Wpis na 1. poziomie, wysłany 24 lutego 2006 o 09:40:20
Jogger ruszył, to można to popchnąć jeszcze raz..
W pięknym kraju głupich ludzi ktoś opatentował Ajaksa i inne podobne mechanizmy. Wszystkie hurtem, a co się będzie ograniczał! Matołki w urzędzie patentowym przyklepały numerek i wszystko już będzie przepięknie. Myślałem, że od czasu, jak komuś się kilka lat temu udało w Kanadzie opatentować koło, to już nic mnie nie zdziwi w tej dziedzinie, ale łatwość, z jaką tam się wciska urzędasom, że coś jest unikalne i nie jest oczywiste dla każdego, kto potrafi sobie sam buty zawiązać, mnie przeraża... Toć w czym takie zdalne uruchamianie środowiska budującego aplikację różni się od lokalnego jego uruchomienia? Dla windziarza, który wszystko musi zrobić myszką, to może i to nowość jest, ale co za różnica, czy make odpalisz z terminala, czy też uruchomi go jakiś skrypt inicjowany przez demona jakiejś usługi? Przypomina mi się, jak gdzieś w okolicach 97 sprzedaliśmy usługę pewnej firmie. Przechodzili z jednego systemu na inny i trzeba było wykonać konwersję danych. Dane były w tekstowym dumpie i trzeba było go przerobić tak, żeby nowa baza umiała sobie wciągnąć. Perlowy skrypt na półtora ekranu wystarczył. Konwersja miała odbyć się w sobotę rano. Umówiliśmy sie z ich adminem na wysyłkę mailem o specjalnym tytule, z załącznikiem...
Nikt nie chciał przyleźć w sobotę rano do pracy, więc całą robotę zrobił skrypt odpalany z procmaila. Wyciągał załącznik, rozpakowywał, odpalał na plikach, jakie dostał, skrypcika konwertującego, wyniki pakował i wysyłał z powrotem. Najważniejszym elementem tego skryptu było sleep 300, żeby za szybko się nie odesłało z powrotem. Dodawało się do tego opóźnienie wynikające z tego, że firma ta miała wyjście na świat poprzez VPN do macierzystej firmy i w efekcie mail szedł przez Stany. Goście byli zachwyceni, że w 10 minut mają z powrotem przekonwertowane dane. Czy jak te dane też były różnorodne, operacja była odpalana zdalnie i wywołujący dostawał je spakowane i gotowe do uruchomienia, to kwalifikuje się to jako prior art? W końcu co za różnica, czy plik zawiera program, który wykonuje procesor, czy tekst, który steruje zachowaniem importera danych? Bo końcu taki P-code, to dane, czy program? Wiem, jestem złośliwy, ale jakoś nie widzę nic szczególnie odkrywczego w takiej usłudze.
Ale ja nie o tym chciałem... Skoro tam jest tak łatwo byle głupotę opatentować, to może by opatentować coś, za co wszyscy musieliby płacić? Co? No, oczywiste – uprawianie seksu. Każdy będzie od razu podejrzany. Będą się wywijać jak piskorze, ale co się złapie, to się złapie. Nie ma sensu próbować zaglądać ludziom pod kołdry. Lepiej się zająć przypadkami oczywistymi. Masz dziecko? Płacisz! Nie twoje? Aaaa, to zrobimy profil DNA i porównamy. Za badanie i tak zapłacisz...
Działać trzeba szybko i na jak największą skalę, bo pewnie szybko ten patent obalą. Trzeba by go tylko zredagować tak, żeby brzmiał jak coś zupełnie innego. Musi to być coś w stylu mechanizm automatycznej reprodukcji sterowany kombinatorycznie sumą pozbiorów kodów osobników inicjalnych. Trzeba jakiegoś biologa zapytać, żeby to mądrze ujął. Przetłumaczy się babelfishem z angielskiego na niemiecki, potem na francuski i z powrotem na angielski i będzie brzmiało doskonale. Żeby gamonie w amerykańskim urzędzie i nie zajarzyły, co to...