wodzu@wodzu.net


Tajwańskie blisko

Wpis na 1. poziomie, wysłany 29 kwietnia 2008 o 21:14:05

Kolejne targi – w Tajwanie. Z hotelu, jak zawsze, pojechaliśmy autobusem do Kantonu, ale potem trzeba było się przedostać pod China Hotel, skąd odchodzą autokary do Hongkongu. Kupa waliz, ruch wściekły, więc nieporęcznie z nimi się pchać między samochody, a po kładce nad ulicą tym bardziej nie będziemy się przeprawiać, bo to jeszcze głupszy pomysł. Pojedziemy taksówką! Taryfiarz, któremu na migi wytłumaczyliśmy, dokąd ma jechać, chwilę patrzył na nas, nie bardzo chyba wiedząc, czy bardziej nie rozumie, czego chcemy, czy też tego, czy na pewno wiemy, co mu mówimy i czy aby nie można nas tam zawieźć robiąc kilka kółek wokół miasta. W końcu ruszył, objechał budynek targów i wysadził nas 500 metrów od miejsca, gdzie wsiedliśmy.

Razem z nami jechała dwójka Polaków. Facet był wyraźnie niewygadany. Chyba mu brakowało kogoś, do kogo może gębę po polsku otworzyć. Gadał. Jak tylko wsiedliśmy, jego towarzyszka zasnęła. Chwilę później zrozumiałem, że jej zazdroszczę. Tego, że śpi. Tego, że z nim spędziła więcej czasu – zdecydowanie nie! Gość ględził przez trzy i pół godziny, jakie jechaliśmy do Shenzen. Bez przerwy. Nie, no facet jest mądry i gadał ciekawie i z sensem, ale gadał – gadał, nie słuchał. Jak pieprzone radio, którego nie można wyłączyć. No – kołchoźnik cholerny! Jeden program i bez regulacji głośności. A ja poprzedniego dnia przelazłem całe góry przy Nanhai, przebiegłem się po schodach przy Buddzie parę razy i położyłem się spać nad ranem. Miałem ochotę go wyłączyć. Na szczęście za granicą rozdzielili nas inni pasażerowie i ostanie półtorej godziny przejechaliśmy, spokojnie drzemiąc w ciiiszy...

W samolocie starszy facet obok mnie przeglądał sobie jakąś gazetkę z kupą reklam na różowo, przydrzemałem, posiłek, z którego zjadłem makaron, a różowe robaki zostawiłem, lądowanie. Przedtem informacje: deszcz, chłodno, 23 stopnie. Tia, chłodno. Jasne. A na dworze... rzeczywiście chłodno!! Nie taki parnik, jak w Chinach, ale rzeczywiście – jak w Europie. Jak w Europie w sierpniu...

Wsiedliśmy w taksówkę. Łeee, samochód cichy, czysty, komfortowy... Nikt na nas nie trąbi, kierowca też ani razu tego nie zrobił... Nieee, no gdzie my trafiliśmy! Przecież tak nie mooożna... W ogóle, ten kraj jakiś taki inny... ludzie o rysach bardziej znajomych – cywilizacja...

Co za idiota wymyślił, żeby łazienka była kilka centymetrów poniżej pokoju?! Ja rozumiem, że próg wysoki na 10 cm pozwala zrobić sobie z niej dużą wannę i pojeździć po kafelkach na brzuchu, ale tam akurat, to mógłbym pojechać najwyżej pół metra, a i to przy zgiętych nogach, więc każde wejście do tego przybytku wywoływało we mnie mnóstwo bardzo ciepłych myśli o jego projektancie. Dobrze, że się nie nawinął pod rękę...

Im bardziej cywilizowany kraj, tym gorzej z Internetem. W Chinach, w hotelu na prowincji – ethernet. W Hongkongu – wifi hotelowe, za które trzeba płacić, w Tajwanie – nic. Ale to nic, ktoś nie zabezpieczył swojego accesspointa, więc sobie od niego pożyczymy... Rwie się okropnie, stale się rozłącza, ale działa. Maile odebrać się udało, parę słów przez jabbera przeklepać – jest znośnie.

Ponieważ mieliśmy dzień luzu w oczekiwaniu na rozpoczęcie targów, pojechaliśmy na wycieczkę. Na takiego gotowca z folderu. Bezpośrednio z hotelu zabrał nas busik. Mały skośny wsiadł za kierownicę i wypalił: My name is Jackie Chan, call me Jackie... Udało mi się nie parsknąć śmiechem.

Wycieczka, jak wycieczka. Miasteczko górnicze, dom gejsz, kino, kilometrowa uliczka ze straganami, kamienie na wybrzeżu, wodospad, cmentarz. Całkiem fajnie – widoki piękne, tajwańskie cmentarze są dziwacznie malownicze dla oczu europejczyka, miasteczko ładne i coś w nim jest ujmującego, ale nie do końca zadowolony byłem, bo Jackie dawał mi po 10 minut na fotografowanie nad wodą i przy wodospadzie... Jak się, kurka, minutę lezie po kamurach, dwie ustawia aparat, to ile można fal złapać, jak tylko co któraś ma ładny rozbryzg? Nic.

Na koniec zawiózł nas do sklepu z herbatą. Najwyraźniej miał z nim układ, że podrzuca tam turystów, żeby ich naciągnąć na zakupy. Ale my zamierzaliśmy herbatę kupować w Chinach, więc szybko stamtąd umknęliśmy.

  • Czy stąd jest daleko do naszego hotelu?
  • Nie, jesteśmy przy tej samej ulicy, on jest w sektorze 4., a tu jest 2.
  • Ok, to my pójdziemy pieszo, bo zajrzymy jeszcze tu, na drugą stronę, żeby obejrzeć pomnik Chiang Kei-Sheka.

Poszliśmy. Bardziej od tego betonowego kloca (łojezu, ale budowla!) interesowało mnie łapanie w szkiełko światła słońca na liściach i murkach, ale obejrzeliśmy, obeszliśmy – wracamy, zajdziemy jeszcze na wieżę Taipei 101, skoro już jesteśmy w tym mieście...

Idziemy, idziemy, idziemy... Trzy razy zdążyliśmy zwątpić po drodze. Oczywiście ani wizytówki hotelu, ani planu miasta nie mamy, a adresu też nie pamiętamy. Ale to nic – idziemy. Jackie, żeby Cię szlag za to blisko! Półtorej godziny szybkiego marszu (no, 15 minut można odliczyć na pstrykanie lamp w bocznej uliczce) – jeeest! Dotarliśmy... To jeszcze tylko szybko zjemy i śmigamy na wieżę. Teraz już wszystko jest dla nas blisko...

Zaszliśmy do maleńkiej tajskiej knajpki tuż za rogiem. Zamówiliśmy. Gdy pani przyniosła moją wieprzowinę, to zaniemówiliśmy. Jakaś taka... papa. Bura papka. Ale doniesiona chwilę później reszta żarcia wyglądała znajomo... Pałki w ruch i... jutro przyjdziemy tu znowu! Ale pycha!

Jackie powiedział, że wieża otwarta do 22 – no, to czas ruszać, zostało 45 minut. Doszliśmy po kwadransie po to, żeby dowiedzieć się, że zamknięte. Tak, wieża otwarta do 22, ale wpuszczają na górę do 21:30. A jest 21:35. Jackie!!! Dobre chociaż tyle, że po drodze okazało się, że targi są o jedną przecznicę od naszego hotelu, więc możemy wstać choćby na pięć minut przed ich otwarciem.

Targi załatwiliśmy w 2 godziny. Najwyraźniej sąsiedztwo Hongkongu i Kantonu zeżarło imprezę tutaj – nie opłaca się nikomu tu wystawiać, nic ciekawego, a jak nawet, to wszyscy i tak pytali, czy jedziemy na któreś z tych kolejnych. W zasadzie niepotrzebny wyjazd. I nawet kawa, którą dostaliśmy za wypełnienie ankiety nas nie ucieszyła, bo była nic niewarta – popłuczyny.

Wieczorem polazłem na wieżę sam. Z nastawieniem, że porobię sobie zdjęcia miasta z wysokości 450 metrów. Przyszedłem, dzień dobry, kupiłem bilet, idę, a strażnik:

  • Przepraszam, ale nie może pan tego wnieść.
  • Dlaczego?
  • No, proszę popatrzeć – pokazał mi regulamin.
  • Hmm... No, trudno... A mogę to tu zostawić?
  • Tak, oczywiście.
No i musiałem zostawić statyw, bo nie wolno wnosić obiektów dłuższych, niż 42 centymetry. No, szlag by to! Najwyższa czułość, łeb i łokcie oparte, a i tak żeby nie było poruszone, musiałem ustawiać duży otwór. Źle! Na dodatek szyby brudne okropnie, bo Taje nie pomyślały, żeby wycieraczki na piętrze widokowym zaintalować, więc syf aż kapie. Na otwartym piętrze wiatr wyje jak potępieniec na płocie, który otacza taras i skutecznie utrudnia zrobienie zdjęcia, bo najnormalniej w świecie szarpie za ręce i kiwa...

Tajwan piękny. Naprawdę urzekające widoki. Zatopione w soczystej zieleni góry wpadające prosto do morza. Ech, aż szkoda, że wtedy, kiedy mieliśmy wolne, pogoda była marna i nie było błękitnego nieba...

Dodaj komentarz | Ogólne Wiatr we włosach |

Budda obschodzony

Wpis na 1. poziomie, wysłany 20 kwietnia 2008 o 20:48:16

Tym razem krótko, bo trzeba spać się zbierać, a i nie ma za bardzo o czym... Po całotygodniowym niedosypianiu dziewiąta przyszła dziś zbyt wcześnie, żebym skłonny był poświęcić jej uwagę; wstałem skoro hejnał i poszedłem na zaplanowaną wycieczkę. Nie padało jednak, więc normalnie – w kompletnym ubraniu. I to nie był chyba najlepszy pomysł. Wcześniej nie wychodziłem na dwór w ciągu dnia. Wszystkie hale targowe są klimatyzowane, więc panuje tam normalna temperatura, a rano i wieczorem da się tu przeżyć, byle się nie ruszać za bardzo...

Narzuciłem na ramię statyw, torbę z aparatem wpiąłem w pasek i poszedłem. Zabrałem sobie wcześniej z hotelu folderek z planem góry i ścieżek na niej, żeby nie błądzić po omacku i poszliśmy. Beata zaprowadziła mnie do wejścia do parku, a jak już szedłem w stronę bramy, to kupiła mi folder, żebym się z tym krzaczastym hotelowym nie męczył – Chińce w kasie na pytanie, czy mają mapę po angielsku, kiwnęły głowami, powiedziały swoje ok i dały. Złapałem, wpakowałem w torbę i idę...

To taki kompleks rezerwatowo-skansenowy. A w środku świątynia Buddy. Łażę sobie po początkowej części, zaglądam do obiektów, celuję aparatem – postanowiłem pójść dalej. Wyciągam folder, ten po angielsku, patrzę... patrzę... patrzę... Odwróciłem na drugą stronę, patrzę... patrzę... patrzę... jest! Jest po angielsku! Na ostatniej stronie pół strony reklamowej zajawki. Tia... Nawet mapa jest wyłącznie po chińsku opisana! Ale przyjrzałem się dokładniej i widzę, że każdy obiekt jest w osobnej szpalcie i ma tytuł w dwu językach. No, to sobie poradzimy – wiem, dokąd chcę dojść, a na mapie wystarczy znaleźć właściwe chabazie. Czasochłonne tylko to nieco, bo na tej mapie nie ma ścieżek i trzeba ich szukać na tej, którą sobie z hotelu wziąłem... Cóż, nikt nie powiedział, że życie jest proste...

Schody, schody, schody, las, las, las, schody, schody, schody...

Koszulka wylądowała na ramieniu, żeby pasek torby nie ocierał gołej skóry, spodniom nogawki podwinąłem do pół łydki – wilgotno, gorąco, jak cholera, pot leje się strumieniami, a oni tu cali poubierani...

Spotkałem tylko jednego białego, więc robiłem za lokalną atrakcję turystyczną. Wszyscy machali do mnie rękoma, witali się ze mną, jakimś czterem dziewuszkom porobiłem za misia z Zakopanego, ktoś do mnie zagadał, to odpowiedziałem, ale chyba miał nadzieję, że ja też umiem powiedzieć tyle, ile on, więc uciekł... Budda olbrzymi! Przetreptałem wszystkie schody, wróciłem do miasta...

Zjedliśmy obiad, Beata chciała sobie kupić buty. Ponieważ w takich sklepach, to dla mnie niczego ciekawego nie ma, więc stałem w wejściu i chłodziłem się w wentylatorze, co budziło wesołość u przechodzących tubylców, którzy na wieczór zakładają długie rękawy. Oni tu naprawdę chyba uważają, że jest wiosna...

A teraz czas spać, jutro Tajwan...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! Ogólne Wiatr we włosach |

Z pamiętnika katorżnika

Wpis na 1. poziomie, wysłany 19 kwietnia 2008 o 22:04:41

  • Arek, Paweł sobie zerwał achillesa, Wojtas ma chory kręgosłup – nie mam z kim jechać na targi. Pojechałbyś?
  • Ale ja przecież nie mam zielonego pojęcia o tym, czym Firma handluje...
  • Wiem, ale to nic, potrzebny jest ktoś, kto da radę cały dzień łazić, dźwigać katalogi, no i sama trochę boję się jechać...
  • Aha, znaczy w roli,,tragarza-ochroniarza'', tak? No, to w takim razie czuję się wystarczająco kompetentny – w zasadzie, to czemu nie...

I tak dobrowolnie dałem zesłać się w głąb Azji...

Wylot

Na Heathrow wifispotów zatrzęsienie, ale wszystkie płatne. Pierwsza myśl, choć nawet nie sprawdziłem, ile to kosztuje: w torbie leży rezerwowa druga wifka na pcimci – może by z kimś w spółę wejść? Ale nie było sensu kombinować, bo czekania tylko półtorej godziny.

Pół doby w samolocie na miejscu dla krasnoludków. Dało się – przezornie zabrany z domu dmuchany kołnierz na szyję i można było spać. Tylko dlaczego rano było popołudnie? No i katar, jaki mi Młody przywlókł z przedszkola, bardzo był ucieszony z ciągłych zmian ciśnienia i usilnie próbował wepchać mi się w zatoki...

Hongkong

Na lotnisku wszystko sprawnie, idziemy do hotelu. Na dworze... Za życia trafiłem do piekła. Gorąco, parno i duszno. Tłum, syf i smród wyczuwalny mimo zatkanego nosa.

W metrze czuję się, jakbym pojechał jako opiekun z wycieczką z podstawówki. Trochę dziwnie tak stać w tłumie i widzieć przez cały pociąg od końca po koniec...

Pierwszego dnia wieczorem, po targach, w ramach odpoczynku dla zdeptanych stóp, polazłem robić zdjęcia. Takie tam – pocztówki z wieżowcami, jakie wszędzie można znaleźć. Trzy godziny łaziłem po ulicach i jeszcze na dodatek wróciłem godzinę później, od samego siebie, bo mi się omskła łapa i w aparacie źle nastawiłem czas, a tylko tam go sprawdzałem.

Drugiego dnia uradziliśmy, żeby zjeść coś innego, niż odgrzewańce ze sklepu. Przysiedliśmy w knajpce ze stolikami na ulicy. Stoliki ćwierć metra kwadratowego, zastawione miskami i talerzami tak, że miejsca brak, wokół tłum przechodniów się kłębi, syf straszny, naczynia i te, no, hm, sztućce – niedomyte. Ciekawie...

Wódz, który dzięki przeszkoleniu przez Koniczynka i Machekku dumnie mógł przyjąć skośno brzmiące imię Jako-Tako Jada Pałka-Mi, wtrząchnął co było, nie roztrząchnął za wiele, zapił piwem i na koniec stwierdził, że niepotrzebnie czarnowidził, że zesklepowe chrząstki z dżemem będą jego jedynym pożywieniem. Kaczka była wyś-mie-ni-ta! Ośmiornica gumiata i w smaku żadna, półmetrowe dętki z kurczaka groźne dla życia, a makaron, jak makaron. Ryba też.

Opanowałem podstawowe zasady higieny: żeby się nie rozchorować, trzeba mieć sprzymierzeńców. Najlepiej kilka milionów własnych bakterii, chroniących przed obcymi. Znaczy: ręce myjemy po jedzeniu. Przed nie ma sensu, bo stół i tak się lepi.

Pradawni, którzy wiedzą wszystko o wszystkich wszechświatach i którzy wąchali zapachy Kalkuty, Xrc i słynnego Marsportu, zgadzają się, że nawet te wspaniałe przykłady nosowej poezji są zaledwie limerykami wobec glorii zapachu Ankh-Morpork.

Zaczynam odróżniać ładne Chinki od brzydkich. Ciekawe, czy moja klasyfikacja pokrywa się choć częściowo z gustem miejscowych...

Kanton

Zaraz za granicą przesiedliśmy się do autobusu. Dziwne uczucie. Jakby przeszłość wróciła. Obrazki z dzieciństwa. Beton, pustka i syf... Najbardziej uderza ta pustka. Na ulicach miasta nie ma. Po prostu nie ma. Nie ma niczego. Nie ma ludzi, choć są. Nie ma reklam, choć też niby są... Szaro i obco. Martwo, mimo ludzi wokół...

Do hotelu pojechaliśmy taksówką. Jak tylko udało się znaleźć kogoś, kto adres przetłumaczył na krzaczasty, bo w mainlandzie obce języki są w wielkiej niełasce. Taksówkarz z niewiadomych przyczyn uważał, że jazda 100 km na godzinę z otwartymi oknami, to wspaniały pomysł i dopiero po długim czasie dał się przekonać, że mamy inne zdanie... Oni wszyscy sądzą, że przyjechaliśmy z bieguna i nastawiają klimatyzację, nawiewy i co tylko znajdą tak, żeby szron na nas osiadał. Murowany sposób na katar, bo na zewnątrz wściekle wilgotne +25.

Rano szybka bułka z jogurtem i w autobus. Cudaczność zestawień smaków mnie już nie dziwi. Słodka bułka z grzybami i papryką jest ok, słodka bułka z mięsem na wierzchu – nie. Może dlatego, że ta posypka mięsem nazywana była, nim została zużyta na buty dla jakiegoś starego, chorego na grzybicę stóp Chińczyka, a po jego śmierci zmielona i starta na pył? Nie wiem, wiem, że smakuje ohydnie.

Targi, jak targi. Patrzeć na te klamoty już nie mogę, choć motyw z oświetleniami był zabawny. Mieliśmy dla znajomego nazbierać katalogów firm dostarczających lampy. Więc poszliśmy w rozsypkę i w szybkim tempie kosiliśmy wizytówki i oferty. I jakoś tak w połowie hali dopiero zdałem sobie sprawę, że chyba ni cholery nie wiem, jak jest żyrandol po angielsku... Ale różnicy to nie robiło, bo odniosłem wrażenie, że połowa wystawców również nie. Pewnie w chinglish, którym się z nami porozumiewają, takiego słowa nie ma...

Powrót taksówką z nierozumiejącym słowa po angielsku (samo ok nie wystarcza) kierowcą nieznającym drogi dostarcza wielu niezapomnianych przeżyć. On coś po swojemu dziamgoli, my mu spadaj, dostałeś wizytówkę – radź sobie, dorosły jesteś, on zestresowany, nam po całym dniu łażenia wszystko jedno.

Wyskoczyliśmy na obiad do miasta. Do restauracji o radosnej nazwie Cofee shop. Ha! Teraz, po zjedzeniu pałkami między innymi chińskiej wersji spaghetti, nic mi już niestraszne! Po walce z półmetrowymi kluskami już wszystko się da nimi złapać. No i fakt, że przysporzyłem wiele radości kolesiowi przy stoliku obok, też ma jakieś znaczenie, prawda?

Gdy wracaliśmy z miasta skrzyżowaniem starej rozklekotanej nyski z dziecięcym wózkiem, zrozumiałem wreszcie, jak się tu jeździ! Otóż zasady są proste. No, przede wszystkim milicjanci (ale to tylko w mieście) – ci zawsze mają rację. Bo mają gwizdki. Dlatego gwiżdżą. Bo kto gwiżdże, jest ważny. Potem światła. Są. Zielone – jedź, pomarańczowe – e tam, czerwone – zwolnij trochę, bo tamci też chcieliby przejechać. No, w mieście mięczaki się zatrzymują przed czerwonym. Linie są po to, żeby odróżnić, gdzie droga ma wzdłuż, a gdzie wszerz. Niemniej jednak to tylko sugestia, wolno jeździć skosem, z kreskami między kołami, przeciwnym pasem, wyprzedzać od prawej, skręcać w lewo na nakazie jazdy w prawo, włączać na stałe długie, albo wściekle nimi migać i wszystko inne, co tylko przyjdzie do głowy. Na przykład jechać przez pół kilometra z włączonym lewym migaczem, a potem skręcić w prawo. Gdy zaś gdzieś wystąpi jakaś chwilowa przeszkoda (bo na przykład ktoś zaparkował w poprzek, albo wyjeżdża z podporządkowanej), droga ulega cudownemu zwężeniu z przemieszczeniem. Pasy nie są malowane gumą, więc się wtedy nie przemieszczają, ale nikomu nie sprawia najmniejszej trudności wyobrażenie sobie tego. Za to najważniejszy jest klakson! To proste, jak gra w berka – obtrąbiony liczy do dziesięciu. Przez ten czas wolno z nim zrobić wszystko, a jemu nic. Przede wszystkim należy wtedy go koniecznie wyprzedzić od lewej, jeżeli ma włączony lewy kierunkowskaz – było się spieszyć z tym skręcaniem, teraz czekaj! Dlatego wszyscy trąbią stale i na wszystkich. Kto pierwszy, ten lepszy. Samochód może nie mieć amortyzatorów, drzwi i przedniej szyby, ale klakson musi działać! Minirockersi na swoich pierdzikach też brzęczą nieustannie...

Przechodzenie przez jezdnię też jest proste. Robi się to w dowolnym miejscu – przejścia dla pieszych są po to, żeby były. Na całym świecie są, nie możemy być gorsi! Należy iść, jak przez stado bydła – nie włazimy pod koła, nie przebiegamy, nie zachowujemy się gwałtownie, nie panikujemy. Powoli, spokojnie, pas po pasie przechodzimy. Kierowcy widzą i trąbiąc korygują swoją trajektorię tak, żeby uniknąć potrącenia.

Z ciekawostek językowych: bankomat, to cash recycling system, który, gdy przedrzemy się przez opcje (pierwsze menu, żeby podnieść na duchu, jest wyłącznie krzakami pisane), presents cash, please wait. To jakby ktoś szukał. Mnie z miejsca przypomniało się born into the steamrollers...

A dziś obiad z Japończykiem w sifudzie. Ja, który nie ruszam praktycznie niczego, co mniejsze od królika, albo śmierdzi rybami... Ale co tam! Piwo z sake pozwolą przełknąć wszystko. Nawet małże i patrzące w oczy chipsy z glistowatych białych ryb...

Czwarta się zbliża – na dziś koniec. Jutro, ponieważ dzień luzu, żeby stopy nie odwykły, wycieczka w góry, w odwiedziny do Buddy. Zdaje się, że boso i w samych spodniach, bo jak będzie lało tak, jak dziś, to szkoda butów. I tak przemokną po 10 minutach, a w tym cieple potrzebne nie są...

7 komentarzy | Mężczyźni są z mięsa, a kobiety z wełny Nie lubię komputerów Ogólne Wiatr we włosach |