Pamiętnik znaleziony w terminalu
Czas wracać. Targi w Hongkongu, sprężając się, udało się nam oblecieć w dwa dni, mieliśmy dwa na wycieczki po okolicy, ale o tym później, jeśli będzie kiedykolwiek czas – tym razem o samej podróży. Bagaże nadaliśmy na dworcu w Kowloonie (gość nawet okiem nie mrugnął na 15 kg przekroczonego limitu), podręczne zostawiliśmy w hotelu i wybraliśmy się na Lantau, na przejażdżkę kolejką linową do Buddy.
Po powrocie powłóczyliśmy się nieco po Kowloonie – chyba jakoś żal było to śmietnisko opuszczać. Wybraliśmy się na Night Market, trzeba by coś jeszcze tu zjeść, najlepiej w jakiejś knajpie na ulicy...
Kupiliśmy świeżą pieczoną wołowinę – facet ciachał ja na miejscu, ot tak, na ulicy. Nie dostaliśmy do niej żadnego narzędzia, więc jedliśmy ją palcami, stojąc na ulicy, obok płotka robót drogowych, między przepychającymi się ludźmi i samochodami, ociekający sos strząsając wprost do kratki kanalizacyjnej. No, taki folklor.
Kupiłem zegarek z Mao i krawat w chińskie baźgoły, siedliśmy przy stoliku, czas na ostatni posiłek pałeczkami. Przy stoliku obok – biali. Facet je widelcem, kobieta nic. Widać, że początkujący – on nie umie, ona się brzydzi w takich warunkach. Przeeeejdzie im...
Ostatnie minuty na lotnisku. Trzeba się aklimatyzować – poszliśmy do pubu Katie O'Connor, gdzie już piliśmy piwo po powrocie z Tajwanu. Ja wziąłem guinnesa z whisky, Beacie zachciało się wódki. Obsługiwał nas ten sam facet, co wtedy. No i to nas zwiodło... Nie doceniliśmy jego kreatywności i biegłości w chinglish.
- And vodka...
- Vodka?
- Yes, vodka. Cold...
- Vodka and cola?
- NO! Just vodka! But cold...
- Ok...
- Noooo... No cola, no ice! Only vodka.
- Oh! Just a second!
- Oh! It should be cold?
Wsiedliśmy w samolot – szok! Katajskie linie, a się mieszczę! Nogi mi wchodzą pomiędzy fotele, mogę się oprzeć, wyprostować – aż mi dziwnie! Nóweczka, przed oczyma wyświetlacz wysokiej rozdzielczości, 50 filmów do wyboru, muzyka, kupa gier... No, niesamowite! A stewardessy, jak zwykle w tych liniach – młodziutkie, śliczne i uśmiechnięte. Spałem całą drogę.
Przesiadka we Frank-farcie. Piękny wschód słońca prosto w południe... Wzięliśmy karty pokładowe na lot do Warszawy, przejechaliśmy – czasu mnóstwo, to na kawę i piwo...
Helga z zollu przyssała się do papierosów z nołdjuty, które kupiłem za ostatnie śmiesznodolary, jakie mi się w kieszeni ostały. No, żeby ją szlag! Jakieś limity na osobę, o których po trzech tygodniach w Azji, gdzie nikt nikogo nie sprawdza, bo po co, żadne z nas nie pomyślało, a nikogo za nami, żeby twierdzić, że to jego, bo jest z nami i że ma się odwalić. Gówno dostaniesz, a nie tę paczkę, nie cwaniacz – zapłacimy ci za nie to twoje śmierdzące cło. Dolarami nie można, trzeba w ojro. No, to do kantoru. Kantor za rogiem. Z powrotem. Masz, wypchaj się, pijawo. Trudno, mama zapali najdroższe papierosy, jakie w życiu miała... Zabawne – nasycona zwycięstwem, do moich toreb już nie zajrzała. Mógłbym tam przenieść wszystko...
Odbiliśmy się od bramki. Zamknięte. Piętnaście minut do odlotu, a już nie wpuszczają, bo nie – za późno przyszliście. Helgaaaaa!!
No i się zaczęło... Babki z gejta sprawdzają, czy mogą nas przebukować. Sprawdzają, sprawdzają, sprawdzają... Sprawdzają... Nie mogą. Znaczy: nie, że nie ma na co, ale nie mogą... Musimy pójść do kasy. Poszliśmy. Nie, to musi być w kasie Lotu, bo to samolot Lotu. No, to szukamy. Znaleźliśmy. Dziwnie słyszeć polski od kogoś za kontuarem. Nie może nas przepisać, bo bilet jest Kataju. Jak Kataju, skoro na wasz rejs? No, Kataju i tyle – oni go wystawili, jest w ich systemie, ja nie mogę. Mamy pójść do ich kasy. Czyli znowu na terminal 2, gdzie wysiedliśmy... Pociągiem tuk-tuk, tuk-tuk, tuk-tuk... Kasy Kataju nie ma, gość od odpraw za nią służy. Przepisał. Teraz z powrotem do Lotu. Tuk-tuk, tuk-tuk, tuk-tuk... Ale to nie ja, teraz musicie przetransferować bagaż i pobrać kartę pokładową – to w Lufthansie. O, tu u tej pani naprzeciw. Pani naprzeciw mówi, że nie, że to nie u niej, że mamy pójść tam za róg i je pobrać... No, to idziemy... Kolejka. Kontuar. Pani patrzy w kartkę, jaką od Kataja dostaliśmy, patrzy, patrzy... Zawołała tę z sąsiedniego... Patrzą, gadają, patrzą, czytają... Gość z następnego stanowiska wyleciał:
- To pana bagaż!?
- Nie, nie mój.
- Pana?
- Nie...
- To czyj!?
W głowie się kołacze myśl: Ni-gdy wię-cej Luft-han-zy! Przez Moskwę, Kijów, rowerem przez Mongolię – wszystko lepsze od tej niemieckiej solidności. A tak uważnie unikaliśmy ich samolotów – nie wystarczyło, trzeba jeszcze unikać tego lotniska. A polecieliśmy tędy, bo na Heathrow byłoby czekania o trzy godziny więcej. To ja już wolę to, że tam każą ściągać buty przy przechodzeniu przez bramki...
Udało się! Przepisała nas. Ale bilet taki ,,w miarę wolnych miejsc''. No i teraz siedzimy na gejcie i czekamy. Tym razem będziemy pierwsi z tych, co na sępa...
...
...
...
A teraz siedzę i myślę, jak ja sobie poradzę z jedzeniem tym dziwnym metalowym przedmiotem z ostrymi końcami...