wodzu@wodzu.net


Pamiętnik znaleziony w terminalu

Wpis na 1. poziomie, wysłany 03 maja 2008 o 18:59:58

Czas wracać. Targi w Hongkongu, sprężając się, udało się nam oblecieć w dwa dni, mieliśmy dwa na wycieczki po okolicy, ale o tym później, jeśli będzie kiedykolwiek czas – tym razem o samej podróży. Bagaże nadaliśmy na dworcu w Kowloonie (gość nawet okiem nie mrugnął na 15 kg przekroczonego limitu), podręczne zostawiliśmy w hotelu i wybraliśmy się na Lantau, na przejażdżkę kolejką linową do Buddy.

Po powrocie powłóczyliśmy się nieco po Kowloonie – chyba jakoś żal było to śmietnisko opuszczać. Wybraliśmy się na Night Market, trzeba by coś jeszcze tu zjeść, najlepiej w jakiejś knajpie na ulicy...

Kupiliśmy świeżą pieczoną wołowinę – facet ciachał ja na miejscu, ot tak, na ulicy. Nie dostaliśmy do niej żadnego narzędzia, więc jedliśmy ją palcami, stojąc na ulicy, obok płotka robót drogowych, między przepychającymi się ludźmi i samochodami, ociekający sos strząsając wprost do kratki kanalizacyjnej. No, taki folklor.

Kupiłem zegarek z Mao i krawat w chińskie baźgoły, siedliśmy przy stoliku, czas na ostatni posiłek pałeczkami. Przy stoliku obok – biali. Facet je widelcem, kobieta nic. Widać, że początkujący – on nie umie, ona się brzydzi w takich warunkach. Przeeeejdzie im...

Czytaj dalej...

Dodaj komentarz | Ogólne Powrót do przeszłości Warstwa ..., warstwa piasku Wiatr we włosach |

Tajwańskie blisko

Wpis na 1. poziomie, wysłany 29 kwietnia 2008 o 21:14:05

Kolejne targi – w Tajwanie. Z hotelu, jak zawsze, pojechaliśmy autobusem do Kantonu, ale potem trzeba było się przedostać pod China Hotel, skąd odchodzą autokary do Hongkongu. Kupa waliz, ruch wściekły, więc nieporęcznie z nimi się pchać między samochody, a po kładce nad ulicą tym bardziej nie będziemy się przeprawiać, bo to jeszcze głupszy pomysł. Pojedziemy taksówką! Taryfiarz, któremu na migi wytłumaczyliśmy, dokąd ma jechać, chwilę patrzył na nas, nie bardzo chyba wiedząc, czy bardziej nie rozumie, czego chcemy, czy też tego, czy na pewno wiemy, co mu mówimy i czy aby nie można nas tam zawieźć robiąc kilka kółek wokół miasta. W końcu ruszył, objechał budynek targów i wysadził nas 500 metrów od miejsca, gdzie wsiedliśmy.

Razem z nami jechała dwójka Polaków. Facet był wyraźnie niewygadany. Chyba mu brakowało kogoś, do kogo może gębę po polsku otworzyć. Gadał. Jak tylko wsiedliśmy, jego towarzyszka zasnęła. Chwilę później zrozumiałem, że jej zazdroszczę. Tego, że śpi. Tego, że z nim spędziła więcej czasu – zdecydowanie nie! Gość ględził przez trzy i pół godziny, jakie jechaliśmy do Shenzen. Bez przerwy. Nie, no facet jest mądry i gadał ciekawie i z sensem, ale gadał – gadał, nie słuchał. Jak pieprzone radio, którego nie można wyłączyć. No – kołchoźnik cholerny! Jeden program i bez regulacji głośności. A ja poprzedniego dnia przelazłem całe góry przy Nanhai, przebiegłem się po schodach przy Buddzie parę razy i położyłem się spać nad ranem. Miałem ochotę go wyłączyć. Na szczęście za granicą rozdzielili nas inni pasażerowie i ostanie półtorej godziny przejechaliśmy, spokojnie drzemiąc w ciiiszy...

W samolocie starszy facet obok mnie przeglądał sobie jakąś gazetkę z kupą reklam na różowo, przydrzemałem, posiłek, z którego zjadłem makaron, a różowe robaki zostawiłem, lądowanie. Przedtem informacje: deszcz, chłodno, 23 stopnie. Tia, chłodno. Jasne. A na dworze... rzeczywiście chłodno!! Nie taki parnik, jak w Chinach, ale rzeczywiście – jak w Europie. Jak w Europie w sierpniu...

Wsiedliśmy w taksówkę. Łeee, samochód cichy, czysty, komfortowy... Nikt na nas nie trąbi, kierowca też ani razu tego nie zrobił... Nieee, no gdzie my trafiliśmy! Przecież tak nie mooożna... W ogóle, ten kraj jakiś taki inny... ludzie o rysach bardziej znajomych – cywilizacja...

Co za idiota wymyślił, żeby łazienka była kilka centymetrów poniżej pokoju?! Ja rozumiem, że próg wysoki na 10 cm pozwala zrobić sobie z niej dużą wannę i pojeździć po kafelkach na brzuchu, ale tam akurat, to mógłbym pojechać najwyżej pół metra, a i to przy zgiętych nogach, więc każde wejście do tego przybytku wywoływało we mnie mnóstwo bardzo ciepłych myśli o jego projektancie. Dobrze, że się nie nawinął pod rękę...

Im bardziej cywilizowany kraj, tym gorzej z Internetem. W Chinach, w hotelu na prowincji – ethernet. W Hongkongu – wifi hotelowe, za które trzeba płacić, w Tajwanie – nic. Ale to nic, ktoś nie zabezpieczył swojego accesspointa, więc sobie od niego pożyczymy... Rwie się okropnie, stale się rozłącza, ale działa. Maile odebrać się udało, parę słów przez jabbera przeklepać – jest znośnie.

Ponieważ mieliśmy dzień luzu w oczekiwaniu na rozpoczęcie targów, pojechaliśmy na wycieczkę. Na takiego gotowca z folderu. Bezpośrednio z hotelu zabrał nas busik. Mały skośny wsiadł za kierownicę i wypalił: My name is Jackie Chan, call me Jackie... Udało mi się nie parsknąć śmiechem.

Wycieczka, jak wycieczka. Miasteczko górnicze, dom gejsz, kino, kilometrowa uliczka ze straganami, kamienie na wybrzeżu, wodospad, cmentarz. Całkiem fajnie – widoki piękne, tajwańskie cmentarze są dziwacznie malownicze dla oczu europejczyka, miasteczko ładne i coś w nim jest ujmującego, ale nie do końca zadowolony byłem, bo Jackie dawał mi po 10 minut na fotografowanie nad wodą i przy wodospadzie... Jak się, kurka, minutę lezie po kamurach, dwie ustawia aparat, to ile można fal złapać, jak tylko co któraś ma ładny rozbryzg? Nic.

Na koniec zawiózł nas do sklepu z herbatą. Najwyraźniej miał z nim układ, że podrzuca tam turystów, żeby ich naciągnąć na zakupy. Ale my zamierzaliśmy herbatę kupować w Chinach, więc szybko stamtąd umknęliśmy.

  • Czy stąd jest daleko do naszego hotelu?
  • Nie, jesteśmy przy tej samej ulicy, on jest w sektorze 4., a tu jest 2.
  • Ok, to my pójdziemy pieszo, bo zajrzymy jeszcze tu, na drugą stronę, żeby obejrzeć pomnik Chiang Kei-Sheka.

Poszliśmy. Bardziej od tego betonowego kloca (łojezu, ale budowla!) interesowało mnie łapanie w szkiełko światła słońca na liściach i murkach, ale obejrzeliśmy, obeszliśmy – wracamy, zajdziemy jeszcze na wieżę Taipei 101, skoro już jesteśmy w tym mieście...

Idziemy, idziemy, idziemy... Trzy razy zdążyliśmy zwątpić po drodze. Oczywiście ani wizytówki hotelu, ani planu miasta nie mamy, a adresu też nie pamiętamy. Ale to nic – idziemy. Jackie, żeby Cię szlag za to blisko! Półtorej godziny szybkiego marszu (no, 15 minut można odliczyć na pstrykanie lamp w bocznej uliczce) – jeeest! Dotarliśmy... To jeszcze tylko szybko zjemy i śmigamy na wieżę. Teraz już wszystko jest dla nas blisko...

Zaszliśmy do maleńkiej tajskiej knajpki tuż za rogiem. Zamówiliśmy. Gdy pani przyniosła moją wieprzowinę, to zaniemówiliśmy. Jakaś taka... papa. Bura papka. Ale doniesiona chwilę później reszta żarcia wyglądała znajomo... Pałki w ruch i... jutro przyjdziemy tu znowu! Ale pycha!

Jackie powiedział, że wieża otwarta do 22 – no, to czas ruszać, zostało 45 minut. Doszliśmy po kwadransie po to, żeby dowiedzieć się, że zamknięte. Tak, wieża otwarta do 22, ale wpuszczają na górę do 21:30. A jest 21:35. Jackie!!! Dobre chociaż tyle, że po drodze okazało się, że targi są o jedną przecznicę od naszego hotelu, więc możemy wstać choćby na pięć minut przed ich otwarciem.

Targi załatwiliśmy w 2 godziny. Najwyraźniej sąsiedztwo Hongkongu i Kantonu zeżarło imprezę tutaj – nie opłaca się nikomu tu wystawiać, nic ciekawego, a jak nawet, to wszyscy i tak pytali, czy jedziemy na któreś z tych kolejnych. W zasadzie niepotrzebny wyjazd. I nawet kawa, którą dostaliśmy za wypełnienie ankiety nas nie ucieszyła, bo była nic niewarta – popłuczyny.

Wieczorem polazłem na wieżę sam. Z nastawieniem, że porobię sobie zdjęcia miasta z wysokości 450 metrów. Przyszedłem, dzień dobry, kupiłem bilet, idę, a strażnik:

  • Przepraszam, ale nie może pan tego wnieść.
  • Dlaczego?
  • No, proszę popatrzeć – pokazał mi regulamin.
  • Hmm... No, trudno... A mogę to tu zostawić?
  • Tak, oczywiście.
No i musiałem zostawić statyw, bo nie wolno wnosić obiektów dłuższych, niż 42 centymetry. No, szlag by to! Najwyższa czułość, łeb i łokcie oparte, a i tak żeby nie było poruszone, musiałem ustawiać duży otwór. Źle! Na dodatek szyby brudne okropnie, bo Taje nie pomyślały, żeby wycieraczki na piętrze widokowym zaintalować, więc syf aż kapie. Na otwartym piętrze wiatr wyje jak potępieniec na płocie, który otacza taras i skutecznie utrudnia zrobienie zdjęcia, bo najnormalniej w świecie szarpie za ręce i kiwa...

Tajwan piękny. Naprawdę urzekające widoki. Zatopione w soczystej zieleni góry wpadające prosto do morza. Ech, aż szkoda, że wtedy, kiedy mieliśmy wolne, pogoda była marna i nie było błękitnego nieba...

Dodaj komentarz | Ogólne Wiatr we włosach |

Budda obschodzony

Wpis na 1. poziomie, wysłany 20 kwietnia 2008 o 20:48:16

Tym razem krótko, bo trzeba spać się zbierać, a i nie ma za bardzo o czym... Po całotygodniowym niedosypianiu dziewiąta przyszła dziś zbyt wcześnie, żebym skłonny był poświęcić jej uwagę; wstałem skoro hejnał i poszedłem na zaplanowaną wycieczkę. Nie padało jednak, więc normalnie – w kompletnym ubraniu. I to nie był chyba najlepszy pomysł. Wcześniej nie wychodziłem na dwór w ciągu dnia. Wszystkie hale targowe są klimatyzowane, więc panuje tam normalna temperatura, a rano i wieczorem da się tu przeżyć, byle się nie ruszać za bardzo...

Narzuciłem na ramię statyw, torbę z aparatem wpiąłem w pasek i poszedłem. Zabrałem sobie wcześniej z hotelu folderek z planem góry i ścieżek na niej, żeby nie błądzić po omacku i poszliśmy. Beata zaprowadziła mnie do wejścia do parku, a jak już szedłem w stronę bramy, to kupiła mi folder, żebym się z tym krzaczastym hotelowym nie męczył – Chińce w kasie na pytanie, czy mają mapę po angielsku, kiwnęły głowami, powiedziały swoje ok i dały. Złapałem, wpakowałem w torbę i idę...

To taki kompleks rezerwatowo-skansenowy. A w środku świątynia Buddy. Łażę sobie po początkowej części, zaglądam do obiektów, celuję aparatem – postanowiłem pójść dalej. Wyciągam folder, ten po angielsku, patrzę... patrzę... patrzę... Odwróciłem na drugą stronę, patrzę... patrzę... patrzę... jest! Jest po angielsku! Na ostatniej stronie pół strony reklamowej zajawki. Tia... Nawet mapa jest wyłącznie po chińsku opisana! Ale przyjrzałem się dokładniej i widzę, że każdy obiekt jest w osobnej szpalcie i ma tytuł w dwu językach. No, to sobie poradzimy – wiem, dokąd chcę dojść, a na mapie wystarczy znaleźć właściwe chabazie. Czasochłonne tylko to nieco, bo na tej mapie nie ma ścieżek i trzeba ich szukać na tej, którą sobie z hotelu wziąłem... Cóż, nikt nie powiedział, że życie jest proste...

Schody, schody, schody, las, las, las, schody, schody, schody...

Koszulka wylądowała na ramieniu, żeby pasek torby nie ocierał gołej skóry, spodniom nogawki podwinąłem do pół łydki – wilgotno, gorąco, jak cholera, pot leje się strumieniami, a oni tu cali poubierani...

Spotkałem tylko jednego białego, więc robiłem za lokalną atrakcję turystyczną. Wszyscy machali do mnie rękoma, witali się ze mną, jakimś czterem dziewuszkom porobiłem za misia z Zakopanego, ktoś do mnie zagadał, to odpowiedziałem, ale chyba miał nadzieję, że ja też umiem powiedzieć tyle, ile on, więc uciekł... Budda olbrzymi! Przetreptałem wszystkie schody, wróciłem do miasta...

Zjedliśmy obiad, Beata chciała sobie kupić buty. Ponieważ w takich sklepach, to dla mnie niczego ciekawego nie ma, więc stałem w wejściu i chłodziłem się w wentylatorze, co budziło wesołość u przechodzących tubylców, którzy na wieczór zakładają długie rękawy. Oni tu naprawdę chyba uważają, że jest wiosna...

A teraz czas spać, jutro Tajwan...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Ogólne Wiatr we włosach |

Z pamiętnika katorżnika

Wpis na 1. poziomie, wysłany 19 kwietnia 2008 o 22:04:41

  • Arek, Paweł sobie zerwał achillesa, Wojtas ma chory kręgosłup – nie mam z kim jechać na targi. Pojechałbyś?
  • Ale ja przecież nie mam zielonego pojęcia o tym, czym Firma handluje...
  • Wiem, ale to nic, potrzebny jest ktoś, kto da radę cały dzień łazić, dźwigać katalogi, no i sama trochę boję się jechać...
  • Aha, znaczy w roli,,tragarza-ochroniarza'', tak? No, to w takim razie czuję się wystarczająco kompetentny – w zasadzie, to czemu nie...

I tak dobrowolnie dałem zesłać się w głąb Azji...

Wylot

Na Heathrow wifispotów zatrzęsienie, ale wszystkie płatne. Pierwsza myśl, choć nawet nie sprawdziłem, ile to kosztuje: w torbie leży rezerwowa druga wifka na pcimci – może by z kimś w spółę wejść? Ale nie było sensu kombinować, bo czekania tylko półtorej godziny.

Pół doby w samolocie na miejscu dla krasnoludków. Dało się – przezornie zabrany z domu dmuchany kołnierz na szyję i można było spać. Tylko dlaczego rano było popołudnie? No i katar, jaki mi Młody przywlókł z przedszkola, bardzo był ucieszony z ciągłych zmian ciśnienia i usilnie próbował wepchać mi się w zatoki...

Hongkong

Na lotnisku wszystko sprawnie, idziemy do hotelu. Na dworze... Za życia trafiłem do piekła. Gorąco, parno i duszno. Tłum, syf i smród wyczuwalny mimo zatkanego nosa.

W metrze czuję się, jakbym pojechał jako opiekun z wycieczką z podstawówki. Trochę dziwnie tak stać w tłumie i widzieć przez cały pociąg od końca po koniec...

Pierwszego dnia wieczorem, po targach, w ramach odpoczynku dla zdeptanych stóp, polazłem robić zdjęcia. Takie tam – pocztówki z wieżowcami, jakie wszędzie można znaleźć. Trzy godziny łaziłem po ulicach i jeszcze na dodatek wróciłem godzinę później, od samego siebie, bo mi się omskła łapa i w aparacie źle nastawiłem czas, a tylko tam go sprawdzałem.

Drugiego dnia uradziliśmy, żeby zjeść coś innego, niż odgrzewańce ze sklepu. Przysiedliśmy w knajpce ze stolikami na ulicy. Stoliki ćwierć metra kwadratowego, zastawione miskami i talerzami tak, że miejsca brak, wokół tłum przechodniów się kłębi, syf straszny, naczynia i te, no, hm, sztućce – niedomyte. Ciekawie...

Wódz, który dzięki przeszkoleniu przez Koniczynka i Machekku dumnie mógł przyjąć skośno brzmiące imię Jako-Tako Jada Pałka-Mi, wtrząchnął co było, nie roztrząchnął za wiele, zapił piwem i na koniec stwierdził, że niepotrzebnie czarnowidził, że zesklepowe chrząstki z dżemem będą jego jedynym pożywieniem. Kaczka była wyś-mie-ni-ta! Ośmiornica gumiata i w smaku żadna, półmetrowe dętki z kurczaka groźne dla życia, a makaron, jak makaron. Ryba też.

Opanowałem podstawowe zasady higieny: żeby się nie rozchorować, trzeba mieć sprzymierzeńców. Najlepiej kilka milionów własnych bakterii, chroniących przed obcymi. Znaczy: ręce myjemy po jedzeniu. Przed nie ma sensu, bo stół i tak się lepi.

Pradawni, którzy wiedzą wszystko o wszystkich wszechświatach i którzy wąchali zapachy Kalkuty, Xrc i słynnego Marsportu, zgadzają się, że nawet te wspaniałe przykłady nosowej poezji są zaledwie limerykami wobec glorii zapachu Ankh-Morpork.

Zaczynam odróżniać ładne Chinki od brzydkich. Ciekawe, czy moja klasyfikacja pokrywa się choć częściowo z gustem miejscowych...

Kanton

Zaraz za granicą przesiedliśmy się do autobusu. Dziwne uczucie. Jakby przeszłość wróciła. Obrazki z dzieciństwa. Beton, pustka i syf... Najbardziej uderza ta pustka. Na ulicach miasta nie ma. Po prostu nie ma. Nie ma niczego. Nie ma ludzi, choć są. Nie ma reklam, choć też niby są... Szaro i obco. Martwo, mimo ludzi wokół...

Do hotelu pojechaliśmy taksówką. Jak tylko udało się znaleźć kogoś, kto adres przetłumaczył na krzaczasty, bo w mainlandzie obce języki są w wielkiej niełasce. Taksówkarz z niewiadomych przyczyn uważał, że jazda 100 km na godzinę z otwartymi oknami, to wspaniały pomysł i dopiero po długim czasie dał się przekonać, że mamy inne zdanie... Oni wszyscy sądzą, że przyjechaliśmy z bieguna i nastawiają klimatyzację, nawiewy i co tylko znajdą tak, żeby szron na nas osiadał. Murowany sposób na katar, bo na zewnątrz wściekle wilgotne +25.

Rano szybka bułka z jogurtem i w autobus. Cudaczność zestawień smaków mnie już nie dziwi. Słodka bułka z grzybami i papryką jest ok, słodka bułka z mięsem na wierzchu – nie. Może dlatego, że ta posypka mięsem nazywana była, nim została zużyta na buty dla jakiegoś starego, chorego na grzybicę stóp Chińczyka, a po jego śmierci zmielona i starta na pył? Nie wiem, wiem, że smakuje ohydnie.

Targi, jak targi. Patrzeć na te klamoty już nie mogę, choć motyw z oświetleniami był zabawny. Mieliśmy dla znajomego nazbierać katalogów firm dostarczających lampy. Więc poszliśmy w rozsypkę i w szybkim tempie kosiliśmy wizytówki i oferty. I jakoś tak w połowie hali dopiero zdałem sobie sprawę, że chyba ni cholery nie wiem, jak jest żyrandol po angielsku... Ale różnicy to nie robiło, bo odniosłem wrażenie, że połowa wystawców również nie. Pewnie w chinglish, którym się z nami porozumiewają, takiego słowa nie ma...

Powrót taksówką z nierozumiejącym słowa po angielsku (samo ok nie wystarcza) kierowcą nieznającym drogi dostarcza wielu niezapomnianych przeżyć. On coś po swojemu dziamgoli, my mu spadaj, dostałeś wizytówkę – radź sobie, dorosły jesteś, on zestresowany, nam po całym dniu łażenia wszystko jedno.

Wyskoczyliśmy na obiad do miasta. Do restauracji o radosnej nazwie Cofee shop. Ha! Teraz, po zjedzeniu pałkami między innymi chińskiej wersji spaghetti, nic mi już niestraszne! Po walce z półmetrowymi kluskami już wszystko się da nimi złapać. No i fakt, że przysporzyłem wiele radości kolesiowi przy stoliku obok, też ma jakieś znaczenie, prawda?

Gdy wracaliśmy z miasta skrzyżowaniem starej rozklekotanej nyski z dziecięcym wózkiem, zrozumiałem wreszcie, jak się tu jeździ! Otóż zasady są proste. No, przede wszystkim milicjanci (ale to tylko w mieście) – ci zawsze mają rację. Bo mają gwizdki. Dlatego gwiżdżą. Bo kto gwiżdże, jest ważny. Potem światła. Są. Zielone – jedź, pomarańczowe – e tam, czerwone – zwolnij trochę, bo tamci też chcieliby przejechać. No, w mieście mięczaki się zatrzymują przed czerwonym. Linie są po to, żeby odróżnić, gdzie droga ma wzdłuż, a gdzie wszerz. Niemniej jednak to tylko sugestia, wolno jeździć skosem, z kreskami między kołami, przeciwnym pasem, wyprzedzać od prawej, skręcać w lewo na nakazie jazdy w prawo, włączać na stałe długie, albo wściekle nimi migać i wszystko inne, co tylko przyjdzie do głowy. Na przykład jechać przez pół kilometra z włączonym lewym migaczem, a potem skręcić w prawo. Gdy zaś gdzieś wystąpi jakaś chwilowa przeszkoda (bo na przykład ktoś zaparkował w poprzek, albo wyjeżdża z podporządkowanej), droga ulega cudownemu zwężeniu z przemieszczeniem. Pasy nie są malowane gumą, więc się wtedy nie przemieszczają, ale nikomu nie sprawia najmniejszej trudności wyobrażenie sobie tego. Za to najważniejszy jest klakson! To proste, jak gra w berka – obtrąbiony liczy do dziesięciu. Przez ten czas wolno z nim zrobić wszystko, a jemu nic. Przede wszystkim należy wtedy go koniecznie wyprzedzić od lewej, jeżeli ma włączony lewy kierunkowskaz – było się spieszyć z tym skręcaniem, teraz czekaj! Dlatego wszyscy trąbią stale i na wszystkich. Kto pierwszy, ten lepszy. Samochód może nie mieć amortyzatorów, drzwi i przedniej szyby, ale klakson musi działać! Minirockersi na swoich pierdzikach też brzęczą nieustannie...

Przechodzenie przez jezdnię też jest proste. Robi się to w dowolnym miejscu – przejścia dla pieszych są po to, żeby były. Na całym świecie są, nie możemy być gorsi! Należy iść, jak przez stado bydła – nie włazimy pod koła, nie przebiegamy, nie zachowujemy się gwałtownie, nie panikujemy. Powoli, spokojnie, pas po pasie przechodzimy. Kierowcy widzą i trąbiąc korygują swoją trajektorię tak, żeby uniknąć potrącenia.

Z ciekawostek językowych: bankomat, to cash recycling system, który, gdy przedrzemy się przez opcje (pierwsze menu, żeby podnieść na duchu, jest wyłącznie krzakami pisane), presents cash, please wait. To jakby ktoś szukał. Mnie z miejsca przypomniało się born into the steamrollers...

A dziś obiad z Japończykiem w sifudzie. Ja, który nie ruszam praktycznie niczego, co mniejsze od królika, albo śmierdzi rybami... Ale co tam! Piwo z sake pozwolą przełknąć wszystko. Nawet małże i patrzące w oczy chipsy z glistowatych białych ryb...

Czwarta się zbliża – na dziś koniec. Jutro, ponieważ dzień luzu, żeby stopy nie odwykły, wycieczka w góry, w odwiedziny do Buddy. Zdaje się, że boso i w samych spodniach, bo jak będzie lało tak, jak dziś, to szkoda butów. I tak przemokną po 10 minutach, a w tym cieple potrzebne nie są...

7 komentarzy | Mężczyźni są z mięsa, a kobiety z wełny Nie lubię komputerów Ogólne Wiatr we włosach |

Anioł zniszczenia

Wpis na 1. poziomie, wysłany 11 czerwca 2007 o 12:44:44

Dobry dzień dziś mam. Najpierw zachciało mi się podnieść rolety. Sam nie wiem, po co, bo za godzinę i tak słońce mi stamtąd wylezie i będzie próbowało wypalić monitor. Kwiatków udało mi się nie przystrzyc (liście wspaniale wkręcają się między bambusy przy zwijaniu), ale jeden zakołysał się, ruszył firanką, ta zgarnęła lampkę i... bęc. Klosz się nie potłukł, ale ułamało się lutowane mocowanie. Transformatorówką będę sobie pewnie mógł tylko to pomacać...

Runda druga. Otworzyłem sobie okno. No, bo świeże powietrze i takie tam pierdoły... Ktoś na dole otworzył drzwi. Przeciąg zgarnął oknem kwiatka, ten wpadł w drukarkę, zostawiając tam połowę ziemi i wylądował między płytami na podłodze. Szlag by go...

Boję się pójść do ubikacji...

EDIT:Zapomniałem! Zaczęło się od tego, że umyłem szklankę. Dokumentnie. Skręciłem ją w łapach i już więcej myta nie będzie...

Dodaj komentarz | Ogólne |

Dwa nawiasy

Wpis na 1. poziomie, wysłany 03 kwietnia 2007 o 09:46:12

Jak to zwykle bywa, trzeba było zrobić drobne usprawnienie. No, nic prostszego... Akurat! Trzeba najpierw zmienić, żeby bebechy umiały kojarzyć po więcej, niż jednym polu. Z wielkim obrzydzeniem się do tego zabrałem, bo to hektary kodu dawno przeznaczonego do wyrżnięcia w pień...

Zamiast dotychczasowego char* zrobiłem szybciutko stl-owe vector<string> i pięknie. Tysiąc funkcji i półtora makr do łatwej poprawki i już po dwóch godzinach znowu kod się kompiluje. Sukces! Ale mierny. Wywala się...

Wywala się kretyńsko. Segfaultem w destruktorze, który niczego istotnego nie robi. Znaczy, że pewnie gdzieś coś wali rykoszetami po okolicy... Tylko gdzie? To złożona struktura, dynamiczna, debuggować się tego nie chce, bo mózg się przy analizie lasuje... No, to wkompilowujemy system obronny. Ale moduł skanerów i tarcz przeciwko wojnom rdzeniowym żadnych dywersji ani sabotaży nie wykrył... No, niby dobrze i tego należało się spodziewać, bo kod przestrzelany w boju jest, ale co jest, do cholery? Gdzieś przy tych hurtowych poprawkach coś zepsułem?

Trzeciego dnia znalazłem. Nie, żebym tyle nad tym siedział. Nie, w tym czasie zdążyłem pół kraju przejechać i jeszcze całe stado słoni opić. Tyle czasu jakoś tak po prostu minęło... Jak to zwykle, najskuteczniejsze okazało się podejście dummy-coder, czyli binarne wykomentowywanie kodu, który nie działa. Konsekwentnie wywala się zawsze w jednym delete. Bydlę. Tyle lat działało grzecznie, a teraz tak mi robi? Czego chcesz, gadzie?

Dobrze ukryte w makrze delete nie rzucało się w oczy. Usuwany obiekt był tablicą. Tworzony przez new typ[ileśtam]... Któreśtam gcc (bodajże 2.95 – ono miało masę fajnych ficzerów) umiało samo rozpoznać, jak należy usuwać przydzieloną pamięć i nie wymagało specyfikowania operatora tablicowego. 3.x już nie... Pamięć pewnie się nie zwalniała cała, ale to miało żadne znaczenie, bo procesy i tak pojawiają się tam na chwilę i znikają, więc wycieki były nierejestrowalne. Dopiero użycie złożonych obiektów zamiast dotychczasowych zwykłych char* spowodowało problemy przy wywołaniach destruktorów. Szlag by to. Dwa nawiasy. Dwa nawiasy... delete [] obiekt i działa. Dwa głupie nawiasy. Jak ja nie cierpię komputerów...

10 komentarzy | Nie lubię komputerów Ogólne Powrót do przeszłości Techblog |

Za co kochamy drogowców?

Wpis na 1. poziomie, wysłany 29 stycznia 2007 o 18:17:36

No, jak to za co! Za to, że zima, choćby przyszła w marcu, to i tak ich zaskoczy...

Wczoraj wieczorem przyszło mi jechać do Warszawy siódemką. Stwierdziłem, że lepiej pojechać w niedzielę wieczorem - na spokojnie, po treningu - niż rano w poniedziałek i się spieszyć. Zwłaszcza, że z domu, to jadę trasą wybitnie krajoznawczą i bardzo możliwe, że w którymś malowniczym miejscu miałbym rzadką okazję poczekać na najbliższą odwilż. Z Gdańska nie ma co wydziwiać - jedzie się siódemką i tyle. Objazd w Nowym Dworze się skończył, to da się normalnie przejechać

W Gdańsku odwilż - aż do Ostródy deszcz. Temu mistrzowi, który się najwyraźniej z radia nasłuchał o trudnych warunkach i zmusił półkilometrowy sznur samochodów do jazdy 40 km/h, to radziłbym, żeby się następnym razem wybrał raczej pociągiem, bo na drodze, to ktoś mu kiedyś podbiegnie i natłucze, jak będzie tak mknął. A wyprzedzić ni cholery, bo z obu stron ponastawiane przez roboty drogowe płotki...

Dalej na południe zmiana klimatu - aż do Glinojecka śnieg. Podróż wśród wirujących gwiazd, na lodowisku. Jeden tir w rowie, zablokowany przez policję pas, ktoś się podobno wysypał do rowu i spalił... Zima.

Spotkałem jeden pług (z naprzeciwka) - niepotrzebny, bo śniegu za mało - i dogoniłem jedną piaskarkę. Bynajmniej nie sypała piaskiem. Pewnie w ramach oszczędności.

Najzabawniejsze, że mimo pędzenia z oszałamiającą prędkością 70-90 km/h (przy 100 zaczynała się walka o przeżycie i nie było mowy o bezpiecznym wyhamowaniu przed czymkolwiek) dojechałem w takim samym czasie, jak zawsze, bo na całej trasie spotkałem raptem kilkanaście tirów i ze cztery, czy pięć osobówek (i dobrze, bo było ślisko i niebezpiecznie). Ale co więcej, wygląda na to, że rzeczywiście da się spalać mało paliwa - w instrukcji napisali, że górale mawiali, iż da się podobno zejść do 5,6 l/100km. Cóż, mnie się zawsze ledwie udawało schodzić poniżej 9, a tym razem na całej trasie nie spaliłem nawet 30 litrów. Ale nie sądzę, żeby mi to zostało...

Dodaj komentarz | Ogólne |

Uginanie czasoprzestrzeni

Wpis na 1. poziomie, wysłany 28 grudnia 2006 o 11:34:49

Zamówiliśmy kalendarz. Ot, taki z własnymi zdjęciami - na prezent urodzinowy. W pewnej firmie na drugim końcu kraju. Zarzekali się, że 5 dni roboczych im wystarcza. Gdy minęło ich 7 i nadszedł czwartek, czyli ostatni dzień, kiedy wysyłka miałaby sens, a status zlecenia nadal nie uległ zmianie, zaczęliśmy nękanie telefonicznie. Automatyczne ponawianie połączenia, to bardzo wygodna funkcja telefonu, gdy dzwoni się na różnego rodzaju infolinie, czy do innych konsultantów. Tylko czemu ta cholera po każdym niepowodzeniu przełącza się z trybu głośno mówiącego na zwykły, to nie wiem. Musiałem półtorej godziny w słuchawkach siedzieć, żeby słyszeć, czy wybiera...

Miła pani, zmęczonym głosem (takim w stylu: od rana na mnie wszyscy krzyczą, a co ja tu mogę zrobić, że nas zawalili zleceniami i taki mamy zapieprz, że nie mamy czasu taczek załadować), poinformowała mnie, że wie niewiele więcej, niż ja, ale się tym zajmą i poinformują. Mailem. Podałem jej swój adres, ale nie wiem, czy udało jej się go zapisać. Powiedziałem, że jeżeli zlecenie zostało wykonane, to żeby zmienili transport na kuriera, bo poczta nie zdąży tego dostarczyć. I ponieważ zasadniczo poczułem się wysłany na drzewo, obiecałem, że po południu będę nękał dalej...

Po południu dodzwoniłem się (tylko 40 minut czekania) i znów nie dowiedziałem się niczego.

O 19 z minutami przyszedł mail, że kalendarz jest wydrukowany, ale wysyłka kurierem niczego już nie zmieni, bo i tak nie dotrze na czas. Przepraszają i w ogóle. Mała załamana, bo tak się starała. Ja nad tymi zdjęciami dwa dni przesiedziałem, żeby jakoś wyglądały. Wkurzyć się można...

No, to czas na plany awaryjne... InterCity jutro jak jeżdżą? Ok, o 10 wyjeżdża jeden... Rzut oka w roster... Hm... komu by tu głowę pozawracać? Koniczynka cuś nie ma... Chwilę poczekamy. Jak się do wieczora nie pojawi, to zajrzymy na Jobble i ponękamy jakieś przypadkowe ofiary, które mają pecha mieszkać w pobliżu...

Kiedyś robiliśmy imprezę. Za czasów szkoły średniej jeszcze. Trzeba było powiadomić o niej Gatsbiego, a wiedzieliśmy, że nie ma telefonu. No, to w życiu trzeba sobie radzić, jak powiedział baca wiążąc buta dżdżownicą. Wzięliśmy książkę telefoniczną Gdyni i zaczęliśmy czytać... Znaleźliśmy przypadkowego nieszczęśnika mieszkającego trzy bloki dalej. Dzwonimy... Odebrał. Nakręciliśmy go tak, że pognał i sprowadził Gatsbiego. Udało się. A Gatsbie jeszcze go tak obdziękował, że gość był z siebie taki dumny, jakby na spółkę z Brucem Willisem cały wieżowiec uratował.

Koniczynek się znalazł. Nawet się nie opierał. Dostał wszelkie namiary na zlecenie, żeby nie dali rady go zbyć, Ola wysłała mailem prośbę, żeby nie nadawali tej przesyłki, bo zostanie odebrana osobiście. Sytuacja pod kontrolą. Byle tylko rano zdążył, nim się za to zabiorą i jednak wyślą pocztą...

Udało się. Odebrane, nadane, przyjechało. Nie ma rzeczy niemożliwych, da się odległość skrócić, gdy to potrzebne... W Internecie status zlecenia "odbiór osobisty", wszystko w porządku. Do czasu. Wieczorem "odbiór osobisty" zmienił się na "wysłane" i pojawił się numer listu przewozowego. WTF? Koniczynek dostał co innego? Było zapakowane, więc nie bardzo miał jak sprawdzić, ale zarzekali się, że to właściwa paczka... Zajrzałem do środka. To to...

W pierwszy dzień świąt Ola wróciła do domu i w skrzynce zastała awizo. Nie spodziewała się żadnej przesyłki pocztowej, poza jedną... Tą, którą odwołaliśmy...

Wczoraj kurier przywiózł kalendarz. Nie żadał zapłaty. Taki sam kalendarz...

Ciekawe, co czeka na poczcie...

No cóż, nikt nigdy nie twierdził, że eksperymenty z czasoprzestrzenią są bezpieczne...

5 komentarzy | Ogólne |

Łowcy.B

Wpis na 1. poziomie, wysłany 06 grudnia 2006 o 10:22:13

Wybraliśmy się wczoraj wieczorem na Łowców. Nie, tego się nie da opowiedzieć. A nawet, jakby się dało, to nie warto - słowa tego dobrze nie oddadzą. Sześciu pensjonariuszy ochronki dla niedorozwiniętych ubranych w odrzuty z darów dla powodzian... No, to trzeba, po prostu, zobaczyć. Skecze niby znane, ale cieszy zero sztampy, rutyny, sztywnego odgrywania scenariusza - nadal wszystko na żywioł. Jeszcze mi się gęba śmieje...

3 komentarze | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Ogólne |

Error 999

Wpis na 1. poziomie, wysłany 20 października 2006 o 21:10:01

Ponieważ chyba jednak nigdy nie zrobię sobie nic na styl roaming profile, a przynajmniej od 10 lat tego nie zrobiłem, to w końcu postanowiłem zacząć używać delicji. Konto sobie tam dawno temu założyłem - nawet hasła do niego nie znam. Pewnie w jakimś pojaranym przypływie security wymyśliłem coś dziwnego, bo nijak nie mogę go sobie przypomnieć. Wysyłka hasła mailem nic nie da, bo wszystkie takie konta zakładam z portalowych kont jednorazowego użytku (spam@mailinator.com rzadko się nadaje, bo większość takich sajtów śle html-e i z takiej aktywacji nici). Musiałem nowe założyć.

No i trzeci tydzień wprowadzam wieloletnie pokłady bookmarków. A ten mi co jakiś czas, że mu wyglądam na zepsuty browser i że dziś już ze mną gadał nie będzie. Nic to, przynajmniej wiem, kiedy sobie przerwę zrobić...

2 komentarze | Nie lubię komputerów Ogólne |

Bajka

Wpis na 1. poziomie, wysłany 09 września 2006 o 18:09:55

Młody przyniósł swoje bohomazy i przeczytał z nich bajkę...

Dawno, dawno, dawno, dawno temu żył sobie król. Miał jedną córeczkę, nazywała się Atrella. Ale już wszystko przysypał piasek, a ona wpadła do morza i zjadł ją rekin.

Hm...

4 komentarze | Ogólne Uroki ojcostwa |

Ludzie rzeczy kupują...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 10 sierpnia 2006 o 23:53:30

Do Batka przyszły koszulki. Takie ładne, z nadrukami. Jedne ze zdjęciami, inne z malowankami, ale wszystkie bardzo realistyczne. Pierwsza seria. Wiosną na targach znaleźli dystrybutora na Europę. Produkcja amerykańska. No właśnie...

Jak ludzie zobaczyli katalog, to każdy chciał mieć taką koszulkę - wydzierający się z brzucha rekin, tygrys, walczące smoki, piękna elfka zamyślona nad taflą jeziora... Zwłaszcza, że taniej, bo przy okazji pierwszego importu do sprzedaży, a i bez sklepowych narzutów. Pozamawiali sobie. Też zamierzałem sobie coś wybrać, ale jakoś tak wyszło, że nie miałem czasu, a potem zapomniałem...

No i przyszły...

Akurat byłem wtedy w firmie. Beata przyniosła karton do góry. Otworzyliśmy go, zaciekawieni, jak to wygląda w rzeczywistości...

Cisza...

Hmm...

Nadruki rzeczywiście bardzo ładne...

Ale rozmiary...

No, małe, to one nie były... Każdy sobie zamówił rozmiar, jaki normalnie nosi. Ale... Ja do najmniejszych nie należę. No, powiedziałbym, że raczej przeciwnie. Koszulkę, którą miałem na sobie, producent oznaczył trzema literkami, z czego dwie, to X, a trzecia bynajmniej nie S. Ale te?

M-ka byłaby w miarę dobra, gdyby nie była za krótka. L-ka powiewała na mnie, jak flaga. XL-ką mogłem się prawie dwa razy owinąć. XXL nikt nie zamówił, ale pewnie po zaślepieniu otworu na głowę, zaimpregnowaniu i dodaniu stelaża, mógłbym używać tego jako namiotu. Tylko musiałbym nauczyć się spać w kucki.

Ludzie! Ile i czego trzeba żreć, żeby takie ciuchy nosić? I, skoro to jest zwykła oferta rynkowa, to te rozmiary są normalne! W sensie położenia na krzywej rozkładu, oczywiście, bo jak można nie uznać za patologię tułowia o średnicy krowiego? Nie zwężało się to ku pasowi, więc raczej nie na klaty jak Conana Barbarzyńcy było projektowane... Koszmar. Znam, co prawda, jedną taką parę, na którą by te ciuszki pasowały. Synka mają podobnego do siebie. W wieku 14 lat miał operację stawów biodrowych, bo w wyniku tuszy wytarł sobie panewki. Ale to margines populacji. A tam? No, idiotyzm.

Wolałem nie patrzeć na miny ludzi, gdy odbierali wytęsknione koszulki. Skończą pewnie jako gobeliny na ścianach, bo w końcu jednak ładne i wyrzucić szkoda...

3 komentarze | Ogólne |

Złośliwość zwierząt żywych

Wpis na 1. poziomie, wysłany 01 lipca 2006 o 19:29:41

Przez okno wpadł szerszeń. Od kilku lat jest ich tu dość dużo - kiedyś nie było w ogóle. I notorycznie próbują założyć mi gniazdo w jakimś ustronnym miejscu wewnątrz domu. Nieszczególnie chętnie się na to zapatruję, więc mają pecha. Chyba, że zdążą uciec. Osy tłukę ręką, do szerszeni jednak czuję respekt i z reguły sięgam po coś. Zanim owo coś znajdę, to często już bydlęcia nie ma, bo wyburczy na zewnątrz.

Ten wpadł. W zasadzie, to trudno powiedzieć, że wpadł przez okno. Bo do pokoju się nie dostał. Okno jest dwuczęściowe i wpadł, ale do środka. Łaził po parapecie usiłując wspiąć się na szybę. Zamknąłem lufcik, żeby mi nie wylazł i postanowiłem zrobić mu zdjęcie. Ale, że mocno energiczny był i skakał jak głupi, to stwierdziłem, że poczekam, aż się zmęczy i poprawi swą fotogenikę. Okno zachodnie, słońce na niego świeciło, to pomyślałem sobie, że mam z godzinkę pewnie...

Zaglądam po kilkunastu minutach i... nie ma łobuza. A nie! Jest! A w zasadzie był... W międzyczasie dopadł go pająk. Ot, taki maleńki - rozmiaru łba tego szerszenia. I dał mu radę.

Ze zdjęcia nici. Szerszeń już nie wygląda jak groźny drapieźnik, tylko jak kawał śmiecia zawiniętego w pajęczynę. Pająk siedzi w rogu i łypie ślepiami. Nie powiem Justynie, może nie zauważy, to mały sobie do wiosny przetrwa, nim znów będzie akcja przedświątecznego mycia okien...

2 komentarze | Ogólne |

Jabberem po Zatoce

Wpis na 1. poziomie, wysłany 01 lipca 2006 o 19:12:41

Dwa tygodnie spania po mniej więcej 4 godziny na dobę w dwóch-trzech ratach (parę razy po prostu z czołem obok klawiatury) i jest. Można popłynąć. Od dziś rana. Na razie w trójkąciku Gdynia-Hel-Jastarnia, ale może inne trasy też powstaną. To akurat nie mój problem.

Użyte narzędzia, to Linux jako platforma operacyjna, PostgreSQL jako baza danych, oparte na Iris własnej roboty Jabber-RPC (JEP-0009) jako metoda transmisji i Qt jako interfejs. Wszystkim zarządza pracujący w centrali koordynator (bot) pilnujący, by punkty sprzedaży sprzedały tylko tyle biletów, ile jest miejsc w danym statku. Punkty sprzedaży podłączone do Internetu w dowolny sposób (gdy nie ma kabli, to GPRS), do centrali wpięte przez OpenVPN. Serwer jabbera za firewallem, oczywiście, dostępny wyłącznie z wnętrza. W przypadku braku łączności bezpośredniej można pogadać z koordynatorem telefonicznie za pośrednictwem innej placówki (TCP-over-Tamtams) lub kogoś w centrali, kto ma zwykłego jabberowego klienta. Ale w praktyce nie ma potrzeby, bo mechanizm przydzielania limitów z wyprzedzeniem pozwala na spokojną pracę nawet gdy łącze regularnie pada co pięć minut na kolejnych piętnaście.

Najważniejszą funkcją programu klienckiego jest, poza tak nieistotną sprawą, jak sprzedaż biletów, chat. Skoro Jabber, skoro sprzęgnięty z programem sprzedażowym bot jest zalogowany do serwera, skoro jakoś trzeba czasem rozsyłac informacje typu Kto, do jasnej cholery trzyma te dwa ostatnie bilety na 15? Ludzie mi tu płaczą, że do domu nie mają jak wrócić!, to dlaczego nie dać im możliwości rozmowy? Najmniej pracochłonna część roboty, a jaka radość wśród użytkowników! I jaka żałość niezmierna, gdy drugiego dnia testów pracowali już na docelowym serwerze Jabbera, a nie było na nim jeszcze MUC-a! No, tragedia, po prostu, programu używać się nie da...

Nie mają obsługi rostera (tego by jeszcze brakowało, żeby tam mieszali), nie mają możliwości adresowania wypowiedzi (poza specjalnym wywołaniem komendy dla koordynatora), piszą tylko w konferencji - w jednym pokoju, do którego ich bot automatycznie się loguje. Ale odbierają wszystko. I, jak na razie, nie czują potrzeby niczego więcej. Zwłaszcza, że tego MUC-a nie odpalili tam chyba do tej pory...

Zostało jeszcze parę drobiazgów do dorobienia, trochę szlifów, żeby wszystko było, jak trzeba i jeszcze pewnie kilka raportów (dzięki, Wass, za to menu w IE, niech go piekło pochłonie), ale można stwierdzić, że działa. 13 statków dziś odeszło, ostatni pójdzie o 20. Już ma komplet, ale zostało kilka miejsc na rowery, więc jak ktoś się dobrze przebierze, to może się dostanie na pokład. I żeby nie było: to nie jest element kampanii przeciwko homofobii!

JRPC będzie na LGPL-u. Jak Justin wyrazi chęć, to mu to przekażę. Jak nie, to wystawię gdzieś u siebie i będzie publicznie dostępne, w razie gdyby ktoś potrzebował. Wymaga tylko paru oczyszczeń ze śmieci, jakichś egzampli i dodania obsługi pozostałych typów. Potrzebowałem tylko integerów, datetime i base64, więc cała reszta jest chwilowo obsługiwana na zasadzie switch(){default: throw "pocałuj mnie serdecznie";}, ale to już drobiazgi.

A na mnie czas. Młody inżyniera wczoraj dostał, to stawia...

Dodaj komentarz | Nie lubię komputerów Ogólne |

Transmisja na żywo

Wpis na 1. poziomie, wysłany 11 czerwca 2006 o 15:16:06

Grałem w ttyquake, oglądałem na tekstowym terminalu film przy użyciu mplayera i aalib. Twardy jestem. Ale transmisja na żywo mnie zabiła. Idę odetchnąć świeżym powietrzem, bo się uduszę...

Transmisja jest tu: telnet ascii-wm.net 2006.

Dodaj komentarz | Nie lubię komputerów Ogólne |

Asy biją Zera

Wpis na 1. poziomie, wysłany 10 czerwca 2006 o 22:25:45

Przeszedłem obok telewizora. Leci ten amerykański film, co to go już kiedyś prawie całego obejrzałem. Z przerwą w środku, bo on dla mnie, to za sercowy jest. Słodki taki, że bałem się, że na cukrzycę zapadnę. To taki zwykły film. Amerykański. Tytuł ma szumny, ale dla picu - żeby chwytliwy był. Równie dobrze mógłby się nazywać Grunwald 1410. Bo tak naprawdę, to on jest o tym, że dwóch facetów kocha się w jednej lasce. I potem mają z nią dziecko. Jedno! To tak, żeby było bardziej romantycznie.

No i tej sceny, to akurat nie widziałem. Wymiękam. Dwóch gości wytłukło cały dywizjon zer. I po co było tak głupio nazywać te swoje latawce, Skośni? Na amerykańskich asów, to trzeba było chociaż karetę waletów posłać. A tak, to samiście sobie winni...

EDIT: Przemyślałem sprawę. Od razu widać, że znam się na rzeczy. Nie mógłby się nazywać Grunwald 1410, bo to było przecież przed początkiem świata. Idę posypać głupi łeb popiołem...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Ogólne |

Ludzie piłki kopią

Wpis na 1. poziomie, wysłany 09 czerwca 2006 o 21:28:12

Podobno mecz naszej reprezentacji się zaczął, to zajrzałem na Interię. Jest link ,,na żywo''. Świetnie. Zaglądam a tam... no, mało istotne informacje, wynik 0:0, ale obok składy. I tak:

Składy wyjściowe
Polska
• Artur Boruc (bramkarz)
• Marcin Baszczyński (bramkarz)
• Jacek Bąk (bramkarz)
• Euzebiusz Smolarek (bramkarz)
• Radosław Sobolewski (bramkarz)
• Jacek Krzynówek (bramkarz)
• Maciej Żurawski (bramkarz)
• Mirosław Szymkowiak (bramkarz)
• Arkadiusz Radomski (bramkarz)
• Michał Żewłakow (bramkarz)
• Mariusz Jop (obrońca)
To już wiem, dlaczego Janas do końca trzymał skład w tajemnicy. Mocno nowoczesna koncepcja. Ja tam się na piłce kopanej znam słabo, ale to skład mocno defensywny, moim zdaniem. Czy aby nie przydałby się choć jeden napastnik?

Choć ostatnio, to bramkarze właśnie gole strzelają podobno...

5 komentarzy | Ogólne |

Hard Rock Popelina

Wpis na 1. poziomie, wysłany 20 maja 2006 o 14:17:07

Wczoraj. Uf podrzucił linka. Widzę, że wmv, nie mam w ryju głośników, więc pytam (cytaty z pamięci, nie mam tu logów):

  • acioto?
  • aaa, taki lekko metalowy zespół. wystąpił wczoraj na eurowizji.
  • na eurowizji? to pewnie on taki metalowy, że przy nim europe, to ciężka rąbanka, co?
  • nie, nawet da się słuchać...
  • przecież to taki festiwal popeliny, że aż boli
  • no i właśnie dlatego fajnie
Uchachany podrzucam tego linka Runarowi.
  • a, wiem. widziałem wczoraj. ale jazda! wszyscy tam jęczą jakieś słodkie lovesongi, a tu wyłazi banda przebierańców i grają. potem gość wciska jakiś przycisk i rozwijają mu się skrzydła. gitarzyści też coś naciskają i ogień wali z gitar. czad! show taki, że sepa wysiada! będę głosował...
  • rotfl... a co to jest w ogóle?
  • a, taki hardrock
Jeszcze bardziej ubawiony podrzucam Oli.
  • tak, widziałam. przeszli do finału. niezłe widowisko
Zajrzałem na ich stronę, popatrzyłem na cudaków i zapomniałem...

Dziś mi się przypomniało. Ściągnąłem tę reklamówkę, popatrzyłem na teledysk... Hard rock, jak hard rock. Nie przepadam za taką muzyką, ale nawet daje się posłuchać. Takie trochę ace-piorun-dece, refren cholernie mi coś przypomina, tylko nie mogę skojarzyć, co. Za to jak wyglądają! Ubaw na maksa. No, Uruk Hai z gitarami. Odlot! Chłopaki mają jaja, że się na taką słodko srającą imprezę wybrali. Chyba na nich zagłosuję. Ciekawe, jak się telewizor włącza...

9 komentarzy | Ogólne |

Jak będą wolne klatki

Wpis na 1. poziomie, wysłany 14 maja 2006 o 22:24:44

Poszliśmy wczoraj do ZOO. Rok temu Młody był za mały, żeby coś zapamiętać, a teraz nie sposób mu odpowiedzieć na wszystkie pytania, więc niech się nagapi, będzie łatwiej...

  • Zobacz, jakie kolorowe ptaszki!
  • To są papugi, tato!
  • Eps...

Największe atrakcje w ZOO: olbrzymi kamień, helikopter i konik na dwuzłotówki oraz sprawa niedźwiedziej wanny. Jazdy kolejką udało się, dzięki ciągłemu mataczeniu, na szczęście uniknąć...

A szympans nasikał sobie na rękę, wytarł ją w twarz i uwalił się spać...

5 komentarzy | Ogólne Uroki ojcostwa |

Self-canonization

Wpis na 1. poziomie, wysłany 11 maja 2006 o 17:43:44

No, to kupiłem sobie zabawkę. Pojechałem, oczywiście, w samym szczycie - godzinę wracałem z centrum. Teraz siedzę i studiuję instrukcję. A robota leży. Nie zając, nie ucieknie...

2 komentarze | Ogólne Wiatr we włosach |

Detoks. Dzień czwarty.

Wpis na 1. poziomie, wysłany 22 lutego 2006 o 22:57:22

Ostatnimi czasy chodziłem napędzany głównie kawą. Nie działa ona na mnie wcale – w każdym razie nie likwiduje senności, a moje tętno nadal oscyluje w okolicach tego, jakie ma śpiący snem zimowym niedźwiedź, ale ją lubię. No, po prostu lubię. Lubię grzać łapy o gorący kubek, lubię, czekając aż fusy zatoną, wąchać zapach parujący z niego...

Problem w tym, że żołądek i wątroba lubią to mniej. Nie, żeby się skarżyły, ale chyba coś im się ode mnie jednak należy. Dlatego postanowiłem zrobić im promocję. Nie taką, jak w supermarkecie, gdzie wcisną ni cholery Ci niepotrzebne barachło za cenę dwukrotnie wyższą od jego rzeczywistej wartości. Taką prawdziwą. Za tę samą pracę nad jedzeniem (no, jeść muszę – nie potrafię bez tego żyć) gratis mają urlop od kawy. Do końca miesiąca.

Piję herbatę. Pęcherz mówi, że tamtej dwójce, to krzywdę zrobi. A we wtorek śledzik. I koniec promocji...

Dodaj komentarz | Ogólne |

Rat fur pizza

Wpis na 1. poziomie, wysłany 16 stycznia 2006 o 19:43:53

Fajnie przeczytać własne myśli na czyimś blogu...

Swojego czasu, nim nie wychowałem wszystkich wokół, nosiłem ze sobą kartkę z ułożonym na wzór tablicy do badania wzroku napisem Nie znam się na komputerach, jestem informatykiem i zapytany o komputery albo łyndołsy przeprowadzałem krótkie badanie okulistyczne. Ale to mi się też podoba: I stopped telling people I work on computers and that I'm a proctologist. People don't ask me for help anymore. Będę musiał wypróbować tę metodę...

1 komentarz | Ogólne |

Hmm...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 10 stycznia 2006 o 16:04:58

Iwona dziś powiedziała, że jej mąż w końcu zajrzał w wyciąg z banku i zapytał... Nie, nie o to, dlaczego, tylko o to, z kim i czemu jej tak mało zapłacił. Zdaje się, że chyba powinienem wymyślić inny tytuł przelewu...

Dodaj komentarz | Ogólne |

Wydałem wojnę

Wpis na 1. poziomie, wysłany 10 stycznia 2006 o 15:58:04

Koniec! Koniec! Koniec! Koniec z piętnastominutowym wyszukiwaniem drugiej skarpetki do pary! Niby wszystkie takie same, ale jakoś do siebie nie pasują. Jedna dłuższa, druga krótsza. Jedna z dłuższym ściągaczem, druga z krótszym. Jedna grubsza, druga cieńsza. Cała pufa skarpet, a wszystkie dla jednonogich. Won mi stąd! Kupiłem 20 par jednakowych. Zobaczymy, co to da, choć wątpię w zwycięstwo. Podejrzewam, że pralka jest z nimi w zmowie i potajemnie je zamienia. Pewnie ma jakiś tunel podprzestrzenny do innej pralki i wymieniają się zawartością...

9 komentarzy | Ogólne |

Zima, zima, zima. Pada, pada śnieg...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 29 grudnia 2005 o 13:14:37

Gdy wczoraj wracałem do domu, zaczynało prószyć. Gdy o 23 wyszedłem z psem, w butach przyniosłem pełno śniegu, bo już za kostki go było. Dziś 40 minut odśnieżałem, żeby wyjechać na ulicę. Fajnie jest. Nawet w mieście trochę śniegu na ulicach. Zima. Wreszcie.

Dodaj komentarz | Ogólne |

Neptun, mgła i majestat gotyku

Wpis na 1. poziomie, wysłany 06 grudnia 2005 o 00:15:55

Miałem zrobić zdjęcia Neptuna. Takie na tle wieczorno-nocnego nieba. Żeby ładnie się odcinał sylwetką od granatu sklepienia, żeby było widać oświetlone reflektorami kamienice... Wybierałem się od ponad tygodnia. Ale albo deszcz, albo mgła albo chmury od horyzontu po horyzont...

Żeby nie było, że nawet nie spróbowałem, to wczoraj wieczorem jednak tam polazłem. Mgła była taka, że w trakcie jazdy kijem sobie musiałem drogi szukać. Ale nic to! W mieście na pewno coś będzie widać...

Było widać. W zasadzie, to ratusz wyglądał nawet ładnie, gdy jego niebiesko oświetlona wieża ginęła we mgle. Ale niebo... Niebo prześlicznie bure. Oczywiście, jak się spodziewałem, zupełnie inne, niż było potrzebne. Chciałem uchwycić boga spod ratusza, od jego prawego boku, żeby górował nad oświetlonym Długim Targiem, z sylwetką na tle nieba nad Motławą. Chciałem. Choinka. Wielka choinka. Z bombkami. Neptun na choince. No szlag by to...

Gdy mi paluchy przymarzały do aparatu, to jakieś turysty wcisnęły mi idiotkamerę w łapy, żeby ich pstryknąć na tle fontanny. Zastanawiałem, jak to cudo przekonać do dłuższego czasu naświetlania (jak samo sobie dobrało do lampy jakąś 1/125, to będzie widać ich, prawie fontannę i nic więcej - ot, jak przy furtce w kopalni), a ci mi uparcie radzili, że trzeba mocniej nacisnąć. Trochę mnie ubawili.

Na koniec chciałem sobie jeszcze chwycić sam ratusz. Ot, tak, skoro i tak mam tu statyw i już jestem... Battery exhausted. Nie chciało mi się wymieniać - łapy mi skostniały, Justyna od kilkunastu minut już mi tupała, że jej zimno i chce do domu. Poszliśmy.

Ale jedno mnie urzekło. Do Długiego Targu szliśmy na przełaj przez Stare Miasto i droga wypadła obok Mariackiego. Powiem krótko: takiego wrażenia potęgi i majestatu nigdy na mnie nie wywarł. Wieża ginąca gdzieś daleko we mgle wyglądała jak jakieś bajkowe monumentalne zamczysko sięgające chmur. Niesamowite uczucie, gdy się stoi przed półtorametrowej grubości ceglanym murem kończącym się gdzieś poza zasięgiem wzroku. Uderzyło mnie to tak, a przecież przez pięć lat codziennie tędy przechodziłem i nic. Dziwne, prawda? Mam ochotę tam wrócić i spróbować to zdjąć. Może w piątek? Runar ma do mnie wreszcie wpaść z tym zapomnianym ginem, który pijemy od września, to może wpierw pójdziemy tam skostnieć, o ile mgła będzie...

12 komentarzy | Ogólne |

Rozszerzalność cieplna ciał stałych

Wpis na 1. poziomie, wysłany 18 listopada 2005 o 21:26:21

Zima przyszła. Śniegu napadało. Ładnie. Co zabawne, lewe przednie drzwi, które się strasznie ciężko otwierały, zaczęły chodzić bardzo lekko. Niby nic, ale jak w końcu sobie znalazłem miejsce do wepchnięcia samochodu (że też, cholera, nie wymarzli jeszcze, no), to mało nie zabiłem nimi jakiejś kobiety, która przechodziła obok, żeby zajść do swojego bagażnika. Jakoś tak mi się lekko otwarły, że poleciały troszku za szybko...

A już prawie doniosłem do samochodu smar w sprayu. I teraz nie wiem, czy nieść go dalej. No, gwoli prawdy, to go tydzień temu przeniosłem z biurka na lodówkę, ale to też przecież jakieś działanie było, w końcu, prawda?

8 komentarzy | Ogólne |

Odrobina sarkazmu

Wpis na 1. poziomie, wysłany 20 października 2005 o 21:05:39

Z nieszczególnym zainteresowaniem przeglądam to forum, ale ten post mnie ubawił serdecznie. Doskonale podsumowuje wszystkie moje nieprawomyślne odczucia, jakie mi często towarzyszą przy oglądaniu tam zamieszczanych fotek.

1 komentarz | Ogólne |

Dzień policjanta

Wpis na 1. poziomie, wysłany 20 października 2005 o 00:18:28

Wczoraj. Jadę sobie leniwie. Mijam patrol. Kilometr dalej zatrzymuje mnie kolejny. Masówka - trzy radiowozy. Ale bez radaru. Dzień dobry, starszy ktośtam jakiśtam, prawo jazdy, ble ble ble... Dzień dobry. Dowód?! Tak, dowód. Dowód? Pierwszy raz mam dać dowód, ale ok, nie ma sprawy. Mam i dowód... Osobisty nawet. Taki zielony, z nieistniejącego państwa, ale mam. Jakąś blokadę robicie, że tylu Was tu na raz? Chwilę temu też widziałem patrol. E, nieee, tak nas wszystkich wygnali...

Jeden sprawdzał dokumenty, drugi z nudów chciał obejrzeć światła. Mijania widział, jak podjeżdżałem, więc teraz kierunkowskazy. Ok. Stopy? Ok. Trójkąt i gaśnicę pan ma? Mam. Gaśnice, to chyba ze dwie nawet. Pokazać? Nie, nie trzeba.

Nudził się. Przypomniał sobie, że samochód ma więcej świateł. Proszę włączyć wsteczny. Włączyłem stacyjkę, wrzuciłem wsteczny. Zrobił głupią minę. Aha! Alarm włączył immobilizer i miga awaryjnymi. Kierownica mi kontrolki przesłania, więc nie zauważyłem. Wygasiłem migadło. Przeciwmgielne? Proszę. Trochę był skołowany, ale jego kolega już zdążył sprawdzić papiery, więc mi je oddali, pożyczyli szerokiej drogi. Pojechałem.

Po co miałem mu tłumaczyć, że od trzech tygodni wiem, bo na przeglądzie mi powiedzieli, że gamoń lakiernik zamienił kable od lewego wstecznego i przeciwmgielnego? Jeszcze kazałby mi to na miejscu przełączać...

4 komentarze | Ogólne |

Podobno...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 13 października 2005 o 09:16:17

... mecz wczoraj jakiś był. Pewnie w piłkę nożną, skoro tylu się tym tak ekscytuje. Chyba nigdy tego nie zrozumiem.

1 komentarz | Ogólne |