Dzień policjanta
Jeden sprawdzał dokumenty, drugi z nudów chciał obejrzeć światła. Mijania widział, jak podjeżdżałem, więc teraz kierunkowskazy. Ok. Stopy? Ok. Trójkąt i gaśnicę pan ma? Mam. Gaśnice, to chyba ze dwie nawet. Pokazać? Nie, nie trzeba.
Nudził się. Przypomniał sobie, że samochód ma więcej świateł. Proszę włączyć wsteczny. Włączyłem stacyjkę, wrzuciłem wsteczny. Zrobił głupią minę. Aha! Alarm włączył immobilizer i miga awaryjnymi. Kierownica mi kontrolki przesłania, więc nie zauważyłem. Wygasiłem migadło. Przeciwmgielne? Proszę. Trochę był skołowany, ale jego kolega już zdążył sprawdzić papiery, więc mi je oddali, pożyczyli szerokiej drogi. Pojechałem.
Po co miałem mu tłumaczyć, że od trzech tygodni wiem, bo na przeglądzie mi powiedzieli, że gamoń lakiernik zamienił kable od lewego wstecznego i przeciwmgielnego? Jeszcze kazałby mi to na miejscu przełączać...
Wielki Brat patrzy...
To ja idę na strych po starego zgrzytaka. Ten ani pół tajnej kropki nie zostawi po sobie.
15 komentarzy | Nie lubię komputerów Warstwa ..., warstwa piasku | Permalink
Paragraf 22
./builder -bb eclipse... trzeba mu jakarta-ant. Ok, nie ma sprawy. ./builder -bb jakarta-ant... Pierwsze, czego chce, to beanshell. Ok, zaraz będzie: ./builder -bb beanshell... jakarta-ant mu najpierw potrzebny. A w pysk chcesz? Poszedłem spać, bo w międzyczasie wszystko przy użyciu emacsa zrobiłem...
Spuszczony z łańcucha
Wczoraj wieczorem wróciłem z Warszawy... Niewyspany - po wieczorze w Gnieździe nie było za wiele czasu na spanie. Dziś rano Młody przyszedł i ,,tata, nie śpij''. Tia... sen skraca życie... Rano Justyna pojechała do mamy. Zabrała ze sobą Młodego, psa i samochód. Do ryja jechałem autobusem. W zasadzie, to fajnie, człowiek sobie siedzi, wszystko ma gdzieś, a pudło jedzie. Tyle, że 2 razy wolniej.
Krom się odezwał, że będzie miał sprzęt i mi go podrzuci. W zasadzie p*enie się z ptakami jest skończone, ale żeby zamknąć robotę, trzeba jeszcze parę drobiazgów dorobić. Im szybciej, tym lepiej. Ok, podrzuci mi go, wracając do domu. Ja bez samochodu, weekend się zaczyna, to może pójdziemy na piwo...
No, co za świat! Knajpy albo w remoncie, albo od 18. Człowiek nie ma się gdzie napić. Doszliśmy aż do Długiej... To może Andrzeja z roboty wyciągniemy? Zadzwoniłem. Nie odebrał. Idziemy! Może jest w pracy. Byliśmy już w środku, jak zadzwonił mój telefon. Andrzej. Chłopie! Nie dzwoń, tylko kurtkę bierz. Stoimy pod Twoimi drzwiami. Wyszedł na 40 minut. Tak powiedział pracownicy...
Zakotwiczyliśmy w Jazz Clubie. Po trzech piwach zadzwoniłem do Przemka: wiesz co? poszedłem z Kromem na jedno piwo... I jak mi je zaraz przyniosą, to już nie zdążę na bezpośredni autobus do domu. Jesteś? Tym następnym nie będę zwiedzał okolicy, tylko wysiądę koło Ciebie (w domyśle: wypijemy piwko albo mnie do domu podrzuć)...
Wypiliśmy, czas wracać. Zimno już się robiło. Andrzej wrócił do pracy, my - kierunek dworzec... Gdy mijaliśmy Underground (w tamtą stronę odbiliśmy się od zamkniętych drzwi), miałem jeszcze 12 minut do autobusu. A może by na piwko? Po co się tak spieszyć?
Andrzej już nie chciał przyjść. Mimo obietnic, że będziemy rozmawiać wyłącznie po angielsku. Jakoś za bardzo przejął się jutrzejszą lekcją. Prądu w tej pedalskiej biżuterii nie starczyło, żeby wysłać jeszcze sms-a do Przemka, że ,,raczej'' nie zdążę - na szczęście podładowałem trochę w barze i potem było już energii dość. Swoją drogą, barmanka jeszcze fajniejsza, niż kiedy byłem tam ostatnio...
Dopijaliśmy drugie piwo, zostało nieco ponad 30 minut do mojego autobusu, jak przypałętał się jakiś zawiany gość. Stanął nad nami, pochwiał się chwilę, nachlapał na mnie piwem i zapytał, czy mam jakiś problem. Też psycholog się znalazł, taka jego mać... Powiedziałem, żeby się wyluzował, usiadł i dał sobie i mnie spokój. Usiadł. Parę razy próbował od nas wyciągnąć coś do palenia - wyraźnie dawał odczuć, że nie papierosy go interesują. No, pierwszy raz wzięto mnie za dilera. Głupie uczucie. Jeszcze głupiej było, jak się po jakimś czasie przyznał, że jest z CBŚ. Albo świrował, albo rzeczywiście był. Sam już nie wiem. W każdym razie był zawiedzony, że szpanowaniem glockiem nie zrobił na mnie wrażenia. Może by i zrobił, jakbym się nie wychował wśród myśliwych, a całego przedpołudnia nie spędził w towarzystwie zakutego w kevlar i uzbrojonego po zęby męża Iwony, który akurat doprowadzał do prokuratury jakiegoś bandziora i siedział sobie u nas, czekając aż będzie znowu potrzebny... Ale chyba jednak mówił prawdę, bo po jakimś czasie (ile czasu potrafi minąć w ciągu kilku minut!) zaczął się żalić na to, jak musi żyć, a jaką cenę za to płaci... Wyglądało to szczerze. Jeżeli tak było naprawdę, to Twoje zdrowie, chłopie! Nie daj się zabić!
Wracałem autobusem. Ależ piękna mgła na polach... Aż kusi, żeby pójść z aparatem. Ale chyba raczej zaznajomię się bliżej z poduchą. Warto podnieść średnią snu, bo na tę z ostatnich dwóch tygodni, to mi palców jednej ręki aż nadto...