Tajwańskie blisko
Kolejne targi – w Tajwanie. Z hotelu, jak zawsze, pojechaliśmy autobusem do Kantonu, ale potem trzeba było się przedostać pod China Hotel, skąd odchodzą autokary do Hongkongu. Kupa waliz, ruch wściekły, więc nieporęcznie z nimi się pchać między samochody, a po kładce nad ulicą tym bardziej nie będziemy się przeprawiać, bo to jeszcze głupszy pomysł. Pojedziemy taksówką! Taryfiarz, któremu na migi wytłumaczyliśmy, dokąd ma jechać, chwilę patrzył na nas, nie bardzo chyba wiedząc, czy bardziej nie rozumie, czego chcemy, czy też tego, czy na pewno wiemy, co mu mówimy i czy aby nie można nas tam zawieźć robiąc kilka kółek wokół miasta. W końcu ruszył, objechał budynek targów i wysadził nas 500 metrów od miejsca, gdzie wsiedliśmy.
Razem z nami jechała dwójka Polaków. Facet był wyraźnie niewygadany. Chyba mu brakowało kogoś, do kogo może gębę po polsku otworzyć. Gadał. Jak tylko wsiedliśmy, jego towarzyszka zasnęła. Chwilę później zrozumiałem, że jej zazdroszczę. Tego, że śpi. Tego, że z nim spędziła więcej czasu – zdecydowanie nie! Gość ględził przez trzy i pół godziny, jakie jechaliśmy do Shenzen. Bez przerwy. Nie, no facet jest mądry i gadał ciekawie i z sensem, ale gadał – gadał, nie słuchał. Jak pieprzone radio, którego nie można wyłączyć. No – kołchoźnik cholerny! Jeden program i bez regulacji głośności. A ja poprzedniego dnia przelazłem całe góry przy Nanhai, przebiegłem się po schodach przy Buddzie parę razy i położyłem się spać nad ranem. Miałem ochotę go wyłączyć. Na szczęście za granicą rozdzielili nas inni pasażerowie i ostanie półtorej godziny przejechaliśmy, spokojnie drzemiąc w ciiiszy...
W samolocie starszy facet obok mnie przeglądał sobie jakąś gazetkę z kupą reklam na różowo, przydrzemałem, posiłek, z którego zjadłem makaron, a różowe robaki zostawiłem, lądowanie. Przedtem informacje: deszcz, chłodno, 23 stopnie. Tia, chłodno. Jasne. A na dworze... rzeczywiście chłodno!! Nie taki parnik, jak w Chinach, ale rzeczywiście – jak w Europie. Jak w Europie w sierpniu...
Wsiedliśmy w taksówkę. Łeee, samochód cichy, czysty, komfortowy... Nikt na nas nie trąbi, kierowca też ani razu tego nie zrobił... Nieee, no gdzie my trafiliśmy! Przecież tak nie mooożna... W ogóle, ten kraj jakiś taki inny... ludzie o rysach bardziej znajomych – cywilizacja...
Co za idiota wymyślił, żeby łazienka była kilka centymetrów poniżej pokoju?! Ja rozumiem, że próg wysoki na 10 cm pozwala zrobić sobie z niej dużą wannę i pojeździć po kafelkach na brzuchu, ale tam akurat, to mógłbym pojechać najwyżej pół metra, a i to przy zgiętych nogach, więc każde wejście do tego przybytku wywoływało we mnie mnóstwo bardzo ciepłych myśli o jego projektancie. Dobrze, że się nie nawinął pod rękę...
Im bardziej cywilizowany kraj, tym gorzej z Internetem. W Chinach, w hotelu na prowincji – ethernet. W Hongkongu – wifi hotelowe, za które trzeba płacić, w Tajwanie – nic. Ale to nic, ktoś nie zabezpieczył swojego accesspointa, więc sobie od niego pożyczymy... Rwie się okropnie, stale się rozłącza, ale działa. Maile odebrać się udało, parę słów przez jabbera przeklepać – jest znośnie.
Ponieważ mieliśmy dzień luzu w oczekiwaniu na rozpoczęcie targów, pojechaliśmy na wycieczkę. Na takiego gotowca z folderu. Bezpośrednio z hotelu zabrał nas busik. Mały skośny wsiadł za kierownicę i wypalił: My name is Jackie Chan, call me Jackie... Udało mi się nie parsknąć śmiechem.
Wycieczka, jak wycieczka. Miasteczko górnicze, dom gejsz, kino, kilometrowa uliczka ze straganami, kamienie na wybrzeżu, wodospad, cmentarz. Całkiem fajnie – widoki piękne, tajwańskie cmentarze są dziwacznie malownicze dla oczu europejczyka, miasteczko ładne i coś w nim jest ujmującego, ale nie do końca zadowolony byłem, bo Jackie dawał mi po 10 minut na fotografowanie nad wodą i przy wodospadzie... Jak się, kurka, minutę lezie po kamurach, dwie ustawia aparat, to ile można fal złapać, jak tylko co któraś ma ładny rozbryzg? Nic.
Na koniec zawiózł nas do sklepu z herbatą. Najwyraźniej miał z nim układ, że podrzuca tam turystów, żeby ich naciągnąć na zakupy. Ale my zamierzaliśmy herbatę kupować w Chinach, więc szybko stamtąd umknęliśmy.
- Czy stąd jest daleko do naszego hotelu?
- Nie, jesteśmy przy tej samej ulicy, on jest w sektorze 4., a tu jest 2.
- Ok, to my pójdziemy pieszo, bo zajrzymy jeszcze tu, na drugą stronę, żeby obejrzeć pomnik Chiang Kei-Sheka.
Poszliśmy. Bardziej od tego betonowego kloca (łojezu, ale budowla!) interesowało mnie łapanie w szkiełko światła słońca na liściach i murkach, ale obejrzeliśmy, obeszliśmy – wracamy, zajdziemy jeszcze na wieżę Taipei 101, skoro już jesteśmy w tym mieście...
Idziemy, idziemy, idziemy... Trzy razy zdążyliśmy zwątpić po drodze. Oczywiście ani wizytówki hotelu, ani planu miasta nie mamy, a adresu też nie pamiętamy. Ale to nic – idziemy. Jackie, żeby Cię szlag za to blisko! Półtorej godziny szybkiego marszu (no, 15 minut można odliczyć na pstrykanie lamp w bocznej uliczce) – jeeest! Dotarliśmy... To jeszcze tylko szybko zjemy i śmigamy na wieżę. Teraz już wszystko jest dla nas blisko...
Zaszliśmy do maleńkiej tajskiej knajpki tuż za rogiem. Zamówiliśmy. Gdy pani przyniosła moją wieprzowinę, to zaniemówiliśmy. Jakaś taka... papa. Bura papka. Ale doniesiona chwilę później reszta żarcia wyglądała znajomo... Pałki w ruch i... jutro przyjdziemy tu znowu! Ale pycha!
Jackie powiedział, że wieża otwarta do 22 – no, to czas ruszać, zostało 45 minut. Doszliśmy po kwadransie po to, żeby dowiedzieć się, że zamknięte. Tak, wieża otwarta do 22, ale wpuszczają na górę do 21:30. A jest 21:35. Jackie!!! Dobre chociaż tyle, że po drodze okazało się, że targi są o jedną przecznicę od naszego hotelu, więc możemy wstać choćby na pięć minut przed ich otwarciem.
Targi załatwiliśmy w 2 godziny. Najwyraźniej sąsiedztwo Hongkongu i Kantonu zeżarło imprezę tutaj – nie opłaca się nikomu tu wystawiać, nic ciekawego, a jak nawet, to wszyscy i tak pytali, czy jedziemy na któreś z tych kolejnych. W zasadzie niepotrzebny wyjazd. I nawet kawa, którą dostaliśmy za wypełnienie ankiety nas nie ucieszyła, bo była nic niewarta – popłuczyny.
Wieczorem polazłem na wieżę sam. Z nastawieniem, że porobię sobie zdjęcia miasta z wysokości 450 metrów. Przyszedłem, dzień dobry, kupiłem bilet, idę, a strażnik:
- Przepraszam, ale nie może pan tego wnieść.
- Dlaczego?
- No, proszę popatrzeć – pokazał mi regulamin.
- Hmm... No, trudno... A mogę to tu zostawić?
- Tak, oczywiście.
Tajwan piękny. Naprawdę urzekające widoki. Zatopione w soczystej zieleni góry wpadające prosto do morza. Ech, aż szkoda, że wtedy, kiedy mieliśmy wolne, pogoda była marna i nie było błękitnego nieba...