wodzu@wodzu.net


Ludzie rzeczy kupują...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 10 sierpnia 2006 o 23:53:30

Do Batka przyszły koszulki. Takie ładne, z nadrukami. Jedne ze zdjęciami, inne z malowankami, ale wszystkie bardzo realistyczne. Pierwsza seria. Wiosną na targach znaleźli dystrybutora na Europę. Produkcja amerykańska. No właśnie...

Jak ludzie zobaczyli katalog, to każdy chciał mieć taką koszulkę - wydzierający się z brzucha rekin, tygrys, walczące smoki, piękna elfka zamyślona nad taflą jeziora... Zwłaszcza, że taniej, bo przy okazji pierwszego importu do sprzedaży, a i bez sklepowych narzutów. Pozamawiali sobie. Też zamierzałem sobie coś wybrać, ale jakoś tak wyszło, że nie miałem czasu, a potem zapomniałem...

No i przyszły...

Akurat byłem wtedy w firmie. Beata przyniosła karton do góry. Otworzyliśmy go, zaciekawieni, jak to wygląda w rzeczywistości...

Cisza...

Hmm...

Nadruki rzeczywiście bardzo ładne...

Ale rozmiary...

No, małe, to one nie były... Każdy sobie zamówił rozmiar, jaki normalnie nosi. Ale... Ja do najmniejszych nie należę. No, powiedziałbym, że raczej przeciwnie. Koszulkę, którą miałem na sobie, producent oznaczył trzema literkami, z czego dwie, to X, a trzecia bynajmniej nie S. Ale te?

M-ka byłaby w miarę dobra, gdyby nie była za krótka. L-ka powiewała na mnie, jak flaga. XL-ką mogłem się prawie dwa razy owinąć. XXL nikt nie zamówił, ale pewnie po zaślepieniu otworu na głowę, zaimpregnowaniu i dodaniu stelaża, mógłbym używać tego jako namiotu. Tylko musiałbym nauczyć się spać w kucki.

Ludzie! Ile i czego trzeba żreć, żeby takie ciuchy nosić? I, skoro to jest zwykła oferta rynkowa, to te rozmiary są normalne! W sensie położenia na krzywej rozkładu, oczywiście, bo jak można nie uznać za patologię tułowia o średnicy krowiego? Nie zwężało się to ku pasowi, więc raczej nie na klaty jak Conana Barbarzyńcy było projektowane... Koszmar. Znam, co prawda, jedną taką parę, na którą by te ciuszki pasowały. Synka mają podobnego do siebie. W wieku 14 lat miał operację stawów biodrowych, bo w wyniku tuszy wytarł sobie panewki. Ale to margines populacji. A tam? No, idiotyzm.

Wolałem nie patrzeć na miny ludzi, gdy odbierali wytęsknione koszulki. Skończą pewnie jako gobeliny na ścianach, bo w końcu jednak ładne i wyrzucić szkoda...

3 komentarze | Ogólne |

Świat się kończy, będę wiosłował

Wpis na 1. poziomie, wysłany 10 sierpnia 2006 o 18:18:14

Ja, zaprzysięgły wróg wszelkich pływadeł nienapędzanych żaglami, dałem się namówić na spływ kajakowy. No, czasem się tak z człowiekiem dzieje, że rozum traci i dobrowolnie daje się na galery wsadzić...

Ponieważ Justynie skończył się urlop, wróciła do pracy i jeździ tam samochodem, a kajaki mi się połączyły z wyjazdem do firmy, przyjechałem pociągiem. Bo bez sensu, żeby samochód stał dwa tygodnie na parkingu, skoro może jeździć. Zabrałem więc ze sobą jedynie to, co niezbędne, bo ręce tylko dwie mi wyrosły i jakoś nie widać, żeby miało się coś w najbliższej przyszłości zmienić.

Tego idiotę, który w pijanym najwyraźniej widzie wymyślił, że latem w Polsce pociągami jeżdżą głównie przybysze z okolic równika i włączył ogrzewanie, żeby nie marzli, z chęcią bym ukrzyżował. Natychmiast po wypatroszeniu. Cztery godziny spałem przy otwartym oknie, zawinięty w firankę, żeby mi uszu nie przewiało, a skarpetki w butach mi smętnie skwierczały.

Po przyjeździe natychmiast zgadałem się z Wojtasem, że będziemy nocować w jednym namiocie. No, po co innych budzić o świcie depcząc ich, gdy będziemy kłaść się spać, jak możemy lec razem, gdy już żołądki więcej płynu nie będą chciały przyswajać? I tak tylko nas dwóch zawsze zostaje... Wojtas, jak się dowiedział, że gitary nie wziąłem, na chwilę się zasępił. Następnego dnia powiedział, że gitara jest. Pożyczył. Opływana kajakami, tydzień temu spędziła z nim kilka dni na Litwie. Już leży. Zapasowe struny i kostki też się dało szybko kupić. Wszystko gotowe. Baterie w czołówce też wymienione - rzeczywiście świecą około 20 godzin. Dobę świeciły w rzeczy, w które były zawinięte. Jak rozpakowałem wór po powrocie z żagli, to już tylko nędznie się żarzyły... Tylko aparatu nie mam, ale zostawiłem go świadomie. Nie wezmę go przecież do kajaka. Deszcz i woda z wiosła by go załatwiły. Szkoda go.

Wyjazd firmowy, więc ciężka to będzie próba dla wątroby. Wojtas już, jak to określił, na początek, przygotował dla nas dwóch ilość śmiertelną dla przeciętnego niesłowianina...

my ją pić, pić do rana, nasza woda ukochana. my ją pić, my ją pić, a potem paść...

Cóż, kontuzji barku, której nie mogę wygoić od półtora roku, wiosłami raczej nie wygoję. Trudno, przynajmniej tę gruźlicę, co się od tygodnia odwalić nie chce, zdezynfekuję...

Dodaj komentarz | Wiatr we włosach |