Wpis na 1. poziomie, wysłany 10 kwietnia 2007 o 15:28:14
19-21 stycznia 2007
Wyjazd firmowy. Latem, w trakcie powrotu z kajaków (może kiedyś je dokończę i opublikuję, nim mi się szkic całkiem rozmaże i powyciera) wypatrzyli pensjonat na Mazurach... No więc wyrok zapadł: kolejna impreza odbędzie się tam. Ładne miejsce, nad Pisą – całkiem sympatycznie.
Miałem przyjechać w piątek do firmy – handlowcom mieliśmy aktualizować soft na lapkach – ale ponieważ wyszło tak, że w poniedziałek rano musiałem znaleźć się z powrotem w Gdańsku, żeby stamtąd pojechać do Warszawy i jeszcze tego samego dnia wrócić, a na wczesny niedzielny powrót autokarem raczej nie było co liczyć, to ustaliliśmy, że Abram zrobi wszystko sam, a ja będę przy Sieci i pod telefonem, a dojadę bezpośrednio na miejsce sam...
Wyruszyłem po piętnastej. Najszybsza trasa pod Łomżę, to do Gdańska, siódemką w okolice Olsztynka, a potem w lewo, na Szczytno. Ale nie w piątek o piętnastej – półtorej godziny zajęłaby jazda przez centrum. No, to na skróty – Tczew, Malbork, w Miłomłynie na siódemkę. Wesoły autobus wyruszył pół godziny później – w końcu mieli blisko dwa razy bliżej. Ale Wojtas już tydzień wcześniej mówił, że pierwszy przystanek jest po trzech kilometrach, bo kogoś trzeba zabrać po drodze...
W Malborku objazdy. Remonty, barierki, wykopy... Standardowo: jak nie jesteś miejscowy, to radź sobie sam. Zwłaszcza po ciemku. Trafiłem dopiero, gdy przestałem przejmować się zakazami ruchu i pojechałem na azymut. Ok, 20 minut kluczenia. Ale nic strasznego – SMS od Wojtasa, że już przejechali 30 kilometrów. W półtorej godziny. Tankują na stacji. Bynajmniej nie bak autokaru...
Dzierzgoń, Zalewo... Gdzie to w ogóle jest? Ale sobie drogę wybrałem! Kręta, a szeroka taka, że co chwilę się zastanawiam, czy aby lusterek nie złożyć... Do kompletu deszcz. Taki, że jedyne, co widać, to mieszające wodę na szybie wycieraczki...
Jakoś udało się dotrzeć do Miłomłyna. Niezupełnie tam, gdzie chciałem, ale wyjechałem na siódemkę – liczy się osiągnięty cel, nie drobna niezgodność ze scenariuszem. Tu ciekawiej – śnieżyca. Ale taka żadna, bo nawierzchnia ciepła, więc jedzie się, jak w deszczu, a tylko przed oczyma ,,podróż w przestrzeni kosmicznej''...
Skręt do Olsztynka, śmigam na Szczytno. Pustki na drodze, gdzieniegdzie odrobinę przyprószone śniegiem, ale bez wpływu na warunki drogowe. Telefon. Numer Wojtasa, głos Beaty, słowa niezrozumiałe – słychać jedynie chóralne śpiewy, wrzaski i burczenie autobusu... Zdaje się, że znowu jadą...
W ostatniej chwili zorientowałem się, że gość z naprzeciwka najwyraźniej albo mnie nie widzi, albo boi się pobocza (gdzie leży pół milimetra świeżego śniegu), albo uznał, że zabawnie będzie wieczór zakończyć czołówką. Jak inaczej wytłumaczyć to, że zajmował dobrych 70 cm mojego pasa? Szarpnąłem kierownicą, chwytając prawie prawymi kołami rynsztok na poboczu, udało się uniknąć zderzenia, ale lusterka się pocałowały. Nie pierwszy raz i z pewnością nie ostatni. Wyhamowałem, postałem chwilę czekając, czy tamten zawróci. Lusterko obmacałem – szkło, oczywiście, w pył, ale korpus tylko się obrócił i nawet rysy nie ma. Porządna konstrukcja – zważywszy zwłaszcza, że uderzenie było przy łącznej prędkości dobrych 250 km/h...
Nie zawrócił. Kij mu w oko, nie będę przez głupią szybkę za 50 zł ganiał za idiotą po mieście, dzwoniąc po policjantach. Jadę...
Dalsza droga bez przygód. Pomijając jeden radosny przejazd kolejowy. W ciemnościach przezabawne, ale najwyżej dla widzów – jadę sobie spokojnie, prosta droga, daleko przede mną dwie czerwone kropki w ciągle tej samej odległości, oznaczony przejazd, pierwszy pasiak, drugi pasiak, trzeci pasiak... KURRRRR!! Ostry skręt w lewo, tory, ostry skręt w prawo, ostry skręt w lewo. No, żeby ich... W dzień może to i widać, ale po ciemku człowiek jedzie ,,na światełka'' tego, co przed nim. A że ten daleko, to nie zwraca się uwagi, że się nieco kiwnął w pewnym momencie. Droga prosta. Z zygzakiem w środku. Kto nie zauważy, to w trawę i zapraszamy na podkłady. Przejazd kolejowy sponsorował pewnie lokalny zakład blacharski...
Znalazłem miejscowość. Egipskie ciemności, bo pogoda prąd zabrała. Zasięg ledwie mierzalny, ale dodzwoniłem się. Już są! Od kilkunastu minut! No, to przycięli na ostatniej prostej! Widocznie tym razem upilnowali, żeby Wojtas nie siadł za kierownicę. Właściciel mnie popilotował, dojechałem. Nim zdążyłem wysłać meldunek SMS-em, że dojechałem i żyję jeszcze, ale to moje ostatnie chwile, samochód otoczyła mi gromada zombie. Najwyraźniej z zamiarem poczynienia w mym mózgu szkód, jakich sami doznali. Ich puste spojrzenia i pełne naczynia świadczyły wymownie intencjach, jakie nimi powodowały...
Dostałem pokój. Rzuciłem torbę, gitarę z powrotem na plecy i idziemy szukać ludzi. Jacyś przecież jeszcze muszą być...
- Wodzu! Jest impreza!
- Gdzie?
- W 105!
- Ok...
Gdziekolwiek to jest... Znalazłem. Włażę, razem z tłumkiem napotkanych po drodze. W środku Ania i Rafał. Pytające spojrzenia...
- Nie wiecie? Jest impreza.
- Gdzie?
- Tu.
- Aha...
Muzyka, trawa, wódka, zabawa... Skończył się prąd w generatorze...
Rafał, dzielny człowiek i dobry kolega, dbał, bym mimo stale zajętych rąk nie wysechł z tęsknoty i oliwił mnie skutecznie. Gdy wszyscy popadali, a struny instrumentu stwierdziły, że są już zmęczone i zaczęły wysmykiwać mi się spod palców, czas było wrócić. Jakoś, po długich peregrynacjach dotarłem na to swoje pierwsze piętro, klnąc po drodze w żywy kamień tego, który na noc zmienia zwykłą klatkę schodową na schody kręcone (a rano już z powrotem były zwykłe!) i to bez uprzedzenia! A w bezksiężycową noc bez prądu ciemno było tam jak u Murzyna w okrężnicy. Nie wiem po co przełaziłem przez barierkę (jest na wysokości jakichś trzech metrów i niezupełnie po drodze), ale widać było to wtedy niezbędne. Zległem w pościeli. Rano wpada Paweł (że też, cholera, drzwi za sobą nie zamknąłem). Jego szczęście, że spałem zwrócony twarzą do wejścia i że alkoholowo rozleniwiony byłem. W każdym razie zdążyłem go rozpoznać, nim doleciał do mnie. Otworzył moją torbę, wywalił wszystko na podłogę, zapytał ,,gdzie oni to schowali'', zignorował moje ,,co?'', część rzeczy wsadził z powrotem i pognał. Z lekka osłupiały mruknąłem tylko ,,hm'' i postanowiłem jeszcze trochę dodrzemać...
Polazłem do gitary, żeby wyciągnąć z pokrowca żołądkową na dobry początek dnia, wypiliśmy z Rafałem rozgrzewkowo i jakoś dzień się zaczął... Swoją drogą, to architekta projektującego ten budynek należałoby ukrzyżować. Co za głupi pomysł, żeby korytarz generował ciągłe uczucie deja vu! Idziesz prosto, skręcasz i... jesteś w tym samym miejscu. Nic! Idziesz twardo dalej, skręcasz za róg i... znowu w tym samym miejscu. No, kurde, Matrix się zapętlił! Całe szczęście, numery na drzwiach są różne...
Po śniadaniu zebranie. Bo to w końcu wyjazd służbowy, jak by nie patrzeć. Na krzesłach Matki Boleściwe i Jezusy Ukrzyżowane twardo próbują utrzymać pozycję siedzącą. Godzina pokuty minęła, czas na zapowiedziane atrakcje – obiecany małpi gaj.
Doszliśmy na miejsce. Wszyscy jakoś mało palą się do włażenia, ale mnie dwa razy namawiać nie trzeba. Zwłaszcza po alkoholu. Jeszcze tylko podpisać cyrograf, że jak spadnę, to obiecuję się zabić dokumentnie i nie procesować się z organizatorem, uprząż asekuracyjna (jak koniecznie chcesz, to mogę to założyć, co mi tam), beret z daszkiem na głowę i do góry...
Wcześniej rzuciłem okiem. Pięć odcinków, każdy po 10-15 metrów... 2-3 minuty i jestem z powrotem na dole. Cały czas w ruchu, więc nie zmarznę. Zrzuciłem kurtę pod drzewo i w koszulce polazłem do góry... Przesiedziałem w niej 40 minut na platformie czekając, aż dojdzie do mnie reszta i gość przylezie mnie asekurować przy zjeździe... Na szczęście styczeń mieliśmy wyjątkowo ciepły. Gdyby był mróz, to bym po prostu sobie zjechał po tej linie nie zważając na jego wrzaski...
Po drodze jedna belka uznała za stosowne odwiązać się i uciec mi spod nóg. Na szczęście każda małpa już w dzieciństwie uczy się, że gdy jedna kończyna sięga, by się czegoś schwycić, pozostałe trzy zawsze muszą się czegoś trzymać, najlepiej każda czego innego. A już zwłaszcza należy unikać trzymania się tej samej gałęzi, na której się stoi. Bo to bardzo niewygodna i stosunkowo mało stabilna pozycja... Zahuśtałem się na rękach, chwyciłem stopą drugą belkę, złapałem tamtą wredną, organizatorowi rzuciłem znaczące spojrzenie i pytanie, czy to też leżało w zakresie atrakcji, przywiązałem i pokicałem dalej... Za mną, pod Krzyśkiem rozwiązała się lina, po której szedł. Ufał tylko nogom, więc gdyby nie uprząż, to klapnąłby z dziesięciu metrów na ziemię... Powisiał sobie jak pająk, kręcąc się na sznurku...
W drugim rzucie również Ania i Agatka postanowiły rzucić wyzwanie śmierci i dzielnie pokonały całą trasę. I na tym się skończyło. Długo strasznie to wszystko trwało – nie najlepiej zorganizowane. Powinna być tam druga osoba do asekuracji zjeżdżających, wtedy jedno przejście trwałoby rzeczywiście kilka minut i wszystko szłoby sprawniej...
Wieczór mi się dłużył... W niedzielę w południe siadałem za kierownicę, więc musiałem wytrzeźwieć. Kilka tylko piw wśród dobrze bawiącej się gromady sprawia, że człowiek czuje się jak obcy... Schowałem się w norze, znajdując zrozumienie u Morfeusza i Nocy...
Rano długo szukałem gitary. Że też jej nie zabrałem ze sobą do pokoju... Ale nie chciałem tak po prostu wyjść, bo jeszcze ktoś spragniony darcia ryja postanowiłby mnie ściągnąć z powrotem. Na szczęście znalazła się za telewizorem, nie w kominku...
Przyjechał autokar, zatem i ja zatrzasnąłem za sobą piękne chwile, beztroskę i żal, że tracę możliwość jazdy wesołym autobusem i pomknąłem na północ – tym razem znaną już mi drogą. Po to, by następnego ranka robić za kierowcę karetki. Ale o tym już w następnym odcinku wieści z przeszłości...