wodzu@wodzu.net


Budda obschodzony

Wpis na 1. poziomie, wysłany 20 kwietnia 2008 o 20:48:16

Tym razem krótko, bo trzeba spać się zbierać, a i nie ma za bardzo o czym... Po całotygodniowym niedosypianiu dziewiąta przyszła dziś zbyt wcześnie, żebym skłonny był poświęcić jej uwagę; wstałem skoro hejnał i poszedłem na zaplanowaną wycieczkę. Nie padało jednak, więc normalnie – w kompletnym ubraniu. I to nie był chyba najlepszy pomysł. Wcześniej nie wychodziłem na dwór w ciągu dnia. Wszystkie hale targowe są klimatyzowane, więc panuje tam normalna temperatura, a rano i wieczorem da się tu przeżyć, byle się nie ruszać za bardzo...

Narzuciłem na ramię statyw, torbę z aparatem wpiąłem w pasek i poszedłem. Zabrałem sobie wcześniej z hotelu folderek z planem góry i ścieżek na niej, żeby nie błądzić po omacku i poszliśmy. Beata zaprowadziła mnie do wejścia do parku, a jak już szedłem w stronę bramy, to kupiła mi folder, żebym się z tym krzaczastym hotelowym nie męczył – Chińce w kasie na pytanie, czy mają mapę po angielsku, kiwnęły głowami, powiedziały swoje ok i dały. Złapałem, wpakowałem w torbę i idę...

To taki kompleks rezerwatowo-skansenowy. A w środku świątynia Buddy. Łażę sobie po początkowej części, zaglądam do obiektów, celuję aparatem – postanowiłem pójść dalej. Wyciągam folder, ten po angielsku, patrzę... patrzę... patrzę... Odwróciłem na drugą stronę, patrzę... patrzę... patrzę... jest! Jest po angielsku! Na ostatniej stronie pół strony reklamowej zajawki. Tia... Nawet mapa jest wyłącznie po chińsku opisana! Ale przyjrzałem się dokładniej i widzę, że każdy obiekt jest w osobnej szpalcie i ma tytuł w dwu językach. No, to sobie poradzimy – wiem, dokąd chcę dojść, a na mapie wystarczy znaleźć właściwe chabazie. Czasochłonne tylko to nieco, bo na tej mapie nie ma ścieżek i trzeba ich szukać na tej, którą sobie z hotelu wziąłem... Cóż, nikt nie powiedział, że życie jest proste...

Schody, schody, schody, las, las, las, schody, schody, schody...

Koszulka wylądowała na ramieniu, żeby pasek torby nie ocierał gołej skóry, spodniom nogawki podwinąłem do pół łydki – wilgotno, gorąco, jak cholera, pot leje się strumieniami, a oni tu cali poubierani...

Spotkałem tylko jednego białego, więc robiłem za lokalną atrakcję turystyczną. Wszyscy machali do mnie rękoma, witali się ze mną, jakimś czterem dziewuszkom porobiłem za misia z Zakopanego, ktoś do mnie zagadał, to odpowiedziałem, ale chyba miał nadzieję, że ja też umiem powiedzieć tyle, ile on, więc uciekł... Budda olbrzymi! Przetreptałem wszystkie schody, wróciłem do miasta...

Zjedliśmy obiad, Beata chciała sobie kupić buty. Ponieważ w takich sklepach, to dla mnie niczego ciekawego nie ma, więc stałem w wejściu i chłodziłem się w wentylatorze, co budziło wesołość u przechodzących tubylców, którzy na wieczór zakładają długie rękawy. Oni tu naprawdę chyba uważają, że jest wiosna...

A teraz czas spać, jutro Tajwan...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Ogólne Wiatr we włosach |

Before you see the light you must die

Wpis na 1. poziomie, wysłany 07 czerwca 2007 o 10:51:36

Wybraliśmy się na Mystic Festival do Katowic. W zasadzie, to zainteresowani byliśmy wyłącznie Slayerem, bo to ich obecność nas skusiła do wyjazdu, ale skoro impreza na cały dzień, to grzech nie pojechać. Ostatnio na ich koncercie byłem ze dwa eony temu, ubiegłoroczną ich bytność w Stodole przegapiłem, więc wiele się nie zastanawiałem. Szybko skompletował się nas cały pluton – zapowiadało się nieźle...

Czytaj dalej...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Wiatr we włosach |

Łowcy.B

Wpis na 1. poziomie, wysłany 06 grudnia 2006 o 10:22:13

Wybraliśmy się wczoraj wieczorem na Łowców. Nie, tego się nie da opowiedzieć. A nawet, jakby się dało, to nie warto - słowa tego dobrze nie oddadzą. Sześciu pensjonariuszy ochronki dla niedorozwiniętych ubranych w odrzuty z darów dla powodzian... No, to trzeba, po prostu, zobaczyć. Skecze niby znane, ale cieszy zero sztampy, rutyny, sztywnego odgrywania scenariusza - nadal wszystko na żywioł. Jeszcze mi się gęba śmieje...

3 komentarze | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Ogólne |

Asy biją Zera

Wpis na 1. poziomie, wysłany 10 czerwca 2006 o 22:25:45

Przeszedłem obok telewizora. Leci ten amerykański film, co to go już kiedyś prawie całego obejrzałem. Z przerwą w środku, bo on dla mnie, to za sercowy jest. Słodki taki, że bałem się, że na cukrzycę zapadnę. To taki zwykły film. Amerykański. Tytuł ma szumny, ale dla picu - żeby chwytliwy był. Równie dobrze mógłby się nazywać Grunwald 1410. Bo tak naprawdę, to on jest o tym, że dwóch facetów kocha się w jednej lasce. I potem mają z nią dziecko. Jedno! To tak, żeby było bardziej romantycznie.

No i tej sceny, to akurat nie widziałem. Wymiękam. Dwóch gości wytłukło cały dywizjon zer. I po co było tak głupio nazywać te swoje latawce, Skośni? Na amerykańskich asów, to trzeba było chociaż karetę waletów posłać. A tak, to samiście sobie winni...

EDIT: Przemyślałem sprawę. Od razu widać, że znam się na rzeczy. Nie mógłby się nazywać Grunwald 1410, bo to było przecież przed początkiem świata. Idę posypać głupi łeb popiołem...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Ogólne |

Footloose

Wpis na 1. poziomie, wysłany 11 maja 2006 o 17:39:44

Nie było kiedy wpisać... W niedzielę wybraliśmy się do Muzycznego na Footloose. Co tu pisać? Może tyle? Owacja na stojąco, kurtyna 3 razy wracała, potem jeszcze raz wszyscy aktorzy wychodzili... A potem zapalili światła, żeby to skończyć. Wszystkim nam bardzo się podobało.

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! |

Kolacja dla głupca

Wpis na 1. poziomie, wysłany 25 marca 2006 o 00:48:09

Zapomniałem. W środę w Kwadracie z okazji wiosny zorganizowało koncert Boys. To jakaś taka discopolowa papka. Bilety podobno były w cenach: 10 – ulgowy, 15 – normalny, 20 – inni. No, jak nic, normalnie sprowadzili folklor, żeby studentom wesoło było na wiosnę. Chłopaki po treningu nie chcieli iść, więc tam nie zajrzałem (a mogło być tak pięknie!), ale Ola twierdzi, że było ciężko. Oj, ciężko. Na trzeźwo się nie dało. Transparenty, koszulki z napisami We love Boys, wiwatujące tłumy – wszystko ewidentnie dla zgrywy. Goście na scenie pewnie w życiu tylu ,,fanów'' nie widzieli. No piękne, po prostu...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! |

Dzień świra

Wpis na 1. poziomie, wysłany 22 lutego 2006 o 22:28:36

Poszliśmy w niedzielę do Teatru Miejskiego na Dzień Świra. Przyznam, że szedłem z mieszanymi uczuciami, obawiając się nieuchronnej konfrontacji z wersją filmową. W końcu z Kondratem ciężko się mierzyć – nawet mimo tego, że moim zdaniem on do tej roli był nieco za stary. Bo jednak na pewno świetnie ze swoim dźwięcznym głosem i nerwowością w ruchach umiał odegrać pełnego natręctw nerwicowca...

Na szczęście film widziałem tylko raz, więc nie miałem problemów z dopasowywaniem twarzy do zapamiętanych scen i oglądało mi się dobrze. Mimo tego, że przede mną siedział kumpel mojego wzrostu, a widownia w Miejskim jest niewielka i z poziomą podłogą – przynajmniej mi szyja nie ścierpła od nieruchomego siedzenia. Podobało mi się. Nawet chyba mogę powiedzieć, że bardzo. Troje aktorów, 25 ról – nieźle... Adaś, Sylwuś, Rączka, mamuśka, pedał pod prysznicem, stara Chinka... No nie ma ch*ja we wsi, po prostu, jak sam powiedział... Wyszedłem ubawiony nie mniej, niż sami aktorzy. Widać było, że momentami powstrzymują się, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

Mało brakowało, a spóźnilibyśmy się, bo zima nadgryzła akumulator – dwa dni nie jeździłem i cholerne immobilizery uznały, że najwidoczniej chcę im go ukraść, bo napięcie za małe i odcinały zapłon. Dżizas, k*wa, ja pi*dolę, znowu na prostowniku musiałem odpalać. A miałem w piątek kupić nowy akumulator, a miałem w piątek... E tam, ile to ja rzeczy miałem zrobić – życia i tak nie starczy na to...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! |

Chabry z poligonu...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 12 kwietnia 2005 o 01:46:33

Wybraliśmy się do Harendy. Na Kosmos, czyli Andrus plus ten, kto nie uciekł przed łapanką. Miejsc już nie było, więc wróciliśmy do góry na piwo, żeby poczekać na resztę... W międzyczasie dotarł do nas SMS od Wojtasa, że jednak jest już w środku (wcześniej sygnalizował, że biletów brak, ale się nie poddają). No, to poszedłem negocjować z bramkarzami. Dar przekonywania na szczęście zadziałał. Wchodzimy do środka, a tam? Jubileusz Grupy MoCarta. Andrus, Poniedzielski, Olek Grotowski z Małgosią Zwierzchowską, Czerwony Tulipan... Szlag mnie trafiał, że aparat zostawiłem w firmie (przypomniałem sobie o nim przejeżdżając przez Wisłę) - tą atrapą w telefonie nawet nie zamierzałem próbować. Fajnie tak sobie zjeść razem z nimi jubileuszowy tort popijając jubileuszowe wino. Niezapomniany klimat.

A teraz spać, bo rano księgowe opadną i żyć nie dadzą...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Wiatr we włosach |