Budda obschodzony
Tym razem krótko, bo trzeba spać się zbierać, a i nie ma za bardzo o czym... Po całotygodniowym niedosypianiu dziewiąta przyszła dziś zbyt wcześnie, żebym skłonny był poświęcić jej uwagę; wstałem skoro hejnał i poszedłem na zaplanowaną wycieczkę. Nie padało jednak, więc normalnie – w kompletnym ubraniu. I to nie był chyba najlepszy pomysł. Wcześniej nie wychodziłem na dwór w ciągu dnia. Wszystkie hale targowe są klimatyzowane, więc panuje tam normalna temperatura, a rano i wieczorem da się tu przeżyć, byle się nie ruszać za bardzo...
Narzuciłem na ramię statyw, torbę z aparatem wpiąłem w pasek i poszedłem. Zabrałem sobie wcześniej z hotelu folderek z planem góry i ścieżek na niej, żeby nie błądzić po omacku i poszliśmy. Beata zaprowadziła mnie do wejścia do parku, a jak już szedłem w stronę bramy, to kupiła mi folder, żebym się z tym krzaczastym hotelowym nie męczył – Chińce w kasie na pytanie, czy mają mapę po angielsku, kiwnęły głowami, powiedziały swoje ok i dały. Złapałem, wpakowałem w torbę i idę...
To taki kompleks rezerwatowo-skansenowy. A w środku świątynia Buddy. Łażę sobie po początkowej części, zaglądam do obiektów, celuję aparatem – postanowiłem pójść dalej. Wyciągam folder, ten po angielsku, patrzę... patrzę... patrzę... Odwróciłem na drugą stronę, patrzę... patrzę... patrzę... jest! Jest po angielsku! Na ostatniej stronie pół strony reklamowej zajawki. Tia... Nawet mapa jest wyłącznie po chińsku opisana! Ale przyjrzałem się dokładniej i widzę, że każdy obiekt jest w osobnej szpalcie i ma tytuł w dwu językach. No, to sobie poradzimy – wiem, dokąd chcę dojść, a na mapie wystarczy znaleźć właściwe chabazie. Czasochłonne tylko to nieco, bo na tej mapie nie ma ścieżek i trzeba ich szukać na tej, którą sobie z hotelu wziąłem... Cóż, nikt nie powiedział, że życie jest proste...
Schody, schody, schody, las, las, las, schody, schody, schody...
Koszulka wylądowała na ramieniu, żeby pasek torby nie ocierał gołej skóry, spodniom nogawki podwinąłem do pół łydki – wilgotno, gorąco, jak cholera, pot leje się strumieniami, a oni tu cali poubierani...
Spotkałem tylko jednego białego, więc robiłem za lokalną atrakcję turystyczną. Wszyscy machali do mnie rękoma, witali się ze mną, jakimś czterem dziewuszkom porobiłem za misia z Zakopanego, ktoś do mnie zagadał, to odpowiedziałem, ale chyba miał nadzieję, że ja też umiem powiedzieć tyle, ile on, więc uciekł... Budda olbrzymi! Przetreptałem wszystkie schody, wróciłem do miasta...
Zjedliśmy obiad, Beata chciała sobie kupić buty. Ponieważ w takich sklepach, to dla mnie niczego ciekawego nie ma, więc stałem w wejściu i chłodziłem się w wentylatorze, co budziło wesołość u przechodzących tubylców, którzy na wieczór zakładają długie rękawy. Oni tu naprawdę chyba uważają, że jest wiosna...
A teraz czas spać, jutro Tajwan...
Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Ogólne Wiatr we włosach | Permalink