Z pamiętnika katorżnika
- Arek, Paweł sobie zerwał achillesa, Wojtas ma chory kręgosłup – nie mam z kim jechać na targi. Pojechałbyś?
- Ale ja przecież nie mam zielonego pojęcia o tym, czym Firma handluje...
- Wiem, ale to nic, potrzebny jest ktoś, kto da radę cały dzień łazić, dźwigać katalogi, no i sama trochę boję się jechać...
- Aha, znaczy w roli,,tragarza-ochroniarza'', tak? No, to w takim razie czuję się wystarczająco kompetentny – w zasadzie, to czemu nie...
I tak dobrowolnie dałem zesłać się w głąb Azji...
Wylot
Na Heathrow wifispotów zatrzęsienie, ale wszystkie płatne. Pierwsza myśl, choć nawet nie sprawdziłem, ile to kosztuje: w torbie leży rezerwowa druga wifka na pcimci – może by z kimś w spółę wejść? Ale nie było sensu kombinować, bo czekania tylko półtorej godziny.
Pół doby w samolocie na miejscu dla krasnoludków. Dało się – przezornie zabrany z domu dmuchany kołnierz na szyję i można było spać. Tylko dlaczego rano było popołudnie? No i katar, jaki mi Młody przywlókł z przedszkola, bardzo był ucieszony z ciągłych zmian ciśnienia i usilnie próbował wepchać mi się w zatoki...
Hongkong
Na lotnisku wszystko sprawnie, idziemy do hotelu. Na dworze... Za życia trafiłem do piekła. Gorąco, parno i duszno. Tłum, syf i smród wyczuwalny mimo zatkanego nosa.
W metrze czuję się, jakbym pojechał jako opiekun z wycieczką z podstawówki. Trochę dziwnie tak stać w tłumie i widzieć przez cały pociąg od końca po koniec...
Pierwszego dnia wieczorem, po targach, w ramach odpoczynku dla zdeptanych stóp, polazłem robić zdjęcia. Takie tam – pocztówki z wieżowcami, jakie wszędzie można znaleźć. Trzy godziny łaziłem po ulicach i jeszcze na dodatek wróciłem godzinę później, od samego siebie, bo mi się omskła łapa i w aparacie źle nastawiłem czas, a tylko tam go sprawdzałem.
Drugiego dnia uradziliśmy, żeby zjeść coś innego, niż odgrzewańce ze sklepu. Przysiedliśmy w knajpce ze stolikami na ulicy. Stoliki ćwierć metra kwadratowego, zastawione miskami i talerzami tak, że miejsca brak, wokół tłum przechodniów się kłębi, syf straszny, naczynia i te, no, hm, sztućce – niedomyte. Ciekawie...
Wódz, który dzięki przeszkoleniu przez Koniczynka i Machekku dumnie mógł przyjąć skośno brzmiące imię Jako-Tako Jada Pałka-Mi, wtrząchnął co było, nie roztrząchnął za wiele, zapił piwem i na koniec stwierdził, że niepotrzebnie czarnowidził, że zesklepowe chrząstki z dżemem będą jego jedynym pożywieniem. Kaczka była wyś-mie-ni-ta! Ośmiornica gumiata i w smaku żadna, półmetrowe dętki z kurczaka groźne dla życia, a makaron, jak makaron. Ryba też.
Opanowałem podstawowe zasady higieny: żeby się nie rozchorować, trzeba mieć sprzymierzeńców. Najlepiej kilka milionów własnych bakterii, chroniących przed obcymi. Znaczy: ręce myjemy po jedzeniu. Przed nie ma sensu, bo stół i tak się lepi.
Pradawni, którzy wiedzą wszystko o wszystkich wszechświatach i którzy wąchali zapachy Kalkuty, Xrc i słynnego Marsportu, zgadzają się, że nawet te wspaniałe przykłady nosowej poezji są zaledwie limerykami wobec glorii zapachu Ankh-Morpork.
Zaczynam odróżniać ładne Chinki od brzydkich. Ciekawe, czy moja klasyfikacja pokrywa się choć częściowo z gustem miejscowych...
Kanton
Zaraz za granicą przesiedliśmy się do autobusu. Dziwne uczucie. Jakby przeszłość wróciła. Obrazki z dzieciństwa. Beton, pustka i syf... Najbardziej uderza ta pustka. Na ulicach miasta nie ma. Po prostu nie ma. Nie ma niczego. Nie ma ludzi, choć są. Nie ma reklam, choć też niby są... Szaro i obco. Martwo, mimo ludzi wokół...
Do hotelu pojechaliśmy taksówką. Jak tylko udało się znaleźć kogoś, kto adres przetłumaczył na krzaczasty, bo w mainlandzie obce języki są w wielkiej niełasce. Taksówkarz z niewiadomych przyczyn uważał, że jazda 100 km na godzinę z otwartymi oknami, to wspaniały pomysł i dopiero po długim czasie dał się przekonać, że mamy inne zdanie... Oni wszyscy sądzą, że przyjechaliśmy z bieguna i nastawiają klimatyzację, nawiewy i co tylko znajdą tak, żeby szron na nas osiadał. Murowany sposób na katar, bo na zewnątrz wściekle wilgotne +25.
Rano szybka bułka z jogurtem i w autobus. Cudaczność zestawień smaków mnie już nie dziwi. Słodka bułka z grzybami i papryką jest ok, słodka bułka z mięsem na wierzchu – nie. Może dlatego, że ta posypka mięsem nazywana była, nim została zużyta na buty dla jakiegoś starego, chorego na grzybicę stóp Chińczyka, a po jego śmierci zmielona i starta na pył? Nie wiem, wiem, że smakuje ohydnie.
Targi, jak targi. Patrzeć na te klamoty już nie mogę, choć motyw z oświetleniami był zabawny. Mieliśmy dla znajomego nazbierać katalogów firm dostarczających lampy. Więc poszliśmy w rozsypkę i w szybkim tempie kosiliśmy wizytówki i oferty. I jakoś tak w połowie hali dopiero zdałem sobie sprawę, że chyba ni cholery nie wiem, jak jest żyrandol po angielsku... Ale różnicy to nie robiło, bo odniosłem wrażenie, że połowa wystawców również nie. Pewnie w chinglish, którym się z nami porozumiewają, takiego słowa nie ma...
Powrót taksówką z nierozumiejącym słowa po angielsku (samo ok nie wystarcza) kierowcą nieznającym drogi dostarcza wielu niezapomnianych przeżyć. On coś po swojemu dziamgoli, my mu spadaj, dostałeś wizytówkę – radź sobie, dorosły jesteś, on zestresowany, nam po całym dniu łażenia wszystko jedno.
Wyskoczyliśmy na obiad do miasta. Do restauracji o radosnej nazwie Cofee shop. Ha! Teraz, po zjedzeniu pałkami między innymi chińskiej wersji spaghetti, nic mi już niestraszne! Po walce z półmetrowymi kluskami już wszystko się da nimi złapać. No i fakt, że przysporzyłem wiele radości kolesiowi przy stoliku obok, też ma jakieś znaczenie, prawda?
Gdy wracaliśmy z miasta skrzyżowaniem starej rozklekotanej nyski z dziecięcym wózkiem, zrozumiałem wreszcie, jak się tu jeździ! Otóż zasady są proste. No, przede wszystkim milicjanci (ale to tylko w mieście) – ci zawsze mają rację. Bo mają gwizdki. Dlatego gwiżdżą. Bo kto gwiżdże, jest ważny. Potem światła. Są. Zielone – jedź, pomarańczowe – e tam, czerwone – zwolnij trochę, bo tamci też chcieliby przejechać. No, w mieście mięczaki się zatrzymują przed czerwonym. Linie są po to, żeby odróżnić, gdzie droga ma wzdłuż, a gdzie wszerz. Niemniej jednak to tylko sugestia, wolno jeździć skosem, z kreskami między kołami, przeciwnym pasem, wyprzedzać od prawej, skręcać w lewo na nakazie jazdy w prawo, włączać na stałe długie, albo wściekle nimi migać i wszystko inne, co tylko przyjdzie do głowy. Na przykład jechać przez pół kilometra z włączonym lewym migaczem, a potem skręcić w prawo. Gdy zaś gdzieś wystąpi jakaś chwilowa przeszkoda (bo na przykład ktoś zaparkował w poprzek, albo wyjeżdża z podporządkowanej), droga ulega cudownemu zwężeniu z przemieszczeniem. Pasy nie są malowane gumą, więc się wtedy nie przemieszczają, ale nikomu nie sprawia najmniejszej trudności wyobrażenie sobie tego. Za to najważniejszy jest klakson! To proste, jak gra w berka – obtrąbiony liczy do dziesięciu. Przez ten czas wolno z nim zrobić wszystko, a jemu nic. Przede wszystkim należy wtedy go koniecznie wyprzedzić od lewej, jeżeli ma włączony lewy kierunkowskaz – było się spieszyć z tym skręcaniem, teraz czekaj! Dlatego wszyscy trąbią stale i na wszystkich. Kto pierwszy, ten lepszy. Samochód może nie mieć amortyzatorów, drzwi i przedniej szyby, ale klakson musi działać! Minirockersi na swoich pierdzikach też brzęczą nieustannie...
Przechodzenie przez jezdnię też jest proste. Robi się to w dowolnym miejscu – przejścia dla pieszych są po to, żeby były. Na całym świecie są, nie możemy być gorsi! Należy iść, jak przez stado bydła – nie włazimy pod koła, nie przebiegamy, nie zachowujemy się gwałtownie, nie panikujemy. Powoli, spokojnie, pas po pasie przechodzimy. Kierowcy widzą i trąbiąc korygują swoją trajektorię tak, żeby uniknąć potrącenia.
Z ciekawostek językowych: bankomat, to cash recycling system, który, gdy przedrzemy się przez opcje (pierwsze menu, żeby podnieść na duchu, jest wyłącznie krzakami pisane), presents cash, please wait. To jakby ktoś szukał. Mnie z miejsca przypomniało się born into the steamrollers...
A dziś obiad z Japończykiem w sifudzie. Ja, który nie ruszam praktycznie niczego, co mniejsze od królika, albo śmierdzi rybami... Ale co tam! Piwo z sake pozwolą przełknąć wszystko. Nawet małże i patrzące w oczy chipsy z glistowatych białych ryb...
Czwarta się zbliża – na dziś koniec. Jutro, ponieważ dzień luzu, żeby stopy nie odwykły, wycieczka w góry, w odwiedziny do Buddy. Zdaje się, że boso i w samych spodniach, bo jak będzie lało tak, jak dziś, to szkoda butów. I tak przemokną po 10 minutach, a w tym cieple potrzebne nie są...
7 komentarzy | Mężczyźni są z mięsa, a kobiety z wełny Nie lubię komputerów Ogólne Wiatr we włosach | Permalink