wodzu@wodzu.net


Ja jestem pasażerem...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 24 lutego 2006 o 19:10:56

Mam miejsce przy oknie. Przy drzwiach siedzi jakiś marketoid ze swoją znajomą i gada, gada, GADA!! Nap*la paszczą, że sekundy ciszy nie ma. Idę do Warsu na piwo, nim go uduszę.

Ciekawe, ile jeszcze wytrzyma ten gość naprzeciw mnie...

9 komentarzy | Warstwa ..., warstwa piasku |

Patentowe idiotyzmy

Wpis na 1. poziomie, wysłany 24 lutego 2006 o 09:40:20

Jogger ruszył, to można to popchnąć jeszcze raz..

W pięknym kraju głupich ludzi ktoś opatentował Ajaksa i inne podobne mechanizmy. Wszystkie hurtem, a co się będzie ograniczał! Matołki w urzędzie patentowym przyklepały numerek i wszystko już będzie przepięknie. Myślałem, że od czasu, jak komuś się kilka lat temu udało w Kanadzie opatentować koło, to już nic mnie nie zdziwi w tej dziedzinie, ale łatwość, z jaką tam się wciska urzędasom, że coś jest unikalne i nie jest oczywiste dla każdego, kto potrafi sobie sam buty zawiązać, mnie przeraża... Toć w czym takie zdalne uruchamianie środowiska budującego aplikację różni się od lokalnego jego uruchomienia? Dla windziarza, który wszystko musi zrobić myszką, to może i to nowość jest, ale co za różnica, czy make odpalisz z terminala, czy też uruchomi go jakiś skrypt inicjowany przez demona jakiejś usługi? Przypomina mi się, jak gdzieś w okolicach 97 sprzedaliśmy usługę pewnej firmie. Przechodzili z jednego systemu na inny i trzeba było wykonać konwersję danych. Dane były w tekstowym dumpie i trzeba było go przerobić tak, żeby nowa baza umiała sobie wciągnąć. Perlowy skrypt na półtora ekranu wystarczył. Konwersja miała odbyć się w sobotę rano. Umówiliśmy sie z ich adminem na wysyłkę mailem o specjalnym tytule, z załącznikiem...

Nikt nie chciał przyleźć w sobotę rano do pracy, więc całą robotę zrobił skrypt odpalany z procmaila. Wyciągał załącznik, rozpakowywał, odpalał na plikach, jakie dostał, skrypcika konwertującego, wyniki pakował i wysyłał z powrotem. Najważniejszym elementem tego skryptu było sleep 300, żeby za szybko się nie odesłało z powrotem. Dodawało się do tego opóźnienie wynikające z tego, że firma ta miała wyjście na świat poprzez VPN do macierzystej firmy i w efekcie mail szedł przez Stany. Goście byli zachwyceni, że w 10 minut mają z powrotem przekonwertowane dane. Czy jak te dane też były różnorodne, operacja była odpalana zdalnie i wywołujący dostawał je spakowane i gotowe do uruchomienia, to kwalifikuje się to jako prior art? W końcu co za różnica, czy plik zawiera program, który wykonuje procesor, czy tekst, który steruje zachowaniem importera danych? Bo końcu taki P-code, to dane, czy program? Wiem, jestem złośliwy, ale jakoś nie widzę nic szczególnie odkrywczego w takiej usłudze.

Ale ja nie o tym chciałem... Skoro tam jest tak łatwo byle głupotę opatentować, to może by opatentować coś, za co wszyscy musieliby płacić? Co? No, oczywiste – uprawianie seksu. Każdy będzie od razu podejrzany. Będą się wywijać jak piskorze, ale co się złapie, to się złapie. Nie ma sensu próbować zaglądać ludziom pod kołdry. Lepiej się zająć przypadkami oczywistymi. Masz dziecko? Płacisz! Nie twoje? Aaaa, to zrobimy profil DNA i porównamy. Za badanie i tak zapłacisz...

Działać trzeba szybko i na jak największą skalę, bo pewnie szybko ten patent obalą. Trzeba by go tylko zredagować tak, żeby brzmiał jak coś zupełnie innego. Musi to być coś w stylu mechanizm automatycznej reprodukcji sterowany kombinatorycznie sumą pozbiorów kodów osobników inicjalnych. Trzeba jakiegoś biologa zapytać, żeby to mądrze ujął. Przetłumaczy się babelfishem z angielskiego na niemiecki, potem na francuski i z powrotem na angielski i będzie brzmiało doskonale. Żeby gamonie w amerykańskim urzędzie i nie zajarzyły, co to...

3 komentarze | Nie lubię komputerów Warstwa ..., warstwa piasku |

Detoks. Dzień czwarty.

Wpis na 1. poziomie, wysłany 22 lutego 2006 o 22:57:22

Ostatnimi czasy chodziłem napędzany głównie kawą. Nie działa ona na mnie wcale – w każdym razie nie likwiduje senności, a moje tętno nadal oscyluje w okolicach tego, jakie ma śpiący snem zimowym niedźwiedź, ale ją lubię. No, po prostu lubię. Lubię grzać łapy o gorący kubek, lubię, czekając aż fusy zatoną, wąchać zapach parujący z niego...

Problem w tym, że żołądek i wątroba lubią to mniej. Nie, żeby się skarżyły, ale chyba coś im się ode mnie jednak należy. Dlatego postanowiłem zrobić im promocję. Nie taką, jak w supermarkecie, gdzie wcisną ni cholery Ci niepotrzebne barachło za cenę dwukrotnie wyższą od jego rzeczywistej wartości. Taką prawdziwą. Za tę samą pracę nad jedzeniem (no, jeść muszę – nie potrafię bez tego żyć) gratis mają urlop od kawy. Do końca miesiąca.

Piję herbatę. Pęcherz mówi, że tamtej dwójce, to krzywdę zrobi. A we wtorek śledzik. I koniec promocji...

Dodaj komentarz | Ogólne |

Dzień świra

Wpis na 1. poziomie, wysłany 22 lutego 2006 o 22:28:36

Poszliśmy w niedzielę do Teatru Miejskiego na Dzień Świra. Przyznam, że szedłem z mieszanymi uczuciami, obawiając się nieuchronnej konfrontacji z wersją filmową. W końcu z Kondratem ciężko się mierzyć – nawet mimo tego, że moim zdaniem on do tej roli był nieco za stary. Bo jednak na pewno świetnie ze swoim dźwięcznym głosem i nerwowością w ruchach umiał odegrać pełnego natręctw nerwicowca...

Na szczęście film widziałem tylko raz, więc nie miałem problemów z dopasowywaniem twarzy do zapamiętanych scen i oglądało mi się dobrze. Mimo tego, że przede mną siedział kumpel mojego wzrostu, a widownia w Miejskim jest niewielka i z poziomą podłogą – przynajmniej mi szyja nie ścierpła od nieruchomego siedzenia. Podobało mi się. Nawet chyba mogę powiedzieć, że bardzo. Troje aktorów, 25 ról – nieźle... Adaś, Sylwuś, Rączka, mamuśka, pedał pod prysznicem, stara Chinka... No nie ma ch*ja we wsi, po prostu, jak sam powiedział... Wyszedłem ubawiony nie mniej, niż sami aktorzy. Widać było, że momentami powstrzymują się, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

Mało brakowało, a spóźnilibyśmy się, bo zima nadgryzła akumulator – dwa dni nie jeździłem i cholerne immobilizery uznały, że najwidoczniej chcę im go ukraść, bo napięcie za małe i odcinały zapłon. Dżizas, k*wa, ja pi*dolę, znowu na prostowniku musiałem odpalać. A miałem w piątek kupić nowy akumulator, a miałem w piątek... E tam, ile to ja rzeczy miałem zrobić – życia i tak nie starczy na to...

Dodaj komentarz | Bo to, k*wa, trzeba trochę kultury! |

D'Artagnana, jednego z Trzech Muszkieterów...

Wpis na 1. poziomie, wysłany 16 lutego 2006 o 23:08:49

... usłyszałem kątem ucha, gdy nieopatrznie, jedząc kolację, usiadłem zbyt blisko indoktrynatyzatora. Jednego z trzech spośród czterech, czy jak? Logika Panów Komentatorów zawsze była dla mnie niepojęta. Nigdy też nie odgadłem, czy zdolni są do wypowiadania czegokolwiek poza wyświechtanymi sloganami i czy je choć trochę rozumieją...

Jak dla mnie wystarczy igrzysk, boję się o przeponę...

Dodaj komentarz | Warstwa ..., warstwa piasku |

Mina z opóźnionym zapłonem

Wpis na 1. poziomie, wysłany 02 lutego 2006 o 02:43:33

Od dobrych trzech tygodni szukałem, dlaczego się sypie. Z przerwami, oczywiście, bo jak działało, to były istotniejsze problemy. Z przedziwnych przyczyn SIG11, a gdb stale, że ,,source file is newer than executable''...

Kompilowałem w tę i we w tę, dodawałem jakieś warunki, żeby uchronić przed segfaultami. Nic nie pomagało. W końcu mnie tknęło. Zajrzałem nie w kod, tylko w makefile...

Z CVS wynika, że tydzień temu pułapka miała czwarte urodziny. Z jakichś trudnych teraz do ustalenia przyczyn wymusiłem linkowanie plików z podkatalogów. Późniejsze zmiany umieściły je w osobnych bibliotekach. I w efekcie były w dwóch kopiach... Jak to dotąd działało, to sam nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć.

2 komentarze | Nie lubię komputerów |