Pamiętnik znaleziony w terminalu
Czas wracać. Targi w Hongkongu, sprężając się, udało się nam oblecieć w dwa dni, mieliśmy dwa na wycieczki po okolicy, ale o tym później, jeśli będzie kiedykolwiek czas – tym razem o samej podróży. Bagaże nadaliśmy na dworcu w Kowloonie (gość nawet okiem nie mrugnął na 15 kg przekroczonego limitu), podręczne zostawiliśmy w hotelu i wybraliśmy się na Lantau, na przejażdżkę kolejką linową do Buddy.
Po powrocie powłóczyliśmy się nieco po Kowloonie – chyba jakoś żal było to śmietnisko opuszczać. Wybraliśmy się na Night Market, trzeba by coś jeszcze tu zjeść, najlepiej w jakiejś knajpie na ulicy...
Kupiliśmy świeżą pieczoną wołowinę – facet ciachał ja na miejscu, ot tak, na ulicy. Nie dostaliśmy do niej żadnego narzędzia, więc jedliśmy ją palcami, stojąc na ulicy, obok płotka robót drogowych, między przepychającymi się ludźmi i samochodami, ociekający sos strząsając wprost do kratki kanalizacyjnej. No, taki folklor.
Kupiłem zegarek z Mao i krawat w chińskie baźgoły, siedliśmy przy stoliku, czas na ostatni posiłek pałeczkami. Przy stoliku obok – biali. Facet je widelcem, kobieta nic. Widać, że początkujący – on nie umie, ona się brzydzi w takich warunkach. Przeeeejdzie im...
Dodaj komentarz | Ogólne Powrót do przeszłości Warstwa ..., warstwa piasku Wiatr we włosach | Permalink