dzielnie pokonały całą trasę. I na tym się skończyło. Długo strasznie to wszystko trwało – nie najlepiej zorganizowane. Powinna być tam druga osoba do asekuracji zjeżdżających, wtedy jedno przejście trwałoby rzeczywiście kilka minut i wszystko szłoby sprawniej...

    Wieczór mi się dłużył... W niedzielę w południe siadałem za kierownicę, więc musiałem wytrzeźwieć. Kilka tylko piw wśród dobrze bawiącej się gromady sprawia, że człowiek czuje się jak obcy... Schowałem się w norze, znajdując zrozumienie u Morfeusza i Nocy...

    Rano długo szukałem gitary. Że też jej nie zabrałem ze sobą do pokoju... Ale nie chciałem tak po prostu wyjść, bo jeszcze ktoś spragniony darcia ryja postanowiłby mnie ściągnąć z powrotem. Na szczęście znalazła się za telewizorem, nie w kominku...

    Przyjechał autokar, zatem i ja zatrzasnąłem za sobą piękne chwile, beztroskę i żal, że tracę możliwość jazdy wesołym autobusem i pomknąłem na północ – tym razem znaną już mi drogą. Po to, by następnego ranka robić za kierowcę karetki. Ale o tym już w następnym odcinku wieści z przeszłości...

5 komentarzy | Powrót do przeszłości Wiatr we włosach |

Świat się kończy, będę wiosłował

Wpis na 1. poziomie, wysłany 10 sierpnia 2006 o 18:18:14

Ja, zaprzysięgły wróg wszelkich pływadeł nienapędzanych żaglami, dałem się namówić na spływ kajakowy. No, czasem się tak z człowiekiem dzieje, że rozum traci i dobrowolnie daje się na galery wsadzić...

Ponieważ Justynie skończył się urlop, wróciła do pracy i jeździ tam samochodem, a kajaki mi się połączyły z wyjazdem do firmy, przyjechałem pociągiem. Bo bez sensu, żeby samochód stał dwa tygodnie na parkingu, skoro może jeździć. Zabrałem więc ze sobą jedynie to, co niezbędne, bo ręce tylko dwie mi wyrosły i jakoś nie widać, żeby miało się coś w najbliższej przyszłości zmienić.

Tego idiotę, który w pijanym najwyraźniej widzie wymyślił, że latem w Polsce pociągami jeżdżą głównie przybysze z okolic równika i włączył ogrzewanie, żeby nie marzli, z chęcią bym ukrzyżował. Natychmiast po wypatroszeniu. Cztery godziny spałem przy otwartym oknie, zawinięty w firankę, żeby mi uszu nie przewiało, a skarpetki w butach mi smętnie skwierczały.

Po przyjeździe natychmiast zgadałem się z Wojtasem, że będziemy nocować w jednym namiocie. No, po co innych budzić o świcie depcząc ich, gdy będziemy kłaść się spać, jak możemy lec razem, gdy już żołądki więcej płynu nie będą chciały przyswajać? I tak tylko nas dwóch zawsze zostaje... Wojtas, jak się dowiedział, że gitary nie wziąłem, na chwilę się zasępił. Następnego dnia powiedział, że gitara jest. Pożyczył. Opływana kajakami, tydzień temu spędziła z nim kilka dni na Litwie. Już leży. Zapasowe struny i kostki też się dało szybko kupić. Wszystko gotowe. Baterie w czołówce też wymienione - rzeczywiście świecą około 20 godzin. Dobę świeciły w rzeczy, w które były zawinięte. Jak rozpakowałem wór po powrocie z żagli, to już tylko nędznie się żarzyły... Tylko aparatu nie mam, ale zostawiłem go świadomie. Nie wezmę go przecież do kajaka. Deszcz i woda z wiosła by go załatwiły. Szkoda go.

Wyjazd firmowy, więc ciężka to będzie próba dla wątroby. Wojtas już, jak to określił, na początek, przygotował dla nas dwóch ilość śmiertelną dla przeciętnego niesłowianina...

my ją pić, pić do rana, nasza woda ukochana. my ją pić, my ją pić, a potem paść...

Cóż, kontuzji barku, której nie mogę wygoić od półtora roku, wiosłami raczej nie wygoję. Trudno, przynajmniej tę gruźlicę, co się od tygodnia odwalić nie chce, zdezynfekuję...

Dodaj komentarz | Wiatr we włosach |

Znów pod nogami dechy pokładu będę czuł...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 15 lipca 2006 o 08:28:50

No, może dechy, to niezupełnie, bo raczej laminat, ale nie ma to znaczenia. Ofiary bogom złożone: sztormiaki, ciepłe ubrania zapakowane. Więc nie będą potrzebne. Dwa tygodnie wiatru i słońca. W końcu. Precz z komputerami.

Sto ch*w w d*pę i kotwica w plecy, byle dobra pogoda była!

5 komentarzy | Wiatr we włosach |

Z pedałami w lesie

Wpis na 1. poziomie, wysłany 27 maja 2006 o 23:02:42

Młody poszedł jakiś czas temu do przedszkola. No, tragedia okropna - zsyłka, wygnanie, nikt go nie kocha i koniec świata naraz. Ale to przejdzie, już zaczyna podobno rozrabiać. Szczerze im tam współczuję. Jaka cisza w domu! Do przedszkola kawał drogi, więc gdy ja zabieram samochód, musi bidulek sam dreptać. Justyna radziła sobie spacerówką, ale umyśliła, że kupimy fotelik rowerowy i będzie go wozić...

Fotelik kupiliśmy, od razu też kask. Młody zafascynowany taki, że w kasku poszedł spać. Tyle, że jak wyciągnąłem z garażu Justyny rower, to ta powiedziała, że na nim, to ja sobie mogę sam jeździć. No, trochę pordzewiał. Fakt.

No i musiałem do kompletu kupić rower. Że niby dla mnie - ten zaległy urodzinowy, co dwa, czy trzy lata temu miałem sobie kupić. Pół dnia wczoraj spędziliśmy na wędrówkach po sklepach. Żaden rasowy mnie nie interesował - za mało będę jeździł, żebym był skłonny wydać większe pieniądze, znowu ścigać się po szosach z samochodami już nie mam zamiaru - teraz jeżdżą odrobinę za szybko, więc padło, że jakiś taki trekingowy wynalazek jest najprzydatniejszy. Takie coś, co prawda, po chodniku, czy jezdni, niepotrzebnie zwija za sobą asfalt, ale przynajmniej nie grzęźnie w piasku. Na wycieczki, by trochę fotek postrzelać, jak znalazł. Samochodem mi głupio, poza tym ciężko się nim czasem wepchnąć (już tydzień temu jechałem na wstecznym półtora kilometra) i nie chce się wysiadać co 100 metrów. Kupiłem makrokesza w Geancie. Jak do śniegów nie dotrzyma, to przynajmniej zimą nie zardzewieje...

Jak na złość, Młody chory, więc z domu nie wychodzi. Musiałem go po domu wozić w tym foteliku...

Dziś do roboty zmusić się nie mogłem, to postanowiłem wybrać się na wycieczkę. Jutro jadę, to chociaż zainaugurować sezon muszę... Wziąłem psa, bo grubas okropny, trochę ruchu mu się przyda, aparat na plecy i pojechałem w górę, do lasu...

Pies po pierwszych dwustu metrach zaczął co kolejnych 15 stawać i patrzeć na mnie z miną po*ło Cię kompletnie, czy co?, więc po chwili zrobiłem krótki przystanek, żeby odpoczął i motywacji nabrał. Pomogło, odtąd tylko ciężko sapał.

Chciałem z góry zjechać nad jezioro przez las, ale chaszcze tam takie, że musiałem wracać pod górę do drogi. Pies, kompletnie zrezygnowany, cieszył się, że przynajmniej tempo mocno spadło. Tego, że nałoży drogi, nie brał pod uwagę.

Nad jeziorem psina, jak zobaczyła wodę, to zapomniała o zmęczeniu. Chciałem wcześniej objechać jezioro, ale pies po lesie wciry dostał niezłe, byłem dopiero w 1/3 drogi do końca jeziora, a czasu na pstrykaniu czego popadnie już trochę minęło, więc pora była wracać.

Rower działa. Nawet wszystkie biegi wchodzą, tarczy w hamulcu przednim nie udało mi się złamać, choć na sucho wyglądała, jakby miała przeżyć ćwierć pierwszego hamowania. Co prawda, muszę się oduczyć, że gdy rower staje w miękkim podłożu, to nie ratuje się sytuacji stawaniem na pedałach (zostało mi po szosówce), bo na dużym przełożeniu zdjęcie docisku na tylne koło skutkuje jedynie zaoraniem gleby i wysiadką, ale to nieistotny szczegół. Ale na co komu ten milion biegów, to dalej nie wiem. Na szosie zawsze używałem trzech: praktycznie stale najszybszego, średniego, gdy byłem zmęczony i najwolniejszego, gdy się już inaczej nie dało. Do jazdy po lesie trzeba jeszcze ze trzech (tych z dużymi przełożeniami, oczywiście) i starczy. Po co komu przełożenia różniące się kilkoma zębami? Teraz ludziom nogi kręcą się stale w tym samym tempie i tylko biegami da się prędkość regulować, czy jak?

Spróbowałem ponownie ściągnąć pliki przez gphoto. Poprzednio raz mi się udało, gdy karta była sformatowana na Nikonie. Po sformatowaniu na 30-tce gphoto uparcie twierdził, że plików żadnych nie ma i ściągał nie będzie. No, to upgrade libgphoto, gphoto i wszystkich okolic... Nie pomogło, musiałem na sąsiednim komputerze spod windowsów ściągać. Dopiero potem zauważyłem, że nie zrobiłem upgradu, tylko jakoś zainstalowałem obok nowe wersje bibliotek. I gphoto używał starej libgphoto2... Tia... Jakie to proste. Wystarczyło, (jakie to oczywiste, prawda?) dodać jeszcze wymuszenie innego typu aparatu i działa! Jakby ktoś potrzebował, to z EOS 30D ściąga się, na przykład, tak:

gphoto2 --camera="Canon EOS 300D (PTP mode)" -R -P -f /

Pies leży i tylko ciężko patrzy...

2 komentarze | Nie lubię komputerów Uroki ojcostwa Wiatr we włosach |

Self-canonization

Wpis na 1. poziomie, wysłany 11 maja 2006 o 17:43:44

No, to kupiłem sobie zabawkę. Pojechałem, oczywiście, w samym szczycie - godzinę wracałem z centrum. Teraz siedzę i studiuję instrukcję. A robota leży. Nie zając, nie ucieknie...

2 komentarze | Ogólne Wiatr we włosach |

Hej, cepie...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 05 maja 2006 o 23:03:48

I pomyśleć, że 4 lata temu ten kawałek bawił swoją absurdalnością...

Co dziwne, jakoś jestem tym szczerze ubawiony. Pewnie niedługo zacznę się czesać widelcem. Tak, znam tę dziewczynkę. Ona nadal lata w kasku i się tak dziwnie uśmiecha...

Jadłem zupę i był film. Na tefauenie. To ten program, gdzie stuminutowy film trwa 3 godziny. Einstein byłby dumny. Wass recenzuje, to i ja trochę poopowiadam. Była impreza, wszyscy padli, wpadł Szybki Lopez Z Kosmosu i wszystkie laski wyryćkał (Supermena akurat nie było w domu). W sześć godzin ze sto i wszystkie zaszły. Z mojej strony szacun wielki. Dalej nie oglądałem, bo zupa mi się skończyła.

Bo ja to wszystko mam w du... żym poważaniu. Jednak jadę na żagle! Sto ch*w w d*pę i kotwica w plecy, byle tylko dobra pogoda była!

2 komentarze | Warstwa ..., warstwa piasku Wiatr we włosach |

I know what I want and I say what I want and no one can take it away...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 01 maja 2006 o 15:16:25

... i tyle mojego. Sprawić, by ktoś miał te same pragnienia, się nie da. Da się dowiedzieć, że próbuję wymuszać. Cóż, każdą przeszkodę można usunąć, ale nie czyjś brak chęci - nie będzie trzech tygodni na Mazurach. ,,Bo już tam wszędzie byliśmy, to może w tym roku co innego''. K*wa, obiad też już przecież tyle razy jadłem, a każdego dnia do życia potrzebny mi kolejny. Gdzieś mam co innego! Potrzebuję kilkunastu dni bez komputerów, samochodów i telefonów. Za to z wiatrem, wodą, deszczem, spalonymi słońcem plecami i zgrabiałymi od zimna palcami. Ale tego przekazać się nie da...

Trudno, już mi przeszło. Przynajmniej bez wyrzutów sumienia kupię sobie aparat...

EDIT: A jednak źle zrozumiałem. Chyba mi niepotrzebnie nerwy puściły. Przepraszam, Dziewczyny.

Ale aparat i tak sobie kupię...

4 komentarze | Mężczyźni są z mięsa, a kobiety z wełny Wiatr we włosach |

Roots, blooooody rooots!

Wpis na 1. poziomie, wysłany 19 kwietnia 2006 o 11:50:21

Beneath the remains... Dead embryonic cells... Ariiise!!

To nic, że średnia długość włosów tłumu nie przekracza tych, które mam pod pachą. To nic, że zamiast Maksa teraz mordę drze Bambus, a ja nie kumam tych jego kocich ruchów. To wszystko nic. Ważne, że to nadal ten sam zdrowy łomot...

To nic, że potem In Flames. To nic, że poczułem się jak lata temu, kiedy na Monsters of Rock po Metallice wyszło AC/DC i widownię zalał kolorowy tłum. Julka od 10 lat nie widziałem - postaliśmy, posłuchaliśmy chwilę tych melodyjnych patatajek i poszliśmy na piwo. Przynajmniej kolejki nie było.

Potem piwo nad gitarami (jak ja dawno przy perkusji nie siedziałem!) do świtu, a o ósmej do pracy. Bo twardym trzeba być, nie mnientkim...

Jeszcze ze trzy mycia z odżywką i włosy pewnie w końcu rozczeszę...

We're dead embryonic cells...

Dodaj komentarz | Wiatr we włosach |

Urodzeni mordercy

Wpis na 1. poziomie, wysłany 14 kwietnia 2006 o 16:31:23

Przemkowa Ania dostaje z pracy raz na jakiś czas karnety. Do wykorzystania na basenie lub strzelnicy. Sama nie pójdzie, to mieliśmy we dwóch je zużyć. Starych ratowników do wody zagonić ciężko, bo to mokre i zimne, a ta z basenu, to jeszcze chlorem śmierdzi, więc postanowiliśmy wybrać się na strzelnicę. No, jakoś tak dziwnie wyszło, że żaden z nas nigdy nie strzelał z krótkiej broni, więc warto by się pobawić...

Karnety są terminowe, więc zanim się zdołaliśmy zgadać, to nam dwa razy przepadły. W końcu się spięliśmy. Udało się uzgodnić, kiedy. Jedziemy! Przyjechaliśmy. I wróciliśmy. Właśnie jakaś siedemdziesięcioosobowa grupa przyszła, bo mieli rezerwację. Ustaliliśmy kolejny termin. Tym razem byliśmy przezorniejsi - zadzwoniliśmy. Też byśmy wrócili - jakaś firma wynajęła strzelnicę na cały wieczór. W końcu wczoraj! Nie dość, że przyjechaliśmy, to jeszcze było pusto. Niestety, karnetów nie można było łączyć, każdy był traktowany, jak osobny bilet, więc wyboru broni wielkiej nie mieliśmy. Dwa pistolety i jeden rewolwer. No, to bierzemy jeden z pistoletów i rewolwer. Wyszło po 20 strzałów każdym. Zastanawialiśmy się, przyzwyczajeni do myśliwskiej broni, która wybije bark, jak ją źle przycisnąć, czy nam aby nadgarstki nie odlecą po 40 strzałach, ale co tam! Raz się żyje...

Jako pierwszy przypadł mi rewolwer. Nie dziwię się, że trzeba było niezłej wprawy, żeby tym kogoś zabić z większej odległości. Zwłaszcza jakimś większym modelem. Toć to wymaga mnóstwa ćwiczeń, żeby tym dobrze trafiać. Nie żeby ciężki był, czy miał mocny odrzut, ale po prostu spust ciężko chodzi i człowiek ,,zrywa'' cel w momencie, gdy opór puszcza. W każdym razie, pierwszą piątkę władowałem praktycznie poza czarnym polem środka tarczy. Skupienie było dobre, tyle że w prawo i za wysoko... Drugą było lepiej - wziąłem poprawkę. Pozostałe strzelałem z odciągniętego kurka, wtedy wystarczy dotknąć spustu i jest łatwiej. Ale na szeryfa i tak się nie nadaję. Przynajmniej na razie...

Zamieniliśmy broń. Wystrzelałem pierwszą piątkę, przyciągam tarczę i... 2 dziesiątki, 3 dziewiątki. Z 15 metrów - toć ja z tej odległości ledwie tę tarczę widzę w tym półmroku. Przemek nie bawił się w kowboja, tylko ładował z kurka. Lepiej ode mnie, nie ma co gadać - widać oko myśliwego, poza tym, już mu się nieco ręka ostrzelała pistoletem. Wywaliłem pozostałych piętnaście. 2 szóstki (niepotrzebnie zerwałem, trzeba więcej spokoju), jedna siódemka, dwie ósemki. Reszta w środku. Wszystkie pociski w głowie, tylko te dwa z białego by ucho szarpnęły...

Byliśmy zdziwieni, jak lekko taki pistolet kopie. Toć tym się strzela jak z korkowca. Gdyby nie huk, to człowiek nie wiedziałby, że strzelił. Ale i tak fajna zabawa. Przemek lepiej zdał egzamin na Lemoniadowego Joe, a ze mnie lepszy killer. Kolejnym karnetom już nie damy się zmarnować...

11 komentarzy | Wiatr we włosach |

Miałem sen...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 05 listopada 2005 o 11:33:16

Żegluję sobie po Mazurach (chyba Dargin - w zasadzie nie wiem, dlaczego, ale we snach takie rzeczy się wie, po prostu) i podpływa do mnie motorówka z ratownikami i jeden rzuca:
– Udowodnij mi, że można tym jachtem pływać bez stroju kąpielowego!
Wk*ł mnie tak, że się obudziłem. A szkoda, taki fajny montypajton się zapowiadał...

2 komentarze | Wiatr we włosach |

Spuszczony z łańcucha

Wpis na 1. poziomie, wysłany 15 października 2005 o 18:22:19

pisane wczoraj wieczorem...

Wczoraj wieczorem wróciłem z Warszawy... Niewyspany - po wieczorze w Gnieździe nie było za wiele czasu na spanie. Dziś rano Młody przyszedł i ,,tata, nie śpij''. Tia... sen skraca życie... Rano Justyna pojechała do mamy. Zabrała ze sobą Młodego, psa i samochód. Do ryja jechałem autobusem. W zasadzie, to fajnie, człowiek sobie siedzi, wszystko ma gdzieś, a pudło jedzie. Tyle, że 2 razy wolniej.

Krom się odezwał, że będzie miał sprzęt i mi go podrzuci. W zasadzie p*enie się z ptakami jest skończone, ale żeby zamknąć robotę, trzeba jeszcze parę drobiazgów dorobić. Im szybciej, tym lepiej. Ok, podrzuci mi go, wracając do domu. Ja bez samochodu, weekend się zaczyna, to może pójdziemy na piwo...

No, co za świat! Knajpy albo w remoncie, albo od 18. Człowiek nie ma się gdzie napić. Doszliśmy aż do Długiej... To może Andrzeja z roboty wyciągniemy? Zadzwoniłem. Nie odebrał. Idziemy! Może jest w pracy. Byliśmy już w środku, jak zadzwonił mój telefon. Andrzej. Chłopie! Nie dzwoń, tylko kurtkę bierz. Stoimy pod Twoimi drzwiami. Wyszedł na 40 minut. Tak powiedział pracownicy...

Zakotwiczyliśmy w Jazz Clubie. Po trzech piwach zadzwoniłem do Przemka: wiesz co? poszedłem z Kromem na jedno piwo... I jak mi je zaraz przyniosą, to już nie zdążę na bezpośredni autobus do domu. Jesteś? Tym następnym nie będę zwiedzał okolicy, tylko wysiądę koło Ciebie (w domyśle: wypijemy piwko albo mnie do domu podrzuć)...

Wypiliśmy, czas wracać. Zimno już się robiło. Andrzej wrócił do pracy, my - kierunek dworzec... Gdy mijaliśmy Underground (w tamtą stronę odbiliśmy się od zamkniętych drzwi), miałem jeszcze 12 minut do autobusu. A może by na piwko? Po co się tak spieszyć?

Andrzej już nie chciał przyjść. Mimo obietnic, że będziemy rozmawiać wyłącznie po angielsku. Jakoś za bardzo przejął się jutrzejszą lekcją. Prądu w tej pedalskiej biżuterii nie starczyło, żeby wysłać jeszcze sms-a do Przemka, że ,,raczej'' nie zdążę - na szczęście podładowałem trochę w barze i potem było już energii dość. Swoją drogą, barmanka jeszcze fajniejsza, niż kiedy byłem tam ostatnio...

Dopijaliśmy drugie piwo, zostało nieco ponad 30 minut do mojego autobusu, jak przypałętał się jakiś zawiany gość. Stanął nad nami, pochwiał się chwilę, nachlapał na mnie piwem i zapytał, czy mam jakiś problem. Też psycholog się znalazł, taka jego mać... Powiedziałem, żeby się wyluzował, usiadł i dał sobie i mnie spokój. Usiadł. Parę razy próbował od nas wyciągnąć coś do palenia - wyraźnie dawał odczuć, że nie papierosy go interesują. No, pierwszy raz wzięto mnie za dilera. Głupie uczucie. Jeszcze głupiej było, jak się po jakimś czasie przyznał, że jest z CBŚ. Albo świrował, albo rzeczywiście był. Sam już nie wiem. W każdym razie był zawiedzony, że szpanowaniem glockiem nie zrobił na mnie wrażenia. Może by i zrobił, jakbym się nie wychował wśród myśliwych, a całego przedpołudnia nie spędził w towarzystwie zakutego w kevlar i uzbrojonego po zęby męża Iwony, który akurat doprowadzał do prokuratury jakiegoś bandziora i siedział sobie u nas, czekając aż będzie znowu potrzebny... Ale chyba jednak mówił prawdę, bo po jakimś czasie (ile czasu potrafi minąć w ciągu kilku minut!) zaczął się żalić na to, jak musi żyć, a jaką cenę za to płaci... Wyglądało to szczerze. Jeżeli tak było naprawdę, to Twoje zdrowie, chłopie! Nie daj się zabić!

Wracałem autobusem. Ależ piękna mgła na polach... Aż kusi, żeby pójść z aparatem. Ale chyba raczej zaznajomię się bliżej z poduchą. Warto podnieść średnią snu, bo na tę z ostatnich dwóch tygodni, to mi palców jednej ręki aż nadto...

Dodaj komentarz | Wiatr we włosach |

Na piwo do Gniazda

Wpis na 1. poziomie, wysłany 13 października 2005 o 09:13:04

Polazłem z Gregiem do Gniazda na piwo. Znowu trafił się nam Roman (o ja p*lę!) Roczeń. Szczerze mówiąc, to na żywo jest nawet strawny, bo ma dobry kontakt z ludźmi. Kupiliśmy bilety na festiwal, a resztę przepiliśmy. I fajnie. Jak Greg mi jeszcze raz powie, że mieszka niedaleko Gniazda, to mu chyba krzywdę zrobię. Zawsze byłem tam samochodem, to i nie docierało do mnie, jaki to kawał. 20 minut szybkiego marszu. Dziś rano Wojtas zauważył: oj, głos chyba wczoraj gdzieś ćwiczyłeś, co? A jak usłyszał, gdzie, to wyszło, że paskudy jesteśmy, bośmy kolegi nie powiadomili. E, da się nadrobić...

Dodaj komentarz | Wiatr we włosach |

Powrót do rzeczywistości...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 17 sierpnia 2005 o 10:31:19

I znów, po trzech tygodniach wiatru i wody, przy klawiaturze. Ależ mi się nie chce robić...

3 komentarze | Wiatr we włosach |

Jak tu nie kochać Trójmiasta latem...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 08 lipca 2005 o 22:04:26

Gorąco jak jasna cholera. Czy ja Murzynów miałem za przodków, czy jak, żeby mi tu się taki klimat przypałętywał? Kto go tu chciał? Korki, bo cały kraj, jak co roku, tu przyjechał... Ale te widooooki! Panoooowie... To nic, że w samochodzie 60 stopni, bo cały dzień stało mu się na słońcu. To nic, że o 15 pędzi się przez miasto z prędkością kulawego ślimaka. To wszystko nic. I tak nikt nie patrzy przez przednią szybę, bo wszyscy gapią się na chodniki. A tam? Tam, jak co roku jest na co popatrzeć. Hmm... Dawno nie jechałem dolnym Sopotem. Chyba muszę znaleźć tam coś do załatwienia...

A że sezon urlopowy, to krajanie wyjechali gdzieś (nieważne - ważne, że stąd) i przynajmniej nie ma problemów z parkowaniem.

7 komentarzy | Wiatr we włosach |

Chabry z poligonu...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 12 kwietnia 2005 o 01:46:33

Wybraliśmy się do Harendy. Na Kosmos, czyli Andrus plus ten, kto nie uciekł przed łapanką. Miejsc już nie było, więc wróciliśmy do góry na piwo, żeby poczekać na resztę... W międzyczasie dotarł do nas SMS od Wojtasa, że jednak jest już w środku (wcześniej sygnalizował, że biletów brak, ale się nie poddają). No, to poszedłem negocjować z bramkarzami. Dar przekonywania na szczęście zadziałał. Wchodzimy do środka, a tam? Jubileusz Grupy MoCarta. Andrus, Poniedzielski, Olek Grotowski z Małgosią Zwierzchowską, Czerwony Tulipan... Szlag mnie trafiał, że aparat zostawiłem w firmie (przypomniałem sobie o nim przejeżdżając przez Wisłę) - tą atrapą w telefonie nawet nie zamierzałem próbować. Fajnie tak sobie zjeść razem z nimi jubileuszowy tort popijając jubileuszowe wino. Niezapomniany klimat.

A teraz spać, bo rano księgowe opadną i żyć nie dadzą...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Wiatr we włosach |

Najazd Wikingów

Wpis na 1. poziomie, wysłany 10 kwietnia 2005 o 23:35:01

Umówiłem się dziś z Janem wcześniej, żeby nadrobić sobie ostatnie nieobecności. Jak to nam zwykle wychodzi, ćwiczenia szybko zamieniły się w serię krótkich sparringów... Stwierdziliśmy, że przydałby się ktoś z zewnątrz, bo siebie czytamy już rutynowo i wiemy, czego się spodziewać. Świeża krew zmusza do przemyślenia i zweryfikowania szablonowych akcji. Ledwie przyszedł Doom (chyba się nawet nie spóźnił), to patrzymy: idą Wikingowie. Chcą poznać inne narzędzia. Jakby słyszeli, o czym rozmawiamy. Jan wysłał ich, żeby kosili powietrze, a my wróciliśmy do swojej zabawy.

Na koniec, stwierdziliśmy, warto by sprawdzić, jak to będzie przeciw takiemu uzbrojeniu... Oj, ciężko... Dopuścisz do związania, to już masz świeże zbrojenie w żebrach... Tylko dystans, zwody i sztychy. Kontra tarczownika przychodzi w tym samym momencie, co związanie - podleziesz bliżej, to po zabawie. Ale fajnie było! Każdy miał swoich kilka sekund zdrowego łomotu i wszyscy wyszli zadowoleni. Po dzisiejszych trzech godzinach wyglądam, co prawda, jakby mnie ciężarówka przekotłowała pod podwoziem, ale adrenalina i dobra zabawa wszystko rekompensuje. To lubię!

6 komentarzy | Wiatr we włosach |