wodzu@wodzu.net


Z pamiętnika katorżnika

Wpis na 1. poziomie, wysłany 19 kwietnia 2008 o 22:04:41

  • Arek, Paweł sobie zerwał achillesa, Wojtas ma chory kręgosłup – nie mam z kim jechać na targi. Pojechałbyś?
  • Ale ja przecież nie mam zielonego pojęcia o tym, czym Firma handluje...
  • Wiem, ale to nic, potrzebny jest ktoś, kto da radę cały dzień łazić, dźwigać katalogi, no i sama trochę boję się jechać...
  • Aha, znaczy w roli,,tragarza-ochroniarza'', tak? No, to w takim razie czuję się wystarczająco kompetentny – w zasadzie, to czemu nie...

I tak dobrowolnie dałem zesłać się w głąb Azji...

Wylot

Na Heathrow wifispotów zatrzęsienie, ale wszystkie płatne. Pierwsza myśl, choć nawet nie sprawdziłem, ile to kosztuje: w torbie leży rezerwowa druga wifka na pcimci – może by z kimś w spółę wejść? Ale nie było sensu kombinować, bo czekania tylko półtorej godziny.

Pół doby w samolocie na miejscu dla krasnoludków. Dało się – przezornie zabrany z domu dmuchany kołnierz na szyję i można było spać. Tylko dlaczego rano było popołudnie? No i katar, jaki mi Młody przywlókł z przedszkola, bardzo był ucieszony z ciągłych zmian ciśnienia i usilnie próbował wepchać mi się w zatoki...

Hongkong

Na lotnisku wszystko sprawnie, idziemy do hotelu. Na dworze... Za życia trafiłem do piekła. Gorąco, parno i duszno. Tłum, syf i smród wyczuwalny mimo zatkanego nosa.

W metrze czuję się, jakbym pojechał jako opiekun z wycieczką z podstawówki. Trochę dziwnie tak stać w tłumie i widzieć przez cały pociąg od końca po koniec...

Pierwszego dnia wieczorem, po targach, w ramach odpoczynku dla zdeptanych stóp, polazłem robić zdjęcia. Takie tam – pocztówki z wieżowcami, jakie wszędzie można znaleźć. Trzy godziny łaziłem po ulicach i jeszcze na dodatek wróciłem godzinę później, od samego siebie, bo mi się omskła łapa i w aparacie źle nastawiłem czas, a tylko tam go sprawdzałem.

Drugiego dnia uradziliśmy, żeby zjeść coś innego, niż odgrzewańce ze sklepu. Przysiedliśmy w knajpce ze stolikami na ulicy. Stoliki ćwierć metra kwadratowego, zastawione miskami i talerzami tak, że miejsca brak, wokół tłum przechodniów się kłębi, syf straszny, naczynia i te, no, hm, sztućce – niedomyte. Ciekawie...

Wódz, który dzięki przeszkoleniu przez Koniczynka i Machekku dumnie mógł przyjąć skośno brzmiące imię Jako-Tako Jada Pałka-Mi, wtrząchnął co było, nie roztrząchnął za wiele, zapił piwem i na koniec stwierdził, że niepotrzebnie czarnowidził, że zesklepowe chrząstki z dżemem będą jego jedynym pożywieniem. Kaczka była wyś-mie-ni-ta! Ośmiornica gumiata i w smaku żadna, półmetrowe dętki z kurczaka groźne dla życia, a makaron, jak makaron. Ryba też.

Opanowałem podstawowe zasady higieny: żeby się nie rozchorować, trzeba mieć sprzymierzeńców. Najlepiej kilka milionów własnych bakterii, chroniących przed obcymi. Znaczy: ręce myjemy po jedzeniu. Przed nie ma sensu, bo stół i tak się lepi.

Pradawni, którzy wiedzą wszystko o wszystkich wszechświatach i którzy wąchali zapachy Kalkuty, Xrc i słynnego Marsportu, zgadzają się, że nawet te wspaniałe przykłady nosowej poezji są zaledwie limerykami wobec glorii zapachu Ankh-Morpork.

Zaczynam odróżniać ładne Chinki od brzydkich. Ciekawe, czy moja klasyfikacja pokrywa się choć częściowo z gustem miejscowych...

Kanton

Zaraz za granicą przesiedliśmy się do autobusu. Dziwne uczucie. Jakby przeszłość wróciła. Obrazki z dzieciństwa. Beton, pustka i syf... Najbardziej uderza ta pustka. Na ulicach miasta nie ma. Po prostu nie ma. Nie ma niczego. Nie ma ludzi, choć są. Nie ma reklam, choć też niby są... Szaro i obco. Martwo, mimo ludzi wokół...

Do hotelu pojechaliśmy taksówką. Jak tylko udało się znaleźć kogoś, kto adres przetłumaczył na krzaczasty, bo w mainlandzie obce języki są w wielkiej niełasce. Taksówkarz z niewiadomych przyczyn uważał, że jazda 100 km na godzinę z otwartymi oknami, to wspaniały pomysł i dopiero po długim czasie dał się przekonać, że mamy inne zdanie... Oni wszyscy sądzą, że przyjechaliśmy z bieguna i nastawiają klimatyzację, nawiewy i co tylko znajdą tak, żeby szron na nas osiadał. Murowany sposób na katar, bo na zewnątrz wściekle wilgotne +25.

Rano szybka bułka z jogurtem i w autobus. Cudaczność zestawień smaków mnie już nie dziwi. Słodka bułka z grzybami i papryką jest ok, słodka bułka z mięsem na wierzchu – nie. Może dlatego, że ta posypka mięsem nazywana była, nim została zużyta na buty dla jakiegoś starego, chorego na grzybicę stóp Chińczyka, a po jego śmierci zmielona i starta na pył? Nie wiem, wiem, że smakuje ohydnie.

Targi, jak targi. Patrzeć na te klamoty już nie mogę, choć motyw z oświetleniami był zabawny. Mieliśmy dla znajomego nazbierać katalogów firm dostarczających lampy. Więc poszliśmy w rozsypkę i w szybkim tempie kosiliśmy wizytówki i oferty. I jakoś tak w połowie hali dopiero zdałem sobie sprawę, że chyba ni cholery nie wiem, jak jest żyrandol po angielsku... Ale różnicy to nie robiło, bo odniosłem wrażenie, że połowa wystawców również nie. Pewnie w chinglish, którym się z nami porozumiewają, takiego słowa nie ma...

Powrót taksówką z nierozumiejącym słowa po angielsku (samo ok nie wystarcza) kierowcą nieznającym drogi dostarcza wielu niezapomnianych przeżyć. On coś po swojemu dziamgoli, my mu spadaj, dostałeś wizytówkę – radź sobie, dorosły jesteś, on zestresowany, nam po całym dniu łażenia wszystko jedno.

Wyskoczyliśmy na obiad do miasta. Do restauracji o radosnej nazwie Cofee shop. Ha! Teraz, po zjedzeniu pałkami między innymi chińskiej wersji spaghetti, nic mi już niestraszne! Po walce z półmetrowymi kluskami już wszystko się da nimi złapać. No i fakt, że przysporzyłem wiele radości kolesiowi przy stoliku obok, też ma jakieś znaczenie, prawda?

Gdy wracaliśmy z miasta skrzyżowaniem starej rozklekotanej nyski z dziecięcym wózkiem, zrozumiałem wreszcie, jak się tu jeździ! Otóż zasady są proste. No, przede wszystkim milicjanci (ale to tylko w mieście) – ci zawsze mają rację. Bo mają gwizdki. Dlatego gwiżdżą. Bo kto gwiżdże, jest ważny. Potem światła. Są. Zielone – jedź, pomarańczowe – e tam, czerwone – zwolnij trochę, bo tamci też chcieliby przejechać. No, w mieście mięczaki się zatrzymują przed czerwonym. Linie są po to, żeby odróżnić, gdzie droga ma wzdłuż, a gdzie wszerz. Niemniej jednak to tylko sugestia, wolno jeździć skosem, z kreskami między kołami, przeciwnym pasem, wyprzedzać od prawej, skręcać w lewo na nakazie jazdy w prawo, włączać na stałe długie, albo wściekle nimi migać i wszystko inne, co tylko przyjdzie do głowy. Na przykład jechać przez pół kilometra z włączonym lewym migaczem, a potem skręcić w prawo. Gdy zaś gdzieś wystąpi jakaś chwilowa przeszkoda (bo na przykład ktoś zaparkował w poprzek, albo wyjeżdża z podporządkowanej), droga ulega cudownemu zwężeniu z przemieszczeniem. Pasy nie są malowane gumą, więc się wtedy nie przemieszczają, ale nikomu nie sprawia najmniejszej trudności wyobrażenie sobie tego. Za to najważniejszy jest klakson! To proste, jak gra w berka – obtrąbiony liczy do dziesięciu. Przez ten czas wolno z nim zrobić wszystko, a jemu nic. Przede wszystkim należy wtedy go koniecznie wyprzedzić od lewej, jeżeli ma włączony lewy kierunkowskaz – było się spieszyć z tym skręcaniem, teraz czekaj! Dlatego wszyscy trąbią stale i na wszystkich. Kto pierwszy, ten lepszy. Samochód może nie mieć amortyzatorów, drzwi i przedniej szyby, ale klakson musi działać! Minirockersi na swoich pierdzikach też brzęczą nieustannie...

Przechodzenie przez jezdnię też jest proste. Robi się to w dowolnym miejscu – przejścia dla pieszych są po to, żeby były. Na całym świecie są, nie możemy być gorsi! Należy iść, jak przez stado bydła – nie włazimy pod koła, nie przebiegamy, nie zachowujemy się gwałtownie, nie panikujemy. Powoli, spokojnie, pas po pasie przechodzimy. Kierowcy widzą i trąbiąc korygują swoją trajektorię tak, żeby uniknąć potrącenia.

Z ciekawostek językowych: bankomat, to cash recycling system, który, gdy przedrzemy się przez opcje (pierwsze menu, żeby podnieść na duchu, jest wyłącznie krzakami pisane), presents cash, please wait. To jakby ktoś szukał. Mnie z miejsca przypomniało się born into the steamrollers...

A dziś obiad z Japończykiem w sifudzie. Ja, który nie ruszam praktycznie niczego, co mniejsze od królika, albo śmierdzi rybami... Ale co tam! Piwo z sake pozwolą przełknąć wszystko. Nawet małże i patrzące w oczy chipsy z glistowatych białych ryb...

Czwarta się zbliża – na dziś koniec. Jutro, ponieważ dzień luzu, żeby stopy nie odwykły, wycieczka w góry, w odwiedziny do Buddy. Zdaje się, że boso i w samych spodniach, bo jak będzie lało tak, jak dziś, to szkoda butów. I tak przemokną po 10 minutach, a w tym cieple potrzebne nie są...

7 komentarzy | Mężczyźni są z mięsa, a kobiety z wełny Nie lubię komputerów Ogólne Wiatr we włosach |

Dwa nawiasy

Wpis na 1. poziomie, wysłany 03 kwietnia 2007 o 09:46:12

Jak to zwykle bywa, trzeba było zrobić drobne usprawnienie. No, nic prostszego... Akurat! Trzeba najpierw zmienić, żeby bebechy umiały kojarzyć po więcej, niż jednym polu. Z wielkim obrzydzeniem się do tego zabrałem, bo to hektary kodu dawno przeznaczonego do wyrżnięcia w pień...

Zamiast dotychczasowego char* zrobiłem szybciutko stl-owe vector<string> i pięknie. Tysiąc funkcji i półtora makr do łatwej poprawki i już po dwóch godzinach znowu kod się kompiluje. Sukces! Ale mierny. Wywala się...

Wywala się kretyńsko. Segfaultem w destruktorze, który niczego istotnego nie robi. Znaczy, że pewnie gdzieś coś wali rykoszetami po okolicy... Tylko gdzie? To złożona struktura, dynamiczna, debuggować się tego nie chce, bo mózg się przy analizie lasuje... No, to wkompilowujemy system obronny. Ale moduł skanerów i tarcz przeciwko wojnom rdzeniowym żadnych dywersji ani sabotaży nie wykrył... No, niby dobrze i tego należało się spodziewać, bo kod przestrzelany w boju jest, ale co jest, do cholery? Gdzieś przy tych hurtowych poprawkach coś zepsułem?

Trzeciego dnia znalazłem. Nie, żebym tyle nad tym siedział. Nie, w tym czasie zdążyłem pół kraju przejechać i jeszcze całe stado słoni opić. Tyle czasu jakoś tak po prostu minęło... Jak to zwykle, najskuteczniejsze okazało się podejście dummy-coder, czyli binarne wykomentowywanie kodu, który nie działa. Konsekwentnie wywala się zawsze w jednym delete. Bydlę. Tyle lat działało grzecznie, a teraz tak mi robi? Czego chcesz, gadzie?

Dobrze ukryte w makrze delete nie rzucało się w oczy. Usuwany obiekt był tablicą. Tworzony przez new typ[ileśtam]... Któreśtam gcc (bodajże 2.95 – ono miało masę fajnych ficzerów) umiało samo rozpoznać, jak należy usuwać przydzieloną pamięć i nie wymagało specyfikowania operatora tablicowego. 3.x już nie... Pamięć pewnie się nie zwalniała cała, ale to miało żadne znaczenie, bo procesy i tak pojawiają się tam na chwilę i znikają, więc wycieki były nierejestrowalne. Dopiero użycie złożonych obiektów zamiast dotychczasowych zwykłych char* spowodowało problemy przy wywołaniach destruktorów. Szlag by to. Dwa nawiasy. Dwa nawiasy... delete [] obiekt i działa. Dwa głupie nawiasy. Jak ja nie cierpię komputerów...

10 komentarzy | Nie lubię komputerów Ogólne Powrót do przeszłości Techblog |

SORBS-y, maile, DSL-e, TTL-e

Wpis na 1. poziomie, wysłany 22 marca 2007 o 15:01:18

W poniedziałek Runar marudzi, że mu odbiło maila. Patrzę, co mi przysłał - postfix jęczy, że ten z drugiej strony uznał go za dialupa. No, to maila do Jacka: wyrejestruj się, bo gamonie wpisali Ci hurtem 83.16.* do dynamicznych. Jacek klnie, na czym świat stoi, bo formularz pytania zadaje takie, że tylko poszukać czegoś ciężkiego, żeby walnąć... Na przykład o ASN ISP... Ja po cichu się śmieję, bo jakiś czas temu swoją maszynę też wyrejestrowywałem, ale wtedy wystarczyło wpisać IP, a potem potwierdzić maila...

Wtorek. Julek pisze, że mu z banku odbiło maila. Patrzę: to samo. Co jest, do cholery? Sprawdzam ich IP - no, jest. Mój? Też! Oż, w mordę! No, to wyrejestrowujemy...

Wyrejestrować można automatycznie. Wpisuje się domenę, on sobie sprawdza i... mówi, że nie. MX ma się rozwiązywać na IP, dla którego rev-dns ma dawać tę samą nazwę, jaka była na początku. No, to nie ze mną takie numery, Brunner. Wpisałem w domenę to paskudne azz246.chabazie.tpnet.pl (tak, azz - mieszkam w samym narożniku Cube'a) jako MX-a. Teraz żryj, paskudo! Zeżarło. I wypluło, że nie, bo TTL dla IN PTR za krótki...

Druga runda. Jest formularz do zgłaszania. Wpisałem. Odpisało po chwili. Że nie. I żeby nie dyskutować, bo to automat i mało rozmowny jest w ogóle...

Runda trzecia. Zmieniamy sobie rev-dns. Tepsa daje taką możliwość, trzeba tylko wysłać im wpisy do strefy i podmienią. No, to przygotowałem - wersję z CNAME, żeby sobie móc samodzielnie decydować, jak to ma się ostatecznie nazywać Wysłałem. Julka danych nie miałem, bo się już wieczór zrobił i nie było nikogo w firmie. Przy okazji napomknąłem, że mogliby jako ISP skontaktować się z SORBS i powiedzieć im, że ten DSL jest jak najbardziej statyczny...

Rano mail, żeby przysłać dane umowy. Ja w lekkim szoku, że tak szybko ktoś na to zareagował. No, to łap! za telefon i męczymy. Ela szuka... Znalazła numer aneksu. Wysłałem. Godzinę później odpowiedź, że wpisy umieścili. Mój szok się pogłębia... Na szczęście formularz SORBS-ów jest niezawodny - na drzewo, przez CNAME nie widzi, chce najwyraźniej mieć IN PTR i koniec. No, to ślemy jeszcze raz maila do Tepsy. Z poprawką dla MX-ów - te rekordy mają nie CNAME, tylko IN PTR. Trudno. Ale z dopisanym 1D, żeby dla nich TTL był na sztywno...

Dziś rano odpowiedź. Wpisane. Ja z szoku już ledwie stoję - dobrze, że siedziałem. Wstawili moje IN PTR-y. Ale bez TTL-a, więc formularz delistera cieszy się bardzo, że jest fajnie, ale mówi, że i tak mnie nie lubi, bo 6 godzin znajomości, to za mało dla niego. Ech, żyzń... Ale tknęło mnie. Każę mu w bazie sprawdzić jeszcze raz IP. Nie ma. Drugie... Też nie ma! Czyżby chłopaki z Tepsy zainterweniowali? Szok osiąga poziom krytyczny...

Sprawdzam, czy bank teraz przyjmie już pocztę... Telnet ip smtp... EHLO... mail from:... rcpt to... Łyknie! No, to fajnie. Dla formalności piszę jeszcze maila do Tepsy, że mimo, że jest nie do końca tak, jak chciałem, to jednak cel osiągnięty, więc dalej im głowy nie zawracam tym nieszczęsnym TTL-em.

Pół godziny temu mail. Że zmienili TTL na 86400. Sprawdzam dla IP mojego MX-a... rzeczywiście. Julka? Też. Test: mój modem... też. Hehe... Jakiś losowy inny... też. Jakiś losowy z kompletnie innego podwórka? Też 86400... Globalnie zmienili. Też dobrze. Jakby komuś przeszkadzało, że w rev-dns dla Tepsianego DSL-a TTL teraz wynosi dobę, to już wie, kogo bić. Ale niech nie liczy, że się przejmę, bo jestem w takim szoku, że nic mnie nie ruszy...

Tymczasem sprawdziłem, gdzie to ja się wtedy wyrejestrowywałem. Ze Spamhausa, nie z SORBS. To nic, przynajmniej Jacek nauczył się numerów ASN Tepsy i wielu innych ciekawych rzeczy...

EDIT: Spojrzałem w kalendarz. Ktoś mi dwa dni podrzucił. Czwartek, to dopiero dziś. Poprawiłem.

6 komentarzy | Nie lubię komputerów Techblog |

Tuning biedronki

Wpis na 1. poziomie, wysłany 14 lutego 2007 o 12:41:00

Młody poszedł jakiś czas temu z ciocią do sklepu i naciągnął ją na grę. Pokarało mnie. Grumpa. Takie Diablo dla dzieci. Wspaniale rozwijające, w sam raz dla dzieci: zaczyna się od tego, że zabijają ci ojca, potem ty masz wymordować całą okolicę. Dla mnie bomba. Młodemu też się podobał. Na początku musiałem ja w to grać, bo on sobie nie radził. Siedział obok i patrzył.

Grafika całkiem ładna. Ale moją ulubioną grą jest Nethack (w trybie znakowym, oczywiście) i Civilization II, więc mogę nie być właściwą osobą do wygłaszania takiej oceny... Sterowanie grą proste. I wcale nie trzeba klikać na wyścigi, jak to w którejś recenzji w Internecie wyczytałem. Po prostu, gdy postać walczy, to nie machnie drugi raz, nim nie skończy poprzedniego machnięcia. Klikanie w trakcie uderzenia nie daje nic. Trzeba wskazać, kliknąć, odczekać i dopiero kolejny raz...

Jesteś biedronką. Na wioskę najechali piraci. Po ojcu został ci złamany miecz i drewniana tarcza. Ale nie jest tak źle! Twój dziadek był superwojownikiem i miał cztery świetne gadżety. Tarczę Obrony, Pas Siły, Rękawice Mocy i Miecz Potęgi. Albo może trochę inaczej, ale jakoś tak - z pamięci piszę. Trzeba tylko zabawki znaleźć i będzie łatwiej.

Co robi gracz, który zaczyna taką grę? No, walczy i próbuje wykonywać kolejne questy. Ponieważ rodzicowi z reguły zależy, żeby to młody grał, to postać trzeba szybko doprowadzić do stanu, w którym ten sobie już sam poradzi. Teraz mogę już w tej grze robić za eksperta, więc dam kilka spoilerów, jak szybko uwolnić się od tego przekleństwa. Zatem:

Grumpa: pacifist conduct

No, pacyfizm, to w najwyższej postaci, do której ja jestem zdolny. Znaczy: nie dostaniesz wpie*ol, o ile nie podskoczysz. Nie da się tam nie zabijać, bo niektóre mendy stoją na drodze i nie chcą sobie pójść, albo trzeba im z flaków wypruć jakąś zabawkę.

Zasada pierwsza: shift blokujemy zapałką. Znaczy: stale biegamy. Krócej trwa i piraci za nami nie będą nadążać. Zasada druga: nie walczymy. Na początku Grumpa jest słaby i obrywa, więc trzeba sobie z dystrybutora kupować witaminy zdrowia, żeby się podleczyć. A kupuje się je za moniaki zbierane z zabitych piratów. Błędne koło się zamyka.

Świat, to trzy wyspy. Nie będę szczegółowo opisywał mapy, bo wcale nie jest taka skomplikowana. Tylko pod wodą jest jakoś odwrotnie, ale to się da przeżyć. Na lądzie są drogowskazy z bohomazami - da się je zinterpretować. Zaczynamy we wiosce. Zabieramy z chaty miecz i tarczę ojca oraz proszek latania. Użyjemy go potem na ważce, żeby sobie na niej pofruwać - w ten sposób wygodnie przelatuje się nad wodą, w której grozi nam utonięcie. A! Jedna uwaga. Towarzystwem się nie przejmujemy. Są niewiele warci. Przy studni zabieramy butelkę - będzie potrzebna (ona, albo słoik lub garnek, które też się po świecie walają), żeby potem napoić kulawą papugę. We wiosce jest pirat. Kradniemy mu klucz i biegniemy w prawo do bramy, żeby ją otworzyć i wyjść z wioski. Nie wychodzimy po drabince przy użyciu proszku latania! Jest tylko jeden - do ważki się lepiej przydaje.

Zbiegamy na dół. Tam jest trzech piratów - trzeba uważać. Przelatuje meteor i robi drzazgę. Zabieramy ją - zrobimy z niej potem pochodnię. Lecimy w lewo, aż dotrzemy do wodospadu. A! Wcześniej skręcamy w kierunku niedźwiedzia - spadną tam kamienie i odłupie się kawałek w kształcie dziurki od klucza. Będzie potrzebny. Pod wodospadem skaczemy po kamieniach - na końcu, w jaskini są rękawice. Wracamy w prawo, skręcamy do króla małp, żeby podpalić drzazgę. Wracamy, idziemy dalej w prawo, aż dojdziemy do świątyni. Planszę wcześniej przypalamy krzaczory na drodze w górę i otwieramy drzwi na parterze świątyni - dziabnie nas wąż, ale tylko raz. Jak tego nie zrobimy, to potem dziabnie więcej razy. Zatem: lecimy do piramidy, wbiegamy na piętro, przeskakujemy na słup z mieczem, miecz wyciągamy. Leży tam kamur, którym można ubić węża, ale trudno trafić, więc szkoda zachodu. Bez rękawic mocy nie wyciągniemy miecza!

Mając miecz możemy wybrać się na drugą wyspę. Od piramidy na południe, przebiegamy pod wodą (jak mamy butelkę, to słoika śpiącemu piratowi możemy nie zabierać) - to najprostsze przejście pod wodą, bo tylko jedna plansza. Wszystkie inne miejsca są bardziej skomplikowane.

Na wyspie bagiennej biegniemy w lewo, potem w dół i skręcamy w prawo. Koło drzew skręcamy w górę. Jest tam w jaskini pająk na pajęczynie. Włazimy na pajęczynę, jak do nas podejdzie, to uciekamy, obiegamy naokoło i kradniemy ze środka pajęczyny Tarczę Obrony. Uciekamy na zewnątrz. Z tym zestawem zabawek w zasadzie już można młodego zostawić. Tarcza powoduje, że zwykli piraci krzywdy mu już nie zrobią.

Wracamy do góry, lecimy dalej w lewo i w górę. Przy krokodylach skręcamy w lewo - na wyspę pustynną. Skakanie po kamurach z krokodylami odradzam. Łatwo wpaść do wody, a ciężko z niej znaleźć wyjście. Jakoś nie skumałem do końca topologii podwodnego świata. Można tam niby nałapać powietrza w miejscach, gdzie lecą bąbelki, ale i tak trzeba biegać...

Na wyspie pustynnej załatwiamy pyskatego (jest takich trzech, po jednym na każdej z wysp). Z pozostałymi trzeba walczyć, tego można przydusić kamieniem. Podchodzimy, jak się zacznie wymądrzać, to obiegamy kolumny. Gdy podejdzie, potrząsamy kolumną. Zabieramy ze skrzyni nasiono.

Lecimy dalej w lewo. Zamknięty w szkielecie jakiegoś mamuta siedzi ptak. Otwieramy kłódkę kamieniem w kształcie dziurki, ptakowi dajemy wody. Słonia olać. Chyba, że przytaszczyliśmy również słoik z wodą. Za słonia dostaniemy od krabów zwój przywołania, którym możemy sobie przywołać średnio przydatnego golema. Idziemy z ptakiem w górę, do piramidy. Ptak powie sezamie, otwórz się. W środku jest skorpion. Albo biegamy, albo pocieramy kamykiem o ścianę. Nie pamiętam, czy ten kamyk tu też działa - jest jeszcze jeden taki kamień, czerwony, na wysepce na morzu, ale chyba da się bez niego obejść. Wtedy pokopie go prąd i mamy skorupiaka z głowy. Na ołtarzu leży Pas Mocy, za ołtarzem jest skarbiec, skąd można wziąć diament.

Teraz można wrócić na poprzednie wyspy - od piramidy w prawo (przez wodę proponuję na ważce), sprać pozostałych dwóch pyskatych i wziąć z ich kufrów nasiona. Uwaga na dół przy piracie na pierwszej wyspie! Nasiona sadzi się w drzewach (tych koło pająka od tarczy). Owoce zanosimy do czarownicy, która uwarzy nam z nich eliksir reinkarnacji. Idziemy w dół, w prawo do grobowca dziadka, nalewamy, pociągamy za wajchę i dziadek w nas wstępuje. Od tej pory można przestać się przejmować jakimikolwiek przeciwnikami. Umrzeć można jedynie od mrówek, gryzących ryb przy wodospadzie lub od utonięcia.

Grę kończy się na statku piratów. Trzeba zejść na dół (uwaga na zapadające się gretingi), ubijając dwóch oficerów trzymających klucze, wyciągnąć korek (cudny pomysł) i wrócić na górę, żeby załatwić kapitana. Po drodze jest ptaszysko, ale niewarte uwagi.

Od momentu, gdy w Grumpę wstąpi dziadek, można spokojnie młodego zostawić. Nikt mu krzywdy nie zrobi. God Mode Active. O ile się nie utopi, to mamy to z głowy. Niech sobie łazi i wykonuje questy. Trzeba tylko uważać - ekrany ładowania gry i zapisywania są identyczne i ja któregoś dnia zastałem wszystkie sloty zapisane świeżo rozpoczętą grą...

Pozdrawiam wszystkich, których również pokarało tą grą...

Dodaj komentarz | Nie lubię komputerów Uroki ojcostwa |

Zachciało mi się szyfrowania

Wpis na 1. poziomie, wysłany 13 lutego 2007 o 10:20:49

Znalazłem sobie problem. Zachciało mi się zrobić stronę, którą możnaby bezpiecznie przeczytać nawet w kafejce... No, to sprawa prosta: https, żeby się nie odłożyło gdzieś po drodze w jakimś proxy, do tego zawartość kodowana i dekodowana javascriptem przy użyciu hasła podanego przez użytkownika. Jest szansa, że przeglądarka zapisze w swoim cache wersję sprzed dekodowania, a nie tę po... No, to ciach: serwer generuje długaśnego stringa, którego na onLoad dekodujemy i wynik wrzucamy w jakiś obiekt. Na alerta tekst jest za długi...

No, pewnie tak. Tylko niebałdzo. Oczywiście nie ma najmniejszego problemu z utworzeniem stringa, zaheksowaniem go, żeby nie wyłaziły w nim jakieś apostrofy, czy końce linii i odkręceniem tej operacji po drugiej stronie. Nie ma też żadnego kłopotu z umieszczeniem tego w obiekcie docelowym. Nie ma też problemów z dostępnością gotowych bibliotek kodujących. Wylosowałem sobie blowfisha. Tyle tylko, że... Tu pojawiają się schody. Serwer, to cgi w TCL-u. Dlaczego? BO TAK! Pominę to, że w PLD jest tcllib 1.6.1, w którym blowfisha jeszcze nie ma - poprawiłem sobie speca i zbudowałem na 1.9. Zdaje się nawet, że po aktualizacji nic nie wybuchło i wszystko nadal chodzi. To drobiazg, chwilę zajęło. Kłopot w czym innym. Blowfish w TCL-u generuje inne wyniki, niż ten w javascripcie. I mogę sobie zakodować, mogę odkodować, tylko nic z tego, co się wyświetli, nie rozumiem...

Oczywiście, co biblioteka, to inne wyniki kodowania. Tym samym hasłem. Jak komuś pacnę...

9 komentarzy | Nie lubię komputerów |

Szlifowanie Sieci, cd.

Wpis na 1. poziomie, wysłany 29 grudnia 2006 o 16:08:39

Po ucywilizowaniu wyglądu jogga Koniczynka, postanowiłem w końcu przestać używać głównie Ctrl-+ w przeglądarce i wymusić takie rozmiary czcionek na wszelkiego rodzaju internetowych gazetach, z których korzystam, na niewymagające posiadania przy sobie lupy, gdy się siedzi przy ekranie pracującym z większą, niż 320x200 rozdzielczością. Niby klapnięcie dwa razy Ctrl-+, to żaden problem, ale wtedy zwiększa się wszystko i treść główna często robi się za wąska albo wręcz ucieka na dół i trzeba jej szukać. Wiem, maruda jestem, ale nie mogę zrozumieć, dlaczego normą (normą w sensie popularności w rozkładzie prawdopodobieństwa, nie w sensie oceny sensowności) jest stosowanie czcionki 10 lub 12px. Jak jeszcze do kompletu wrzucone jest to w box o rozmiarze kilkuset znaków, to przecież czytać się tego nie da! Szyja boli od kręcenia głową, a po każdej linijce trzeba szukać początku kolejnej... Czy szanowne portale i inne takie nie mogłyby zatrudnić sobie jednego typografa, żeby się wypowiedział i doradził? Toć reguły dotyczące składu tekstu zostały już dość sensownie wypracowane od czasu, gdy imć Gutenberg swego wynalazku pierwszy raz użył. Tu naprawdę niewiele się zmieniło, gdy pojawił się komputer...

Tak więc swoje ulubione poprawki pozapisywałem w stylu do Stylisha. Powoli dopisuję tam regułki od kolejnych sajtów, na które zdarza mi się zaglądać i czyta mi się je coraz przyjemniej.

Z innej beczki. Wcześniej robiłem to Gryźmańką, ale Stylish w większości przypadków bardziej do tego bardziej pasuje. Ukrywanie forum pod artykułami na onetach i innych takich wp. Nigdy nie ma tam niczego mądrego, można najwyżej kilka szarych komórek stracić od czytania tych głupot, a niepotrzebnie miejsce zajmują. "Display: none;" i po sprawie. Choć portale utrudniają, jak potrafią. Wszystko w tabelkach, brak klas i id... Ma ktoś pomysł, jaki selektor dobrze zadziała dla artykułów na trojmiasto.pl? Ten z wp jest okrutny, wiem. Tu wyjdzie jeszcze gorszy...

Jak się nie da, to trzeba będzie Gryźmańką prześledzić treść i na jej podstawie znaleźć obiekty. Ale to jakieś takie niesportowe by było...

EDIT: W ramach unikania pracy znalazłem rozwiązanie dla trojmiasta. Jak tylko userstyles.org ruszy, to zaktualizuję. Selektor jest stosunkowo prosty:

@-moz-document domain("trojmiasto.pl") {
   /* festiwal okrutnych selektorów trwa */
   table table[align=center][border="0"][width="98%"]{
       display: none;
   }
}

1 komentarz | Nie lubię komputerów |

Szlifowanie sieci

Wpis na 1. poziomie, wysłany 20 grudnia 2006 o 14:16:52

W ramach odprężenia po liczeniu podatków, postanowiłem w końcu spionizować układ joggera Koniczynka. Czytam Web spacją i ciężkiej cholery dostaję, jak coś mi wystaje za margines. Walnąłem dwa razy młotkiem i już daje się czytać. Poprawki zapisałem jako styl dla Stylisha. Wystarczy zainstalować go i kazać mu wyszukać arkusze dla tej domeny - umieściłem go w jego repozytorium.

Jakby ktoś mnie mógł oświecić, dlaczego niektóre poprawki działają opornie, to byłbym wdzięczny. Jakby były jakieś inne, które je przykrywają. Róźnicę widać, gdy po załadowaniu strony, wyłączy się Stylishowi tę poprawkę i włączy ponownie.

EDIT: Dobra, już wiem. DOM Inspector mi wyjaśnił. Style Stylisha są wpychane gdzieś ,,w środek'', a nie dodawane na końcu, więc czasem bywa, że są przykrywane innymi regułkami. Dopisałem w istotnych miejscach !important i już działa porządnie.

3 komentarze | Nie lubię komputerów |

Tepsa szmepsa, wirusy świrusy...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 29 listopada 2006 o 14:14:28

Dostałem z tepsy list. Taki na papierze. Napisali, że z powodu wirusów na świecie, to mi fajerłolują z zewnątrz dostęp do windzianych portów, żeby mnie chronić. No bomba! Tylko że ja nie chcę. Nie chcę, żeby mi robili dobrze, bo mi się włos głowie jeży, jak oni w ogóle cokolwiek robią. Wystarczy mi, że peer mojego modemu regularnie zwisa - pomaga tylko restart modemu. Oczywiście, hasła do niego nie dali, żebym sobie mógł to programowo robić, bo pewnie nie mogliby kasować za definiowanie NAT-a i firewalla na nim. Ale to nic - podłączyłem sterowany z LPT przedłużacz i tyle. Nie ma Sieci? No, to heblem modem i już jest...

W liście napisali, że mogę sobie wyłączyć. No, pewnie mogę. Tyle, że nie da się do panelu konfiguracyjnego dostać. Pół roku wisi, że prawie się timeoutuje, a potem pojawia się strona, że mam kliknąć w link, żeby przejść do panelu. I link z kolejnym adresem IP. Tam to samo. Round-robina se zrobili, żeby ich pokręciło. Znowu trzeba będzie do nich dzwonić...

Dobre tyle, że przy okazji przypadkiem zauważyłem, że zwiększyli ilość wolnej przestrzeni, działa PHP (a nie działało - w dokumentacji nadal jest, że nie ma) i można bazę sobie u nich utworzyć. Na razie tylko MySQL-a, ale Postgres też chyba jest w ofercie, bo w menu jest. To cache do obrazków sobie u nich zrobię w końcu...

8 komentarzy | Nie lubię komputerów |

Error 999

Wpis na 1. poziomie, wysłany 20 października 2006 o 21:10:01

Ponieważ chyba jednak nigdy nie zrobię sobie nic na styl roaming profile, a przynajmniej od 10 lat tego nie zrobiłem, to w końcu postanowiłem zacząć używać delicji. Konto sobie tam dawno temu założyłem - nawet hasła do niego nie znam. Pewnie w jakimś pojaranym przypływie security wymyśliłem coś dziwnego, bo nijak nie mogę go sobie przypomnieć. Wysyłka hasła mailem nic nie da, bo wszystkie takie konta zakładam z portalowych kont jednorazowego użytku (spam@mailinator.com rzadko się nadaje, bo większość takich sajtów śle html-e i z takiej aktywacji nici). Musiałem nowe założyć.

No i trzeci tydzień wprowadzam wieloletnie pokłady bookmarków. A ten mi co jakiś czas, że mu wyglądam na zepsuty browser i że dziś już ze mną gadał nie będzie. Nic to, przynajmniej wiem, kiedy sobie przerwę zrobić...

2 komentarze | Nie lubię komputerów Ogólne |

Sieciowe potyczki

Wpis na 1. poziomie, wysłany 25 września 2006 o 14:44:37

Wetknąłem znowu drugą kartę sieciową - wygrzebałem 3comkę. Nie zwisa. No i pięknie!

W międzyczasie padł jabber.org - chłopaki coś tam mieszali z daemonem jabbera i się waliło regularnie. Zresztą nic to nowego. W końcu więc postanowiłem się przeprowadzić na własną maszynę. Bo jak ona nie działa, to i tak nie mam Internetu, więc po co mi konto jabbera? Serwer i konto sobie tam założyłem dawno temu, ale służyło mi wyłącznie do testowania różnych rzeczy. Jedynym problemem było przeniesienie rostera...

Samo przeniesienie rostera, to żaden kłopot. W Tkabberze wystarczy wyeksportować roster z jednego konta, przeedytować (%s/transport.jeden-serwer/transport.drugi-serwer/g) i zaimportować na drugim. Potem tylko ponowić subskrypcje kliknięciem ,,poproś ponownie od wszystkich w grupie'' i załatwione. Grupę się szybko tworzy regekspem .*.

Nie miałem w domu aktualnego backupu rostera z jabber.org, więc postanowiłem się tam zalogować. Warto by też stamtąd newsy powyrywać, żeby nie przyłaziły itp. A tu nic... No, co jest? Nadal nie działa? Na stronie WWW napisane, że chodzi. 8 tysięcy kont zalogowanych. No, trudno, może potem. Ale sprawdzimy z innego konta. To samo... No, co jest? Przypomniałem sobie, że od czasu wetknięcia drugiej karty za nic nie mogłem dopchać się po https do firmy. Pewnie czegoś w skryptach od firewalla nie poprawiłem. To zacząłem uważnie czytać wszystkie regułki. Traffic shaping nawet przejrzałem. No, jest ok - tak jak miało być. Spojrzałem w konsolę XML - kilka stanz przelatuje, potem umiera. Co jest? Tepsa znowu zmniejszyła u siebie MRU i gubi większe pakiety? Zmniejszyłem MTU na 1000. Nie pomogło...

Dla sprawdzenia uruchomiłem cjc na routerze. Zalogował się do jabber.org w kilka sekund. Czyli problem tkwi gdzieś w routingu u mnie... Ale wszystko jest ok! Połączenia się zestawiają, ip_conntrack wyraźnie je listuje, ssh na świat działa... Tylko jabber i to jedno https nie chodzi (a do mBanku tak!). Szlag by to...

Wszystko zaczęło się, zdaje sie, od momentu włożenia drugiej karty... Ale przecież wszystko chodzi! A może... by je zamienić miejscami? Zmieniłem kolejność ładowania modułów, żeby mi się eth0 z eth1 zamieniły, przepiąłem kable, zrestartowałem... Wszystko działa. Wspominałem może kiedyś, że nie lubię komputerów?

No, to wracamy do przenosin rostera. Backup, korekta kontaktów transportowych, wczytanie na nowym i teraz warto by tylko powiadomić ludzi, że to ja i żeby mnie na drzewo nie wysłali, jak przylezie żebranie o autoryzację z nowego konta.

No, to hurtem: ciach! utworzyłem regekspem .* grupę z wszystkimi kontaktami, wylogowałem transport gg, żeby tam nie poszło i zacząłem pisać wiadomość. Napisałem, wysłałem i... dopiero zauważyłem, że w międzyczasie minęła pełna godzina i automat od głupich opisów włączył mi znowu transport gg...

No i trzeci dzień cierpliwie wyjaśniam biednym gadugadom, że bynajmniej nie chodziło mi o adres e-mail...

2 komentarze | Nie lubię komputerów |

Serwerowo na Compaqowo

Wpis na 1. poziomie, wysłany 12 września 2006 o 09:51:35

Dostał mi się compaqowski serwer. Używany, nie pierwszej młodości, ale sprawny i żwawy. 2 procesory, sprzętowy RAID na SCSI... no, mniamuśny. Dokupiłem taczkę dysków, kieszenie do hot-swapów i zwlokłem go do domu.

PLD rescue grzecznie się wystartowało, więc nie zastanawiając się wiele zainstalowałem system przy użyciu mojego drugiego po dd ulubionego instalatora, czyli tara (znaczy: ssh eden tar c /wybrane-katalogi | tar x -C /;lilo i tyle). Skopiowałem żywcem wszystko ze starego komputera i gotowe.

Wymieniłem jądro na smp - chodzi pięknie. No, to na strych dziada, bo można przy nim ogłuchnąć. Zabierałem się do wyniesienia szumidła od dawna, ale kabli nie chciało mi się ciągnąć. Peceta daje się znieść, ale tego, z dwoma zasilaczami i dwoma potężnymi wiatrakami do procków, już nie - huczy jak odrzutowiec. Po wyjęciu z obudowy wszystkiego, co się dało bez większego rozkręcania jakoś go wtargałem. Zmontowałem z powrotem, odpaliłem. Dyski, oczywiście przetasowałem, a jak! Nie omieszkał się na to wyżalić, ale sobie poradził. Więc mu je ułożyłem w poprzednim porządku, żeby mógł poradzić sobie jeszcze raz...

Chodził, więc zająłem się codziennymi sprawami.

W losowych momentach zwisy. Na sztywno. Zero informacji. Ani w logu, ani na ekranie. Po godzinie, dwóch - raz całą noc przekręcił na spokojnie... Żadnych oskarżeń. No, żeby cię, dziadu! Po kolei próbowałem eliminować podejrzanych. Wyrwałem dodatkowy sterownik SCSI - i tak nic do niego nie było podpięte, przynajmniej startuje się szybciej, bo nie szuka urządzeń... Compaq twierdzi, że ich e100 jest lepszy. Ściągnąłem, skompilowałem. Nic. Może na 2.4 pójdzie? Nie pójdzie - inicjacja cciss umiera. To podobno norma, więc ściągnąłem sterownik od nich. Skompilowałem najpierw pod 2.6. Oczywiście nie chciał się dać tak od razu skompilować, bo błędy składni. No, to metodą dummy-programmer wyciąłem linię, która się nie kompilowała. To była tylko deklaracja parametrów, których i tak modułowi nie podawałem. Wystartował. Nie pomogło - stanął po godzinie. Zacząłem walczyć z kompilacją wersji od 2.4...

Tknęło mnie... Naużerałem się już z compaqami. Lapka też takiego miałem. Oni nie potrafią zrobić czegoś według ogólnie przyjętych standardów, wszystko musi być po ichniemu. I wara wtykać w środek coś, czego wcześniej sami nie sprawdzili albo nie przerobili! Wyjąłem dodatkową sieciówkę. Chodzi od 22 godzin, w trupa kompilując jądro z -j10 -l10, oprócz tego, co normalnie ma do roboty. Muszę przyznać, że load 10 jest praktycznie niezauważalny - na pececie oznaczałby już pracę wsadową (dziś piszę polecenie, jutro widzę, co napisałem, pojutrze wynik). Skurczybyk uruchomił przeciwciała po wykryciu obcego sprzętu wetkniętego w PCI. Wredne rasowe bydlę...

Jądro już się chyba wystarczająco dokładnie skompilowało, przerywam...

4 komentarze | Nie lubię komputerów |

Jabberem po Zatoce

Wpis na 1. poziomie, wysłany 01 lipca 2006 o 19:12:41

Dwa tygodnie spania po mniej więcej 4 godziny na dobę w dwóch-trzech ratach (parę razy po prostu z czołem obok klawiatury) i jest. Można popłynąć. Od dziś rana. Na razie w trójkąciku Gdynia-Hel-Jastarnia, ale może inne trasy też powstaną. To akurat nie mój problem.

Użyte narzędzia, to Linux jako platforma operacyjna, PostgreSQL jako baza danych, oparte na Iris własnej roboty Jabber-RPC (JEP-0009) jako metoda transmisji i Qt jako interfejs. Wszystkim zarządza pracujący w centrali koordynator (bot) pilnujący, by punkty sprzedaży sprzedały tylko tyle biletów, ile jest miejsc w danym statku. Punkty sprzedaży podłączone do Internetu w dowolny sposób (gdy nie ma kabli, to GPRS), do centrali wpięte przez OpenVPN. Serwer jabbera za firewallem, oczywiście, dostępny wyłącznie z wnętrza. W przypadku braku łączności bezpośredniej można pogadać z koordynatorem telefonicznie za pośrednictwem innej placówki (TCP-over-Tamtams) lub kogoś w centrali, kto ma zwykłego jabberowego klienta. Ale w praktyce nie ma potrzeby, bo mechanizm przydzielania limitów z wyprzedzeniem pozwala na spokojną pracę nawet gdy łącze regularnie pada co pięć minut na kolejnych piętnaście.

Najważniejszą funkcją programu klienckiego jest, poza tak nieistotną sprawą, jak sprzedaż biletów, chat. Skoro Jabber, skoro sprzęgnięty z programem sprzedażowym bot jest zalogowany do serwera, skoro jakoś trzeba czasem rozsyłac informacje typu Kto, do jasnej cholery trzyma te dwa ostatnie bilety na 15? Ludzie mi tu płaczą, że do domu nie mają jak wrócić!, to dlaczego nie dać im możliwości rozmowy? Najmniej pracochłonna część roboty, a jaka radość wśród użytkowników! I jaka żałość niezmierna, gdy drugiego dnia testów pracowali już na docelowym serwerze Jabbera, a nie było na nim jeszcze MUC-a! No, tragedia, po prostu, programu używać się nie da...

Nie mają obsługi rostera (tego by jeszcze brakowało, żeby tam mieszali), nie mają możliwości adresowania wypowiedzi (poza specjalnym wywołaniem komendy dla koordynatora), piszą tylko w konferencji - w jednym pokoju, do którego ich bot automatycznie się loguje. Ale odbierają wszystko. I, jak na razie, nie czują potrzeby niczego więcej. Zwłaszcza, że tego MUC-a nie odpalili tam chyba do tej pory...

Zostało jeszcze parę drobiazgów do dorobienia, trochę szlifów, żeby wszystko było, jak trzeba i jeszcze pewnie kilka raportów (dzięki, Wass, za to menu w IE, niech go piekło pochłonie), ale można stwierdzić, że działa. 13 statków dziś odeszło, ostatni pójdzie o 20. Już ma komplet, ale zostało kilka miejsc na rowery, więc jak ktoś się dobrze przebierze, to może się dostanie na pokład. I żeby nie było: to nie jest element kampanii przeciwko homofobii!

JRPC będzie na LGPL-u. Jak Justin wyrazi chęć, to mu to przekażę. Jak nie, to wystawię gdzieś u siebie i będzie publicznie dostępne, w razie gdyby ktoś potrzebował. Wymaga tylko paru oczyszczeń ze śmieci, jakichś egzampli i dodania obsługi pozostałych typów. Potrzebowałem tylko integerów, datetime i base64, więc cała reszta jest chwilowo obsługiwana na zasadzie switch(){default: throw "pocałuj mnie serdecznie";}, ale to już drobiazgi.

A na mnie czas. Młody inżyniera wczoraj dostał, to stawia...

Dodaj komentarz | Nie lubię komputerów Ogólne |

Transmisja na żywo

Wpis na 1. poziomie, wysłany 11 czerwca 2006 o 15:16:06

Grałem w ttyquake, oglądałem na tekstowym terminalu film przy użyciu mplayera i aalib. Twardy jestem. Ale transmisja na żywo mnie zabiła. Idę odetchnąć świeżym powietrzem, bo się uduszę...

Transmisja jest tu: telnet ascii-wm.net 2006.

Dodaj komentarz | Nie lubię komputerów Ogólne |

Z pedałami w lesie

Wpis na 1. poziomie, wysłany 27 maja 2006 o 23:02:42

Młody poszedł jakiś czas temu do przedszkola. No, tragedia okropna - zsyłka, wygnanie, nikt go nie kocha i koniec świata naraz. Ale to przejdzie, już zaczyna podobno rozrabiać. Szczerze im tam współczuję. Jaka cisza w domu! Do przedszkola kawał drogi, więc gdy ja zabieram samochód, musi bidulek sam dreptać. Justyna radziła sobie spacerówką, ale umyśliła, że kupimy fotelik rowerowy i będzie go wozić...

Fotelik kupiliśmy, od razu też kask. Młody zafascynowany taki, że w kasku poszedł spać. Tyle, że jak wyciągnąłem z garażu Justyny rower, to ta powiedziała, że na nim, to ja sobie mogę sam jeździć. No, trochę pordzewiał. Fakt.

No i musiałem do kompletu kupić rower. Że niby dla mnie - ten zaległy urodzinowy, co dwa, czy trzy lata temu miałem sobie kupić. Pół dnia wczoraj spędziliśmy na wędrówkach po sklepach. Żaden rasowy mnie nie interesował - za mało będę jeździł, żebym był skłonny wydać większe pieniądze, znowu ścigać się po szosach z samochodami już nie mam zamiaru - teraz jeżdżą odrobinę za szybko, więc padło, że jakiś taki trekingowy wynalazek jest najprzydatniejszy. Takie coś, co prawda, po chodniku, czy jezdni, niepotrzebnie zwija za sobą asfalt, ale przynajmniej nie grzęźnie w piasku. Na wycieczki, by trochę fotek postrzelać, jak znalazł. Samochodem mi głupio, poza tym ciężko się nim czasem wepchnąć (już tydzień temu jechałem na wstecznym półtora kilometra) i nie chce się wysiadać co 100 metrów. Kupiłem makrokesza w Geancie. Jak do śniegów nie dotrzyma, to przynajmniej zimą nie zardzewieje...

Jak na złość, Młody chory, więc z domu nie wychodzi. Musiałem go po domu wozić w tym foteliku...

Dziś do roboty zmusić się nie mogłem, to postanowiłem wybrać się na wycieczkę. Jutro jadę, to chociaż zainaugurować sezon muszę... Wziąłem psa, bo grubas okropny, trochę ruchu mu się przyda, aparat na plecy i pojechałem w górę, do lasu...

Pies po pierwszych dwustu metrach zaczął co kolejnych 15 stawać i patrzeć na mnie z miną po*ło Cię kompletnie, czy co?, więc po chwili zrobiłem krótki przystanek, żeby odpoczął i motywacji nabrał. Pomogło, odtąd tylko ciężko sapał.

Chciałem z góry zjechać nad jezioro przez las, ale chaszcze tam takie, że musiałem wracać pod górę do drogi. Pies, kompletnie zrezygnowany, cieszył się, że przynajmniej tempo mocno spadło. Tego, że nałoży drogi, nie brał pod uwagę.

Nad jeziorem psina, jak zobaczyła wodę, to zapomniała o zmęczeniu. Chciałem wcześniej objechać jezioro, ale pies po lesie wciry dostał niezłe, byłem dopiero w 1/3 drogi do końca jeziora, a czasu na pstrykaniu czego popadnie już trochę minęło, więc pora była wracać.

Rower działa. Nawet wszystkie biegi wchodzą, tarczy w hamulcu przednim nie udało mi się złamać, choć na sucho wyglądała, jakby miała przeżyć ćwierć pierwszego hamowania. Co prawda, muszę się oduczyć, że gdy rower staje w miękkim podłożu, to nie ratuje się sytuacji stawaniem na pedałach (zostało mi po szosówce), bo na dużym przełożeniu zdjęcie docisku na tylne koło skutkuje jedynie zaoraniem gleby i wysiadką, ale to nieistotny szczegół. Ale na co komu ten milion biegów, to dalej nie wiem. Na szosie zawsze używałem trzech: praktycznie stale najszybszego, średniego, gdy byłem zmęczony i najwolniejszego, gdy się już inaczej nie dało. Do jazdy po lesie trzeba jeszcze ze trzech (tych z dużymi przełożeniami, oczywiście) i starczy. Po co komu przełożenia różniące się kilkoma zębami? Teraz ludziom nogi kręcą się stale w tym samym tempie i tylko biegami da się prędkość regulować, czy jak?

Spróbowałem ponownie ściągnąć pliki przez gphoto. Poprzednio raz mi się udało, gdy karta była sformatowana na Nikonie. Po sformatowaniu na 30-tce gphoto uparcie twierdził, że plików żadnych nie ma i ściągał nie będzie. No, to upgrade libgphoto, gphoto i wszystkich okolic... Nie pomogło, musiałem na sąsiednim komputerze spod windowsów ściągać. Dopiero potem zauważyłem, że nie zrobiłem upgradu, tylko jakoś zainstalowałem obok nowe wersje bibliotek. I gphoto używał starej libgphoto2... Tia... Jakie to proste. Wystarczyło, (jakie to oczywiste, prawda?) dodać jeszcze wymuszenie innego typu aparatu i działa! Jakby ktoś potrzebował, to z EOS 30D ściąga się, na przykład, tak:

gphoto2 --camera="Canon EOS 300D (PTP mode)" -R -P -f /

Pies leży i tylko ciężko patrzy...

2 komentarze | Nie lubię komputerów Uroki ojcostwa Wiatr we włosach |

Eksmisja z getta?

Wpis na 1. poziomie, wysłany 16 maja 2006 o 20:50:45

Długo się nosiłem z tym zamiarem, a widzę, że GG zamierza samo mi pomóc. Poczekamy, zobaczymy. Ja, w każdym razie, po tym numerze za bardzo płakał nie będę. Na ponad setkę kontaktów raptem kilka gadugadowych. Jednego, może dwóch byłoby naprawdę żal... Z ICQ znajomych mam dwóch, a obu dostępnych również przez Jabbera. Może by i tego chwasta wyrwać? Sam spim stamtąd tylko lezie...

W końcu nie musiałbym się bawić w ręczne włączanie lub blokowanie transportów na kontach, żeby się zalogować na więcej, niż jedno. Zobaczymy.

I takie pytanie mi się po głowie kołacze... GG strzela sobie w plecy, czy nie? Zrywanie kompatybilności w pierwszej fazie zawsze skutkuje (zwłaszcza, że mają dość silną pozycję), ale potem kopie silnie... Poczekajmy ze dwa lata. Myślę, że strzela. Samo. Z łuku. Godne podziwu. Zdaje się, że czas promować Hapi i GoogleTalka, bardziej oświeconym pokazując Psi...

Jeżeli wszedłeś tu z linka w moim statusie na GG, to zainteresuje Cię może, czym jest Jabber i jakiego klienta sobie wybrać? Jeżeli nie, to... nie przejmuj się, na pewno komuś będzie się chciało ogłupiać kolejne zabezpieczenia, jakie GG będzie próbowało wprowadzać, aby uniemożliwić pracę transportu GG. Kilku płatnych wyrobników nic nie zdziała przeciwko setkom zapaleńców - nierzadko znacznie lepszych.

3 komentarze | Nie lubię komputerów Warstwa ..., warstwa piasku |

Privacy lists...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 15 marca 2006 o 23:44:37

Polazłem od komputera na godzinę, wracam, a tu kilkadziesiąt requestów o subskrypcję i kilka otwartych rozmów. Wszystkie z transportu ICQ. Jakiś Rusek zaczął spimować. Numerki rosły, więc pewnie w miarę, jak go wypierniczano z kont, zakładał kolejne i jechał dalej po wszystkich. Niby nic, ale jak się pracuje na programie uruchomionym 400 kilometrów dalej, to tempo wyskakiwania okienek odrobinę irytuje... No, trudno, mordy Ci nie obiję, to chociaż knebel założę...

<iq id='113'
        type='set'
        xml:lang='pl-PL'>
  <query xmlns='jabber:iq:privacy'>
    <list name='icq spim'>
      <item action='allow'
        order='0'
        type='subscription'
        value='both'/>
      <item action='allow'
        order='1'
        type='subscription'
        value='from'/>
      <item action='deny'
        order='2'
        type='jid'
        value='icq.jabber.wp.pl'/>
    </list>
  </query>
</iq>

Hasta la vista, baby! Eat shit and die...

Ech, czasem mam ochotę utworzyć sieć zombie, żeby robić naloty na takich...

2 komentarze | Nie lubię komputerów Warstwa ..., warstwa piasku |

Patentowe idiotyzmy

Wpis na 1. poziomie, wysłany 24 lutego 2006 o 09:40:20

Jogger ruszył, to można to popchnąć jeszcze raz..

W pięknym kraju głupich ludzi ktoś opatentował Ajaksa i inne podobne mechanizmy. Wszystkie hurtem, a co się będzie ograniczał! Matołki w urzędzie patentowym przyklepały numerek i wszystko już będzie przepięknie. Myślałem, że od czasu, jak komuś się kilka lat temu udało w Kanadzie opatentować koło, to już nic mnie nie zdziwi w tej dziedzinie, ale łatwość, z jaką tam się wciska urzędasom, że coś jest unikalne i nie jest oczywiste dla każdego, kto potrafi sobie sam buty zawiązać, mnie przeraża... Toć w czym takie zdalne uruchamianie środowiska budującego aplikację różni się od lokalnego jego uruchomienia? Dla windziarza, który wszystko musi zrobić myszką, to może i to nowość jest, ale co za różnica, czy make odpalisz z terminala, czy też uruchomi go jakiś skrypt inicjowany przez demona jakiejś usługi? Przypomina mi się, jak gdzieś w okolicach 97 sprzedaliśmy usługę pewnej firmie. Przechodzili z jednego systemu na inny i trzeba było wykonać konwersję danych. Dane były w tekstowym dumpie i trzeba było go przerobić tak, żeby nowa baza umiała sobie wciągnąć. Perlowy skrypt na półtora ekranu wystarczył. Konwersja miała odbyć się w sobotę rano. Umówiliśmy sie z ich adminem na wysyłkę mailem o specjalnym tytule, z załącznikiem...

Nikt nie chciał przyleźć w sobotę rano do pracy, więc całą robotę zrobił skrypt odpalany z procmaila. Wyciągał załącznik, rozpakowywał, odpalał na plikach, jakie dostał, skrypcika konwertującego, wyniki pakował i wysyłał z powrotem. Najważniejszym elementem tego skryptu było sleep 300, żeby za szybko się nie odesłało z powrotem. Dodawało się do tego opóźnienie wynikające z tego, że firma ta miała wyjście na świat poprzez VPN do macierzystej firmy i w efekcie mail szedł przez Stany. Goście byli zachwyceni, że w 10 minut mają z powrotem przekonwertowane dane. Czy jak te dane też były różnorodne, operacja była odpalana zdalnie i wywołujący dostawał je spakowane i gotowe do uruchomienia, to kwalifikuje się to jako prior art? W końcu co za różnica, czy plik zawiera program, który wykonuje procesor, czy tekst, który steruje zachowaniem importera danych? Bo końcu taki P-code, to dane, czy program? Wiem, jestem złośliwy, ale jakoś nie widzę nic szczególnie odkrywczego w takiej usłudze.

Ale ja nie o tym chciałem... Skoro tam jest tak łatwo byle głupotę opatentować, to może by opatentować coś, za co wszyscy musieliby płacić? Co? No, oczywiste – uprawianie seksu. Każdy będzie od razu podejrzany. Będą się wywijać jak piskorze, ale co się złapie, to się złapie. Nie ma sensu próbować zaglądać ludziom pod kołdry. Lepiej się zająć przypadkami oczywistymi. Masz dziecko? Płacisz! Nie twoje? Aaaa, to zrobimy profil DNA i porównamy. Za badanie i tak zapłacisz...

Działać trzeba szybko i na jak największą skalę, bo pewnie szybko ten patent obalą. Trzeba by go tylko zredagować tak, żeby brzmiał jak coś zupełnie innego. Musi to być coś w stylu mechanizm automatycznej reprodukcji sterowany kombinatorycznie sumą pozbiorów kodów osobników inicjalnych. Trzeba jakiegoś biologa zapytać, żeby to mądrze ujął. Przetłumaczy się babelfishem z angielskiego na niemiecki, potem na francuski i z powrotem na angielski i będzie brzmiało doskonale. Żeby gamonie w amerykańskim urzędzie i nie zajarzyły, co to...

3 komentarze | Nie lubię komputerów Warstwa ..., warstwa piasku |

Mina z opóźnionym zapłonem

Wpis na 1. poziomie, wysłany 02 lutego 2006 o 02:43:33

Od dobrych trzech tygodni szukałem, dlaczego się sypie. Z przerwami, oczywiście, bo jak działało, to były istotniejsze problemy. Z przedziwnych przyczyn SIG11, a gdb stale, że ,,source file is newer than executable''...

Kompilowałem w tę i we w tę, dodawałem jakieś warunki, żeby uchronić przed segfaultami. Nic nie pomagało. W końcu mnie tknęło. Zajrzałem nie w kod, tylko w makefile...

Z CVS wynika, że tydzień temu pułapka miała czwarte urodziny. Z jakichś trudnych teraz do ustalenia przyczyn wymusiłem linkowanie plików z podkatalogów. Późniejsze zmiany umieściły je w osobnych bibliotekach. I w efekcie były w dwóch kopiach... Jak to dotąd działało, to sam nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć.

2 komentarze | Nie lubię komputerów |

Prąd, ATX i oporny komputer

Wpis na 1. poziomie, wysłany 07 stycznia 2006 o 12:06:58

Mignęło prądem. Modem odpowiada, router nie... Justyna go heblem potraktowała, ale dotąd nie podniósł się. Coś mi się widzi, że czeka mnie trudne zadanie przekonania żony do przełączenia monitora i klawiatury i próba uruchomienia go przy jej pomocy. Chyba pierwsze, co zrobię po powrocie, to startowanie systemu z uruchomieniowej read-only partycji z jakiegoś flasha, gdzie będzie pełna konfiguracja sieci z otwartym ssh, a dopiero potem przełączanie na właściwy filesystem. Tak, żeby dało się tam połączyć nawet, jak dysk zdechnie... A! I zlutuję na krótko ten cholerny ateiksowy zasilacz.

Dodaj komentarz | Nie lubię komputerów |

On-line

Wpis na 1. poziomie, wysłany 26 listopada 2005 o 01:03:46

No, to działa i telefon i trafic shaping... Wszystko przywrócone do poprzedniego stanu, tylko limity 10 razy wyższe. Miło. Ale ile mi krwi napsuła karta, która udawała, że działa, to jej. Bo co zrobić takiej, która się pięknie systemowi przedstawia, konfiguruje, na hubie mruga lampkami, ale nic nie widzi? Nic, wykopałem w szafie inną.

A w telefonie na dole Obcy nadają...

Dysk tydzień się badblockował. Działa, świnia jedna...

2 komentarze | Nie lubię komputerów |

Boje z DSL-em

Wpis na 1. poziomie, wysłany 25 listopada 2005 o 12:59:33

Nękanie telefonami biednego marketoida z tepsy w końcu zaoowocowało przyciśnięciem technicznych (dostałem nawet numer do jednego). Mieli do końca tygodnia się odezwać. Dziś wstałem z silnym postanowieniem, że najpóźniej o 14 do gościa dzwonię. A tu o 8:30 telefon. Bez identyfikacji. Odbieram i słyszę: dzień dobry, telekomunikacja polska, mamy zlecenie na instalację DSL-a. Przyjechali, podłączyliśmy, działa. Niesamowite, niech mnie ktoś uszczypnie!

Ciekawe teraz, jak będzie wyglądała faktura. Za SDI nie dostałem faktury ani za październik, ani za listopad. Zasadniczo, to nie bardzo chyba mogli ją wystawić, bo umowa była na czas określony, a kończyła się jakoś tak w październiku właśnie... E, nieistotne. Burdel to oni tam mają, ale o swoje się na pewno upomną. Najważniejsze, że wymendziłem, że DSL-a mam za cenę SDI i bez opłat instalacyjnych.

13 komentarzy | Nie lubię komputerów |

Mówiłem, że nie lubię komputerów?

Wpis na 1. poziomie, wysłany 18 listopada 2005 o 21:55:49

A dysk ewidentnie chce w mordę. Czy co tam ma zamiast niej... Chciałem dziś pójść z nim do reklamacji, więc wczoraj wieczorem puściłem badblocks w trybie niszczącym dane, żeby je zamazać. Rano włączam monitor, patrzę i... 0 błędów! No, co za gnida! W trybie nieniszczącym zgłaszał 36 badblocków. A przy próbie zapisu przeniósł sobie, świnia niedorotowana jedna, gdzieś na rezerwowe tracki. No i jak ja teraz mam w serwisie powiedzieć, że on ma błędy? A świstak siedzi i zawija, tak? Co mam teraz robić? Formatować w trupa i pukać mu, żeby głowice porysowały go tak, żeby zabrakło rezerwowych, czy wierzyć, że będzie działał? Nie lubię komputerów...

11 komentarzy | Nie lubię komputerów |

Mastering necromancy...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 15 listopada 2005 o 20:29:40

No, wygląda na to, że wszystko ocalało. System przedydany. Działa. Stary dysk się badblockuje...

Ale żeby nie było zbyt fajnie, to handlowcowi z drugiego końca kraju padł dysk w laptopie. A właśnie zamierzałem wprowadzić ostrą regułę robienia dumpów bazy co tydzień i zgrywania ich przy każdej wizycie w centrali. Był szybszy, skurczybyk. Wystarczyłoby wgrać system (dump jest), ostatni backup i zrobić replikację, a tak, to teraz siedzę i przygotowuję inicjalną bazę dla niego. Do rana pewnie skończę...

A cjc jest fajny, tak na dobrą sprawę. Jakby pobindować mu trochę klawiszy, to byłby nawet bardzo wygodny...

4 komentarze | Nie lubię komputerów |

Jak ja nie lubię komputerów!

Wpis na 1. poziomie, wysłany 14 listopada 2005 o 22:39:58

Szlag by to... Dzwoni dziś do mnie Justyna i mówi, że system uznał, że należy sprawdzić filesystemy (jakoś zawsze na nią to trafia, nie na mnie) i w trakcie sprawdzania się wywnętrznił, że ma z nimi problemy... Oczywiście hasło roota i inne takie.

Przyjechałem do domu. Patrzę, a ten mi tu io timeoutami wygraża... Oż, ty w głowice chędożony! Ty na zerowej ścieżce niedoparkowany niedotwardku! Takiś!? To ja się tu przeprowadziłem z tego cholernego notebooka, tak cię chwaliłem, że mi tu wygodnie, a ty mi tak!?

Na szczęście, jak na razie, wszystkie pliki się czytają. Jutro więc będę robił kolejną instalację metodą dd+tar (the fastest installing tools in the world), może obejdzie się bez dociągania pakietów z sieci. Bo dsl-a mi tepsiarze wiozą drugi tydzień, żeby ich po*ło...

I w ten sposób dobry dzień pracy diabli wzięli. Niech się nim udławią.

wodzu, the cjc mastering

3 komentarze | Nie lubię komputerów |

Wielki Brat patrzy...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 19 października 2005 o 23:49:48

... kiedy co wydrukowałeś...

To ja idę na strych po starego zgrzytaka. Ten ani pół tajnej kropki nie zostawi po sobie.

15 komentarzy | Nie lubię komputerów Warstwa ..., warstwa piasku |

Paragraf 22

Wpis na 1. poziomie, wysłany 18 października 2005 o 13:34:02

Zachciało mi się wczoraj wieczorem ponownie zainstalować Eclipse. Gotowego pakietu nie ma? Trudno, to żaden problem - spece są, zbudujemy...

./builder -bb eclipse... trzeba mu jakarta-ant. Ok, nie ma sprawy. ./builder -bb jakarta-ant... Pierwsze, czego chce, to beanshell. Ok, zaraz będzie: ./builder -bb beanshell... jakarta-ant mu najpierw potrzebny. A w pysk chcesz? Poszedłem spać, bo w międzyczasie wszystko przy użyciu emacsa zrobiłem...

1 komentarz | Nie lubię komputerów |

Epitafium

Wpis na 1. poziomie, wysłany 29 września 2005 o 22:13:07

Gnij w piekle, diabelski pomiocie! Więcej ci procesora nie wymienię. Koniec ze ,,stylem modliszki'', kotwico cholerna. Koniec ze sztywnym trzymaniem głowy, bo pod kątem źle widać. Koniec. Nigdy więcej. Posłużysz młodemu za zabawkę, niech cię rozpirzy w drobny mak.

13 komentarzy | Nie lubię komputerów |

Tlenowy spam

Wpis na 1. poziomie, wysłany 16 września 2005 o 12:52:01

Zaczyna mnie irytować... Założyłem tam konto tylko po to, żeby sprawdzić działanie transportu o2. Nikomu nie powiedziałem o tym koncie. Raptem ze trzy osoby (wszystkie mi znane i zaufane) wiedzą, że to zrobiłem. Aż tu nagle, od kilku dni, dostaję tam maile. I transport mi wrzeszczy okienkami, że coś przylazło... Gnoje ewidentnie sprzedają konta spamerom. Zaraz sprawdzę, czy można sobie tam zrobić przekierowanie na mailinator.com...

6 komentarzy | Nie lubię komputerów Warstwa ..., warstwa piasku |

Walki z wiatrakami

Wpis na 1. poziomie, wysłany 14 września 2005 o 15:02:52

Kolejnego urojonego olbrzyma w życiu ubiłem... Ile to człowiek czasu straci na walkę z badziewiem... Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, dlaczego przy definiowaniu picklist dla kolumn dataseta obiekt źródłowy może być ładowany danymi w stylu Load.ASYNCHRONOUS, o ile nie dopnie się do niego obiektu klasy JdbComboBox? Bo wtedy umiera gdzieś w jakichś asynchronicznych waitach() i nie robi nic. A wystarczy zmienić na Load.ALL i już jest ok. Tylko dlaczego nikt o tym nie napisał w dokumentacji? Problem objawia się, oczywiście, dopiero wtedy, kiedy w oknie jest kilkadziesiąt kontrolek i mnóstwo danych w tabelach. Wcześniej wszystko działa, bo jakżeby nie? Ech... Nielubiejavynielubiejavynielubiejavynielubie...

2 komentarze | Nie lubię komputerów |

SIG_KILL

Wpis na 1. poziomie, wysłany 12 czerwca 2005 o 16:31:26

Tak mi się skojarzyło w związku z jakiś czas temu przeczytanym autentykiem na joe m... Ktoś zwrócił uwagę, że SIG_KILL nieprzypadkowo ma wartość 9? Całkiem jak najpopularniejszy kaliber broni ręcznej...

2 komentarze | Nie lubię komputerów |