Wpis na 1. poziomie, wysłany 19 kwietnia 2008 o 22:04:41
- Arek, Paweł sobie zerwał achillesa, Wojtas ma chory
kręgosłup – nie mam z kim jechać na targi. Pojechałbyś?
- Ale ja przecież nie mam zielonego pojęcia o tym, czym Firma
handluje...
- Wiem, ale to nic, potrzebny jest ktoś, kto da radę cały
dzień łazić, dźwigać katalogi, no i sama trochę boję się
jechać...
- Aha, znaczy w roli,,tragarza-ochroniarza'', tak? No, to
w takim razie czuję się wystarczająco kompetentny – w zasadzie,
to czemu nie...
I tak dobrowolnie dałem zesłać się w głąb Azji...
Wylot
Na Heathrow wifispotów zatrzęsienie, ale wszystkie płatne. Pierwsza myśl,
choć nawet nie sprawdziłem, ile to kosztuje: w torbie leży rezerwowa druga
wifka na pcimci – może by z kimś w spółę wejść? Ale nie było sensu
kombinować, bo czekania tylko półtorej godziny.
Pół doby w samolocie na miejscu dla krasnoludków. Dało się –
przezornie zabrany z domu dmuchany kołnierz na szyję i można było spać. Tylko
dlaczego rano było popołudnie? No i katar, jaki mi Młody przywlókł
z przedszkola, bardzo był ucieszony z ciągłych zmian ciśnienia i usilnie
próbował wepchać mi się w zatoki...
Hongkong
Na lotnisku wszystko sprawnie, idziemy do hotelu. Na dworze... Za życia
trafiłem do piekła. Gorąco, parno i duszno. Tłum, syf i smród wyczuwalny mimo
zatkanego nosa.
W metrze czuję się, jakbym pojechał jako opiekun z wycieczką z podstawówki.
Trochę dziwnie tak stać w tłumie i widzieć przez cały pociąg od końca po
koniec...
Pierwszego dnia wieczorem, po targach, w ramach odpoczynku dla zdeptanych
stóp, polazłem robić zdjęcia. Takie tam – pocztówki z wieżowcami,
jakie wszędzie można znaleźć. Trzy godziny łaziłem po ulicach i jeszcze na
dodatek wróciłem godzinę później, od samego siebie, bo mi się omskła łapa
i w aparacie źle nastawiłem czas, a tylko tam go sprawdzałem.
Drugiego dnia uradziliśmy, żeby zjeść coś innego, niż odgrzewańce ze sklepu.
Przysiedliśmy w knajpce ze stolikami na ulicy. Stoliki ćwierć metra
kwadratowego, zastawione miskami i talerzami tak, że miejsca brak, wokół tłum
przechodniów się kłębi, syf straszny, naczynia i te, no, hm,
sztućce – niedomyte. Ciekawie...
Wódz, który dzięki przeszkoleniu przez Koniczynka i Machekku dumnie mógł
przyjąć skośno brzmiące imię Jako-Tako Jada Pałka-Mi, wtrząchnął co było, nie
roztrząchnął za wiele, zapił piwem i na koniec stwierdził, że niepotrzebnie
czarnowidził, że zesklepowe chrząstki z dżemem będą jego jedynym
pożywieniem. Kaczka była wyś-mie-ni-ta! Ośmiornica gumiata i w smaku żadna,
półmetrowe dętki z kurczaka groźne dla życia, a makaron, jak makaron. Ryba
też.
Opanowałem podstawowe zasady higieny: żeby się nie rozchorować, trzeba mieć
sprzymierzeńców. Najlepiej kilka milionów własnych bakterii, chroniących przed
obcymi. Znaczy: ręce myjemy po jedzeniu. Przed nie ma sensu, bo stół i tak się
lepi.
Pradawni, którzy wiedzą wszystko o wszystkich wszechświatach i którzy wąchali zapachy Kalkuty, Xrc i słynnego Marsportu, zgadzają się, że nawet te wspaniałe przykłady nosowej poezji są zaledwie limerykami wobec glorii zapachu Ankh-Morpork.
Zaczynam odróżniać ładne Chinki od brzydkich. Ciekawe, czy moja klasyfikacja
pokrywa się choć częściowo z gustem miejscowych...
Kanton
Zaraz za granicą przesiedliśmy się do autobusu. Dziwne uczucie. Jakby
przeszłość wróciła. Obrazki z dzieciństwa. Beton, pustka i syf... Najbardziej
uderza ta pustka. Na ulicach miasta nie ma. Po prostu nie ma. Nie ma niczego.
Nie ma ludzi, choć są. Nie ma reklam, choć też niby są... Szaro i obco. Martwo,
mimo ludzi wokół...
Do hotelu pojechaliśmy taksówką. Jak tylko udało się znaleźć kogoś, kto
adres przetłumaczył na krzaczasty, bo w mainlandzie obce języki są w wielkiej
niełasce. Taksówkarz z niewiadomych przyczyn uważał, że jazda 100 km na godzinę
z otwartymi oknami, to wspaniały pomysł i dopiero po długim czasie dał się
przekonać, że mamy inne zdanie... Oni wszyscy sądzą, że przyjechaliśmy
z bieguna i nastawiają klimatyzację, nawiewy i co tylko znajdą tak, żeby szron
na nas osiadał. Murowany sposób na katar, bo na zewnątrz wściekle wilgotne
+25.
Rano szybka bułka z jogurtem i w autobus. Cudaczność zestawień smaków mnie
już nie dziwi. Słodka bułka z grzybami i papryką jest ok, słodka bułka z mięsem
na wierzchu – nie. Może dlatego, że ta posypka mięsem nazywana była, nim
została zużyta na buty dla jakiegoś starego, chorego na grzybicę stóp
Chińczyka, a po jego śmierci zmielona i starta na pył? Nie wiem, wiem, że
smakuje ohydnie.
Targi, jak targi. Patrzeć na te klamoty już nie mogę, choć motyw
z oświetleniami był zabawny. Mieliśmy dla znajomego nazbierać katalogów firm
dostarczających lampy. Więc poszliśmy w rozsypkę i w szybkim tempie kosiliśmy
wizytówki i oferty. I jakoś tak w połowie hali dopiero zdałem sobie sprawę, że
chyba ni cholery nie wiem, jak jest żyrandol po angielsku... Ale różnicy to nie
robiło, bo odniosłem wrażenie, że połowa wystawców również nie. Pewnie
w chinglish, którym się z nami porozumiewają, takiego słowa nie ma...
Powrót taksówką z nierozumiejącym słowa po angielsku (samo ok nie
wystarcza) kierowcą nieznającym drogi dostarcza wielu niezapomnianych przeżyć.
On coś po swojemu dziamgoli, my mu spadaj, dostałeś wizytówkę – radź
sobie, dorosły jesteś, on zestresowany, nam po całym dniu łażenia wszystko
jedno.
Wyskoczyliśmy na obiad do miasta. Do restauracji o radosnej nazwie Cofee
shop. Ha! Teraz, po zjedzeniu pałkami między innymi chińskiej
wersji spaghetti, nic mi już niestraszne! Po walce z półmetrowymi kluskami już
wszystko się da nimi złapać. No i fakt, że przysporzyłem wiele radości
kolesiowi przy stoliku obok, też ma jakieś znaczenie, prawda?
Gdy wracaliśmy z miasta skrzyżowaniem starej rozklekotanej nyski
z dziecięcym wózkiem, zrozumiałem wreszcie, jak się tu jeździ! Otóż zasady są
proste. No, przede wszystkim milicjanci (ale to tylko w mieście) – ci
zawsze mają rację. Bo mają gwizdki. Dlatego gwiżdżą. Bo kto gwiżdże, jest
ważny. Potem światła. Są. Zielone – jedź, pomarańczowe – e tam,
czerwone – zwolnij trochę, bo tamci też chcieliby przejechać. No,
w mieście mięczaki się zatrzymują przed czerwonym. Linie są po to, żeby
odróżnić, gdzie droga ma wzdłuż, a gdzie wszerz. Niemniej jednak to tylko
sugestia, wolno jeździć skosem, z kreskami między kołami, przeciwnym pasem,
wyprzedzać od prawej, skręcać w lewo na nakazie jazdy w prawo, włączać na stałe
długie, albo wściekle nimi migać i wszystko inne, co tylko przyjdzie do głowy.
Na przykład jechać przez pół kilometra z włączonym lewym migaczem, a potem
skręcić w prawo. Gdy zaś gdzieś wystąpi jakaś chwilowa przeszkoda (bo na
przykład ktoś zaparkował w poprzek, albo wyjeżdża z podporządkowanej), droga
ulega cudownemu zwężeniu z przemieszczeniem. Pasy nie są malowane gumą, więc
się wtedy nie przemieszczają, ale nikomu nie sprawia najmniejszej trudności
wyobrażenie sobie tego. Za to najważniejszy jest klakson! To proste, jak gra
w berka – obtrąbiony liczy do dziesięciu. Przez ten czas wolno z nim
zrobić wszystko, a jemu nic. Przede wszystkim należy wtedy go koniecznie
wyprzedzić od lewej, jeżeli ma włączony lewy kierunkowskaz – było się
spieszyć z tym skręcaniem, teraz czekaj! Dlatego wszyscy trąbią stale i na
wszystkich. Kto pierwszy, ten lepszy. Samochód może nie mieć amortyzatorów,
drzwi i przedniej szyby, ale klakson musi działać! Minirockersi na swoich
pierdzikach też brzęczą nieustannie...
Przechodzenie przez jezdnię też jest proste. Robi się to w dowolnym miejscu
– przejścia dla pieszych są po to, żeby były. Na całym świecie są, nie
możemy być gorsi! Należy iść, jak przez stado bydła – nie włazimy pod
koła, nie przebiegamy, nie zachowujemy się gwałtownie, nie panikujemy. Powoli,
spokojnie, pas po pasie przechodzimy. Kierowcy widzą i trąbiąc korygują swoją
trajektorię tak, żeby uniknąć potrącenia.
Z ciekawostek językowych: bankomat, to cash recycling system, który,
gdy przedrzemy się przez opcje (pierwsze menu, żeby podnieść na duchu, jest
wyłącznie krzakami pisane), presents cash, please wait. To jakby ktoś
szukał. Mnie z miejsca przypomniało się born into the
steamrollers...
A dziś obiad z Japończykiem w sifudzie. Ja, który nie ruszam praktycznie
niczego, co mniejsze od królika, albo śmierdzi rybami... Ale co tam! Piwo
z sake pozwolą przełknąć wszystko. Nawet małże i patrzące w oczy chipsy
z glistowatych białych ryb...
Czwarta się zbliża – na dziś koniec. Jutro, ponieważ dzień luzu, żeby
stopy nie odwykły, wycieczka w góry, w odwiedziny do Buddy. Zdaje się, że boso
i w samych spodniach, bo jak będzie lało tak, jak dziś, to szkoda butów. I tak
przemokną po 10 minutach, a w tym cieple potrzebne nie są...